Archive for the ‘Wenezuela’ Category

  1 comment

Do kolumbijskiej granicy 22.07 – 25.07

Z El Dorado wyjechaliśmy po trzech dniach leniuchowania. Niestety jednak nie ujechaliśmy daleko a Przemkowi znów zaczęło dokuczać nieszczęsne kolano. Postanowiliśmy więc, że mimo wszystko wsiądziemy w autobus. Jeśli będzie taka konieczność zatrzymamy się jeszcze na dłużej w Kolumbii, gdzie ceny wyżywienia są jednak podobno znacznie niższe. Dojechaliśmy więc do miejscowości Tumeremo, ok. 70 km od El Dorado i poszliśmy na dworzec dowiedzieć się czy jest szansa, że wezmą nas z rowerem do Ciudad Bolivar. Jeden autobus uciekł nam dosłownie sprzed nosa, następnie kasjerka z dworca do spółki z kierowcą chcieli nas wpakować do bardzo małego autobusu, gdzie kazali Przemkowi upychać niezbyt czysty rower na siedzeniach pomiędzy pasażerami! To już była przesada. Powiedzieliśmy, że poczekamy na następny, większy autobus. I bardzo dobrze bo chcieli od nas jeszcze raz tyle kasy ile powinniśmy zapłacić. Po godzinie podjechał brazylijski duży autokar i zabrał nas z rowerem do Ciudad Bolivar za 150 bolivarów (ok. 60 zł). Na miejsce dotarliśmy około północy i spędziliśmy siedem godzin na dworcu bo autobus do Puerto Ayacucho ( przygranicznego miasteczka, do którego zamierzaliśmy dotrzeć) był dopiero rano. Niestety kiedy się wreszcie doczekaliśmy okazało się, że będzie problem. Autobus był równie mały, jak ten do którego chcieli nas wcisnąć w Tumeremo a pasażerów było sporo i kierowca nie chciał nas zabrać. Co gorsze, dowiedzieliśmy się, że żadne większe autobusy w tym kierunku nie jadą. Siedzieliśmy nad mapą i zastanawialiśmy się co teraz zrobić. Do granicy mieliśmy ponad 700 km a prawdę mówiąc, od wyjazdu z Parku Canaima cały czas czuliśmy się trochę jak intruzi. Ludzie nie byli już tacy otwarci i skłonni do nawiązania kontaktu tylko nam się przyglądali, a napotkani obcokrajowcy za każdym razem ostrzegali nas, że w tym kraju ludzie kradną… Ponadto w przewodniku LP doczytaliśmy się, że autobusy w Kolumbii jeżdżą od przejścia granicznego, do którego chcieliśmy jechać tylko w porze suchej, która już się skończyła. To nas niepokoiło, gdyż oznaczało, że teraz droga może być nieprzejezdna albo, że w ogóle nie ma na niej asfaltu, tym bardziej, że do najbliższego miasteczka od granicy trzeba by było pokonać kilkaset kilometrów. Ryzyko, że utkniemy na drodze z naszym pojazdem albo, że znów coś poważnego zepsujemy w błocie było zbyt duże. Zdecydowaliśmy, że trzeba będzie przekroczyć granicę w innym miejscu, gdzie wiadomo, że jest asfaltowa droga. Pozostawała nam już tylko jazda autobusem, gdyż pozostałe przejścia były oddalone o wiele kilometrów. W takiej sytuacji pozostało nam jechać tylko do jakiegoś wielkiego miasta, skąd są połączenia do miejscowości przygranicznych dużymi autokarami. No i padło na Caracas. Miasta, do którego absolutnie nie mieliśmy zamiaru się wybierać. Pojechaliśmy więc z Ciudad Bolivar do Caracas ( cena 226 bolivarów). Cały dzień spędziliśmy w autokarze i po południu dojeżdżaliśmy do ogromnej metropolii. Caracas położone jest na wzgórzach lecz sposób ich zabudowy zniszczył urok miasta. Biedne przedmieścia to tysiące domków, jakby poustawianych jeden na drugim i zlepionych w jedną masę. Pokrywają całe wzgórza, całą zieleń, dając wrażenie betonowych gór z tysiącami małych komórek. Zupełnie jak w olbrzymim gnieździe termitów. Bliżej centrum nad obwodnicą funkcjonują dwie kolejki linowe, które dowożą ludzi do bogatszych dzielnic. Wysiedliśmy na dworcu w mieście ale niestety okazało się, że kolejny autobus mamy z innego dworca. Składaliśmy rower, żeby wyjechać z dworca a w międzyczasie kierowca chciał od nas wyciągnąć jeszcze dodatkowo 50 bolivarów, niby za przewóz naszej biciklety ale nic mu nie daliśmy. Jakiś facet wyjaśnił nam, że musimy jechać na dworzec, który nazywa się La Bandera. Jednak bez mapy nie było szansy dotrzeć rowerem do dworca przed zmierzchem a jeżdżenie po ciemku nie wchodziło w grę. Musieliśmy wziąć taxi. Przemek wytargował cenę na 90 bolivarów, choć pewnie powinniśmy zapłacić połowę tego ale nie mieliśmy już czasu i siły na dyskusje. Taksówkarz upchał rower (który znów trzeba było rozmontować), nasze bagaże i nas do starego chevroleta z lat 60 i uruchomił auto, grzebiąc śrubokrętem pod maską. Dojechaliśmy w całości. Przed dworcem zamieszanie a my znów musieliśmy na chodniku złożyć rower i zapakować bagaże, żeby dojść do kas. W tym całym bałaganie zadarłam na chwilę głowę i spojrzałam na niebo a w górze nad tym hałaśliwym miastem – molochem zobaczyłam parę przelatujących, niezbyt wysoko, wielkich, niebieskich papug, które tak podziwialiśmy w Brazylii i uśmiechnęłam się do nich z rozczuleniem, gdybyśmy i my mogli tak po prostu stąd odlecieć… Na dworcu postanowiliśmy, że skoro i tak już przejechaliśmy na drugi koniec Wenezueli to pojedziemy do przejścia granicznego przy morzu, żeby w Kolumbii skoczyć sobie na plaże nad Morzem Karaibskim. Kupiliśmy więc bilet do Maracaiby – miasta oddalonego ok. 120 km od granicy z Kolumbią. Jednak na tym problemy się nie skończyły. Kiedy podjechał autokar okazało się, że z kolei jest za duży. Piętrowe autokary mają bowiem mniejszą pojemność bagażnika niż zwykłe. Na domiar złego pasażerów mnóstwo i wszyscy pchali się do bagażnika, żeby zmieścić swoje rzeczy. Nam kazali czekać na koniec, zresztą i tak nie było szansy przedrzeć się z naszym pojazdem przez ten tłum. Kiedy zobaczyłam jakie ludzie mają walizy i jak upychają kartony, np. z pralką do prania wiedziałam już, że z tego nic nie będzie. Byłam w podłym nastroju a nieprzespana noc, wiele godzin jazdy w autobusie i perspektywa, że będziemy musieli spędzić noc w tym mieście – molochu, sprawiały, że czułam się jeszcze gorzej. Przemek natomiast zachowywał stoicki spokój nawet kiedy stało się jasne, że tym autokarem nie pojedziemy. Kierowca jednak poprosił kolegę z innego autobusu, który nie podjechał jeszcze na stanowisko i nie był oblężony pasażerami, żeby nas upchnął. Zobaczyłam na szybie tego pojazdu wizerunek Matki Boskiej i myślę sobie – to chyba dobry znak, może ten nas zabierze. No i mieliśmy szczęście. Trzeba było dać tylko kierowcy „małe” 150 bolivarów i mogliśmy zapakować nasz rower (oczywiście po kolejnym rozmontowaniu) i bagaże zanim wtargnęli do niego pozostali pasażerowie. Kolejne kilkanaście godzin jazdy i kolejna noc w autobusie. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji żeby zatankować. No i znów nam opadły szczęki, tym razem  na cenę oleju napędowego. My kupiliśmy sobie bułki z nadzieniem w cenie 15 bolivarów za sztukę i butelkę wody mineralnej 1,5 litra za 10 bolivarów a w tym czasie kierowca zatankował ok. 250 litrów paliwa i zapłacił 12 bolivarów czyli 4 zł i 80 groszy!!! W trakcie jazdy Przemkowi, co dziwne,  przeszedł ból kolana, który dokuczał mu już nawet podczas zwykłego poruszania się a mnie za to tak bolały nogi, że ledwo mogłam chodzić, kiedy w końcu wysiedliśmy na dworcu w Maracaibie. Zjedliśmy sobie popularne w Wenezueli bułki z mąki kukurydzianej z farszem w środku zwane „arepa” – smaczne i nawet dość pożywne ( w zależności od farszu) kupiliśmy wodę do picia i pomimo zmęczenia wreszcie, z prawdziwą ulgą wsiedliśmy na rower. Mieliśmy szczęście, że była niedziela. Ruch nie był zbyt duży i udało nam się przejechać kolejne duże miasto, bez większych problemów, nie licząc kolejnej przebitej dętki. Naprawa zajęła prawie godzinę ale w tym czasie staliśmy się już atrakcją i nawiązaliśmy rozmowę z ochroniarzami pod sklepem, którzy nie chcieli nam wierzyć, że jutro będziemy w Kolumbii. Tutaj poczuliśmy znacznie lepszą atmosferę. Ludzie  nas pozdrawiali i  próbowali nawiązać z nami rozmowę. Dojechaliśmy do miejscowości Sinamaica ale tu żadnej posady ani kampingu. Miejsca na namiot przy drodze też zbytnio nie było, bo po obu jej stronach stały domki albo ciągnęły się rozlewiska. Jednak po przejechaniu 80 km czuliśmy zmęczenie i mimo, że do granicy zostało już tylko ok. 52 km nie mieliśmy ochoty na dalszą jazdę. Zatrzymaliśmy się przy sklepiku w kolejnej wiosce i spytaliśmy sprzedawczynie czy jest gdzieś jakiś kamping albo miejsce na namiot a ona zaraz pokazała nam dom po drugiej stronie drogi i powiedziała, że u niej możemy sobie namiot postawić. Dostaliśmy jeszcze dwa pyszne owoce mango, napój kokosowy z lodem i gotowane banany z serem. Poszliśmy spać z pełnymi brzuchami i przekonaniem, że życzliwych ludzi spotkać można wszędzie.

Reklamy

Posted Lipiec 27, 2011 by D&P in Wenezuela

Tagged with , ,

  2 Komentarze

San Francisco – El Dorado

Zjazd z wioski był tak stromy, że sprowadzenie naszego ciężkiego roweru okazało się dosyć męczące, szczególnie, że po trekkingu mieliśmy obolałe mięśnie nóg. Stało się dla nas jasne dlaczego w pierwszy dzień czuliśmy się zmęczeni – sam dojazd do wioski wymagał sporo wysiłku. Teraz jednak mieliśmy prawo się trochę poobijać. Jechaliśmy więc niespiesznie a kiedy zbliżał się wieczór rozstawiliśmy namiot na nocleg w lesie.

Następnego dnia rano dotarliśmy do San Francisco. Odebraliśmy naszą przyczepkę od właściciela restauracji, podziękowaliśmy pięknie za pomoc i zamierzaliśmy się udać do posady na jedną noc, żeby się umyć i spokojnie przepakować rzeczy. Jednak właściciel niespecjalnie atrakcyjnego guesthousa podał nam cenę 200 bolivarów. Stwierdziliśmy oczywiście, że to zdecydowanie za drogo jak na takie lokum tym bardziej, że wokół sporo darmowych pól biwakowych. Próbowaliśmy jeszcze w jednej posadzie ale żywego ducha tam nie zastaliśmy. Zrobiliśmy więc tylko zakupy żywieniowe w sklepikach w San Francisco i pojechaliśmy dalej. Pole namiotowe nad rzeką znaleźliśmy już po przejechaniu kilku kilometrów. Tam zrobiliśmy sobie obozowisko i pomiędzy przelotnymi opadami deszczu na zmianę ze słońcem, sprzątaliśmy, pakowaliśmy, robiliśmy pranie i nawet próbowaliśmy je wysuszyć.

Następnego dnia wyruszyliśmy dopiero po południu, gdyż wcześniej nie zdążyliśmy się uporać ze sprzątaniem i znowu trochę popadało. Zresztą bylismy rozleniwieni trochę po tym trekkingu i mielismy raczej ochotę odpoczywać i spać niż pedałować. Chętnie podarowalibyśmy sobie dzień takiego luksusu ale niestety puri-puri na to nie pozwalały. Pojechaliśmy więc dalej ale ok. 10 km trafiliśmy na indiański kamping płatny z prysznicami i postanowiliśmy, że jutro ruszymy w drogę a dziś jeszcze poleniuchujemy. Jednak kamping, choć ładnie położony wcale nie był taki fajny, bo gdy deszcz popadał na trawniku stała woda – ledwo znaleźliśmy jakieś miejsce na namiot. Prysznice jak ciemne komórki i nawet prądu nie było a skasowali od nas 20 bolivarów. Tak więc stwierdziliśmy, że lepiej zatrzymywać się na bezpłatnym polu biwakowym i myć w rzece, zresztą puri-puri i tak wszędzie tyle samo, bez różnicy czy płacisz czy nie. Kolejne trzy dni minęły już na solidnej jeździe bez obijania się. Pogoda nie była łaskawa. Co chwilę przepadywało i robiło się chłodno. Wciąż otaczała nas sawanna i widoki na pobliskie wzgórza i nieco bardziej odległe tepui. Minęliśmy punkt widokowy zwany tu mirador lecz niestety większość tepui spowita była chmurami. Dojechaliśmy do miejscowości Kama, w której według mapy miał być sklep ale się zagapiliśmy i nie zrobiliśmy zakupów w małym przydrożnym sklepiku, mysląc, że Kama dopiero przed nami. Na szczęście później trafiliśmy jeszcze na przydrożną jadłodajnię a dalej mały indiański sklepik, gzdie można było troszkę uzupełnić zapasy. Po południu dotarliśmy do stacji benzynowej w miejscowości R. de Kamoiran a ponieważ znów żołnierze pilnowali stacji, to znów dostaliśmy paliwo za darmo. Tym razem Przemek wziął droższe i lepiej się paliło a czajnik nie był tak osmolony. Za tą miejscowością nie było już żadnego pola namiotowego ani kampingu. Jechaliśmy więc i jechaliśmy aż wreszcie złapał nas kolejny deszcz i nadszedł wieczór. Musieliśmy jeszcze pokonać najwyższy punkt na drodze. Ponieważ nadchodziła porządna burza nie chcieliśmy się rozkładać na samej górce, porośniętej tylko trawą. Zjechaliśmy więc trochę i w pewnym miejscu, niedaleko drogi zobaczyliśmy daszek. To było dobre miejsce, żeby rozbić namiot i schować się przed deszczem. Zjedliśmy  kolacyjkę, wypiliśmy po kubku gorącej herbaty i siedzieliśmy przytuleni pod daszkiem, czekając aż przestanie padać. Patrzyliśmy na niebo, które co chwilę rozświetlało światło błyskawicy i na świetliki latające wokół mimo, że padał deszcz. W końcu jednak przestało deszcz ustał, mogliśmy rozstawić namiot i iść spać. Następnego dnia wyjechaliśmy dosyć wcześnie i solidnie pedałowaliśmy, żeby dotrzeć do miasta położonego przy wyjeździe z Parku Canaima. Zatrzymaliśmy się jedynie przy rzece na kąpiel i w drodze na posiłek. Wkrótce dojechaliśmy do lasu. To koniec Gran Sabana, odetchnęliśmy z ulga bo to oznaczało też, że puri-puri przestaną nas nękać. Kiedy jechaliśmy przez dżunglę rozpoczął się zjazd. Natrafiliśmy jeszcze na kolejny posterunek wojskowy gdzie dostaliśmy od żołnierzy wodę pitną. Potem siedzieliśmy sobie po prostu na rowerze i obserwowaliśmy wilgotny las, w którym zabawnie było widzieć niektóre rośliny, hodowane u nas pieczołowicie w donicach a tu rosnące w gęstwie krzaków przy drodze. Siedzieliśmy sobie a rower jechał i jechał i jechał i tak…35 kilometrów! Najdłuższy, jak do tej pory zjazd, jaki kiedykolwiek pokonaliśmy. W sumie zjechaliśmy ponad 1200 m w dół. Po drodze minęliśmy miejsce na skale z wizerunkiem „Dziewicy” (Piedra de La Vergin) ale my oczywiście nie widzieliśmy ani dziewicy, ani niczego innego prócz zwykłej skały. Wreszcie rower zaczął zwalniać, wyjechaliśmy z parku i dotarliśmy do miasteczka San Isidro a potem Las Claritas. Od razu odczuliśmy zmianę pogody i otaczające nas ciepłe, tropikalne powietrze. Klimaty panował tutaj jak na jakiejś amerykańskiej prowincji pięćdziesiąt lat wstecz. Na ulicach królowały auta z lat sześćdziesiątych, głównie amerykańskie. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy cofnęli się w czasie. W miasteczkach było sporo marketów, wszystkie prowadzone przez Chińczyków, gdzie mogliśśmy kupić jedzenie. Niestety tutaj żywność również nie była tania. Mieliśmy szczęście i przed zapadnięciem zmroku udało nam się znaleźć kamping z domkami do wynajęcia, którego właściciel pozwalił nam za darmo postawić namiot na trawniku. Mogliśmy wziąć prysznic i spokojnie się najeść prowiantem z marketu. Mieliśmy bułki, ser, ciastka i brzoskwiniową herbatę. Pełnia szczęścia. Wreszcie znów był ciepły wieczór. Ja byłam z tego powodu bardzo zadowolona a Przemek narzekał na gorące powietrze i mówił, że znów jest zbyt ciepło żeby spać 🙂

Kolejnego dnia przejechaliśmy pagórkowatą drogą ponad 80 km i dotarliśmy do miejscowości El Dorado. Tutaj, trochę w bok od głównej drogi zjechaliśmy na kamping, gdzie mieliśmy się spotkać z Gerardem – Niemcem, z którym nawiązaliśmy kontakt przez stronę dla rowerzystów: warmshowers.org. Gerard przyjacielsko nas powitał i ustaliliśmy, że zatrzymamy się tu na trzy dni, gdyż Przemek miał problemy z kolanem i trzeba było na trochę odpuścić jazdę. Niby kamping, położony nad rzeką, prowadzony był przez Szwajcarów. Goście bywają tu rzadko ale miejsce dobre bo rzeka płynie wprost do granicy z Gujaną, która znajduje się jakieś 80 km stąd, a wiadomo w Gujanie cena benzyny wielokrotnie wyższa… Stołują się tu też żołnierze pilnujący rzeki, z którymi Szwajcarzy i Gerard mają dobre układy. Tak więc Gerard przyjechał tu na rowerze, wszedł do spółki i się zasiedział, chyba już całe dwa lata. No ale my w te bussinesy nie wnikamy za bardzo, bo to nie nasza sprawa. W każdym razie możemy się umyć, zjeść przy stole i skorzystać z Internetu Niemca. Pojechaliśmy też z nim i ze Szwajcarem do miasteczka po zakupy. Na wjeździe kilometrowa kolejka do stacji benzynowej, która i tak była zamknięta z powodu braku benzyny. Paliwo znikało błyskawicznie, gdyż wszyscy zajmują się szmuglem i kupują tysiące litrów, jeżdżąc na stację kilka razy dziennie. Szwajcar Alfred, który mieszka tu od dwudziestu lat i któremu dyktatura zabrała majątek, opowiadał nam o tak zwanych „invadors”. Pokazywał nam ich domki, z blachy lub drewna, których widzieliśmy już mnóstwo po drodze i żalił się, że tutejszy system chroni tych ludzi. Mogą postawić dom gdzie im się tylko podoba bez konieczności zakupu gruntu. I to właśnie oni osiedlają się na włościach zamożniejszych, którzy nic nie mogą na to poradzić. Natomiast Gerard był trochę rozgoryczony, gdy usłyszał, że przejechaliśmy Transamazonikę autobusem (pewnie uznał, że nie jesteśmy „prawdziwymi” rowerzystami 🙂 Stwierdzenie, że nasz rower by tego nie wytrzymał chyba go nie przekonało, pomimo, że tylnie koło w jego rowerze warte jest więcej niż nasz cały tandem. W dodatku powiedzieliśmy, że do granicy z Kolumbią pojedziemy autobusem, jeżeli problemy z Przemka kolanem będą się utrzymywać. Autobusy tutaj są naprawdę tanim środkiem transportu, a siedzenie w Wenezueli zbyt drogo kosztuje, żebyśmy mogli sobie na to pozwolić. Gerard, jak przystało na prawdziwego rowerowego maniaka, nie był tym pomysłem zachwycony i w dalszej rozmowie „pocieszył” nas, że Bolivia i Kolumbia są tańsze i że on wydawał tam ledwo 10 euro dziennie. No i dogadaj się z Niemcem! 10 euro na wyżywienie, to na jedną osobę nawet w Brazylii nie wydawaliśmy! Ogólnie jednak sympatyczny i wesoły gość z tego Gerarda.

Posted Lipiec 21, 2011 by D&P in Wenezuela

Tagged with , , , ,

  6 Komentarzy

Trekking na Roraimę czyli Polacy twardzi są …

Nasza znajoma opowiadała nam kiedyś, jak to będąc w podróży usłyszała od tubylca w jakimś hotelu, że Polacy twardzi są, bo zawsze sami noszą swoje bagaże. Nie miała ochoty wyjaśniać, że to wynika z niezamożności narodu, więc tylko uśmiechnęła się i przytaknęła. No i z nas, prawdę mówiąc, właśnie tacy „twardziele” 🙂

Następnego dnia kiedy przygotowywaliśmy sobie śniadanie przy namiocie, pod daszkiem zjawiła się Indianka z małą dziewczynką i zaczęły nam się bacznie przyglądać. Próbowały z nami nawiązać rozmowę ale ponieważ ich nie rozumieliśmy, stały i obserwowały nas w milczeniu około 15 – 20 min. Było to dla nas trochę irytujące ale w końcu odeszły i mogliśmy się w spokoju spakować i ruszyć w dalszą drogę. Podczas jazdy kilka razy zmoczył nas deszcz. Wreszcie jednak dojechaliśmy do indiańskiej wioski, która zwie się San Francisco de Uruani. Byliśmy już porządnie głodni, a tutaj jak zwykle wszystko zamknięte bo to pora siesty. Nie mieliśmy ochoty pitrasić jedzenia na ulicy więc poszliśmy do pobliskiej restauracji. Okazało się, że właścicielem jest gość, który mówi po angielsku. Zjedliśmy sobie pyszny obiad (a Przemek nawet dwie porcje) składający się z ryżu, grillowanego kurczaka i surówki. W międzyczasie od właściciela restauracji, który był kiedyś przewodnikiem dowiedzieliśmy się, że do Paraitepui możemy dojechać rowerem, i że tam na pewno znajdziemy przewodnika. Dla wyjaśnienia dodam, że Paraitepui to jest wioska, która znajduje się u podnóża Roraimy. Stąd rozpoczynają się wszystkie trekkingi i tu mieści się „park office”, gdzie trzeba się zarejestrować wychodząc na trasę. To była dla nas bardzo pomyślna wiadomość  – problem transportu mieliśmy z głowy, pozostawało tylko zapłacić przewodnikowi. Z San Francisco do Paraitepui nie ma żadnego regularnego środka transportu. Można jedynie wynająć jeepa, co kosztuje jakieś kilkaset bolivarów, więc dla 2 osób jest zupełnie nieopłacalne, albo przejść 27 km pieszo, licząc na to, że jakiś samochód jadący po odbiór turystów lub z prowiantem cię zabierze. Mimo, że było już popołudnie, zdecydowaliśmy się  niezwłocznie wyruszyć w drogę, żeby nie „nadgryzać” naszych zapasów prowiantu(wprawdzie w San Francisco są dwa sklepiki ale tylko z podstawowymi artykułami żywnościowymi). Mieliśmy zamiar przenocować w Paraitepui a następnego dnia ruszyć na trasę. Właściciel restauracji zgodził się przechować nam przyczepkę, więc zrobiliśmy szybko przepakowanie i zabraliśmy ze sobą tylko rzeczy potrzebne na trekking i żywność na siedem dni. Po wyjechaniu z miasteczka, skręciliśmy w drogę bez asfaltu, prowadzącą do Paraitepui. Po około 6 km jazdy dojechaliśmy do stromego podjazdu. Wprowadzenie roweru prawie na szczyt górki zajęło nam około 30 min. Powoli nadchodził wieczór i było jasne, że przed zmrokiem nie damy rady dojechać do wioski. Nagle zauważyliśmy namiot przy drodze a obok parę – białą dziewczynę i ciemnoskórego chłopaka. Gdy zaczęliśmy rozmawiać okazało się, że to  Francuzka i Wenezuelczyk, którzy przyjechali z Francji i też zmierzają do Paraitepui na trekking, tylko, że pieszo. Dogadaliśmy się, że możemy wspólnie wynająć przewodnika i rozstawiliśmy namiot obok nich, żeby nie jeździć po ciemku.

Rano patrzyliśmy z górki na mgły unoszące się nad San Francisco. Wszystko było wilgotne i pokryte rosą a z dżungli porastającej wzgórze dobiegały nas znajome głosy papug. Francuzi ruszyli pierwsi a my jakiś czas później i minęliśmy ich w drodze. Droga do Paratepui wiedzie przez trawiaste pagórki i obfituje w ładne widoki na tepui – Roraimę, Kukenana i jeszcze kilka innych. Niestety naszym ciężkim pojazdem nie łatwo było dotrzec do wsi- to jednak nie górski rower a my baliśmy się by czegos nie uszkodzić na nierównej powierzchni, dlatego w wielu miejscach woleliśmy go pchać. Przed samym Paratepui był tak stromy podjazd, że wprowadzenie roweru na górkę dało nam nieźle popalić. Okazało się, że Francuzi byli już na miejscu, mieli szczęście i zabrał ich jakis litościwy przejeżdżający jeepem człowiek. Zanim dotarliśmy na miejsce zdążyli już załatwić przewodnika w cenie 400 Bolivarów za dzień ( nie było to tak tanio ale na połowę wychodziło po dwieście Boliwarów na parę a ponieważ taniej byśmy nie znaleźli to zgodziliśmy się na tą cenę). Zjedliśmy posiłek zorganizowany dla nas przez przewodnika a potem mieliśmy około 30 min na przepakowanie naszych rzeczy w plecaki. Wyruszyliśmy jeszcze tego samego dnia gdyż biuro wpuszcza turystów na trasę do godziny 14, jest to ostatni dzwonek by dotrzec do pierwszego obozowiska przed zmrokiem. Droga prowadzi przez trawiaste pagórki, raz pod górke raz w dół. Szliśmy obładowani plecakami pełnymi jedzenia a Przemek miał plecak większy i cięższy niż tragarze spotykani na trasie. Przemek niósł cały zapas naszego jedzenia na 6 dni trekingu plus jeden dzien powrotu. waga jego plecaka z pewnością przekraczała 20 kg. Nie mieliśmy sił zasuwać i dość szybko odczuliśmy zmeczenie, Francuzi dotrzymywali kroku przewodnikowi który ma zabójcze tempo ale spakowali się tylko w jeden plecak i nieśli go na zmianę. Ja się zastanawiałam jak to możliwe, pomimo, że przewodnik niósł im namiot i jakąś małą torebkę. My byliśmy jakieś 5 minut za nimi i doganialiśmy ich na postojach. Po tym pchaniu roweru byliśmy iuż po prostu mocno zmeczeni i nie mieliśmy zamiaru za bardzo się spieszyć i w dodatku nieśliśmy przecież dwa plecaki. W drodze wyprzedziliśmy 14 osobową grupę Brazylijczyków z tragarzami i pod wieczór dotarliśmy do obozowiska. Marsz zajął na ponad 4 godz. Zjedliśmy z Przemkiem porządny posiłek i oganiając się od natrętnych puri-puri poszliśmy się umyć do rzeki Teek nad którą jest położone obozowisko. Niestety w trakcie rozstawiania namiotu pękł nam kolejny maszt. Na miejscu nie dało się nic wykombinować i mieliśmy jeden maszt  około 40cm krótszy i nasz namiot był nieładnie zdeformowany. Modliliśmy się tylko by głowny, najdłuższy maszt wytrzymał trekking bo inaczej na Roraimie gdzie temperatura w nocy spada poniżej 10 st nie będziemy mieli gdzie spać. To byłaby dopiero katastrofa.

Kolejny dzień trekkingu rozpoczęliśmy już o 6.30 gdyż nasz przewodnik zarządził wymarsz o 7.30. Odczuwaliśmy lekki ból mięśni, szczególnie ramion ale przez noc zdążyliśmy odpocząć po ciężkim, wczorajszym dniu. Zjedliśmy na śniadanie kaszkę ryżową z bananami suszonymi i rodzynkami. Była bardzo pożywna i czuliśmy się najedzeni. Francuzi natomiast zjedli tylko zupkę. Brazylijska grupa wyszła tym razem na trasę równo z nami. Zaraz na początku przekraczaliśmy w bród rzekę Teek a po kilkunastu minutach marszu, czekały nas dwie kolejne przeprawy przez rzekę, nad którą rozciągnięta była lina i można się było chwycić dla asekuracji. Mimo wszystko to nie takie łatwe przejść na drugą stronę przy dość silnym nurcie i śliskich kamieniach. Woda w niektórych miejscach sięgała do wysokości ud. Przemek pomógł mi przejść ale niestety woda porwała mu z plecaka naszą butelkę z piciem a mieliśmy tylko jedną L Znaleźliśmy przy rzece porzuconą butelkę 0,5 litra i musieliśmy ją zabrać bo inaczej nie byłoby z czego pić. Wypłukaliśmy ją dobrze wodą z citroseptem i zrobiliśmy sobie napój na drogę. Woda w rzece jest czysta i piliśmy ją bez filtrowania. Francuzom pomagał w przeprawie przez rzekę przewodnik a my tym razem szliśmy pierwsi. Podejście do drugiego obozowiska nie było łatwe. Trzeba było pokonać 800 m wzwyż z ciężkim plecakiem ale droga nie wymaga żadnych umiejętności technicznych czy wspinaczki – po prostu marsz z dużym ciężarem na plecach w górę, a czasem trochę w dół. Minęliśmy po drodze Brazylijczyków i ich tragarzy, Francuzi z przewodnikiem zostali sporo w tyle, co jakiś czas musieli się zatrzymywać by odpocząć  a my szliśmy do góry nie za szybko ale bez konieczności postojów. Przydało się nasze przyzwyczajenie do codziennego wysiłku, no i porządne jedzenie, które Przemek dźwigał w swoim ogromnym plecaku. Do drugiego obozowiska dotarliśmy jako pierwsi z wszystkich, którzy wyszli tego dnia na trasę. Dopiero po kilkunastu minutach pojawili się pierwsi tragarze, potem Brazylijczycy i Francuzi. Kiedy rozstawiliśmy wreszcie swoje namioty i czas był na posiłek po ciężkim dniu – my zjedliśmy makaron z sosem pomidorowym i tuńczykiem (pełen półmisek) a Francuzi tradycyjnie zupka i jakieś wafelki chrupią. Powoli wyjaśniała się więc tajemnica jednego plecaka J W drugim obozowisku Roraima pokazała nam się w całej okazałości. Kiedy chmury się odsłoniły zobaczyliśmy cienką, lśniącą nitkę wodospadu, spływającego z góry. Ponad górną granicą lasu pionowa ściana Roraimy wydawała się wręcz niemożliwa do zdobycia. Podnóże tepui porośnięte jest dżunglą i tam dostrzegliśmy ścieżkę. Była tak stroma, że zastanawialiśmy się jak uda nam się wejść nią do góry z ciężkimi plecakami…

Trzeciego dnia wyszliśmy na trasę godzinę po Brazylijczykach. Przed nami wyruszyła jeszcze jakaś para z przewodnikiem, tragarze, po nas – ok. 30 min później tylko Francuzi z naszym przewodnikiem, po zjedzeniu zupki na śniadanie oczywiście. Podejście na Roraimę cały czas wiedzie przez dżunglę i dopiero przed samym wejściem na płaskowyż wychodzi się z lasu. Ścieżka prowadząca do góry byłą jedną z najbardziej stromych, jakie mieliśmy okazję pokonywać w życiu. My jednak ponownie szliśmy spokojnie lecz bez dłuższych postojów. Zatrzymywaliśmy się tylko przy strumieniach aby nabrać wody do picia lub by przekąsić coś małego gdy brakowało energii. Droga prowadziła przez wilgotny las, mijaliśmy paprocie drzewiaste i mnóstwo bujnej roślinności a małe ptaszki siedzące na krzakach wcale przed nami nie uciekały. Przeszliśmy pod wodospadem, który zmoczył nas do suchej nitki, potem wyszliśmy na skały i przemoczeni wspinaliśmy się do góry. I wreszcie stanęliśmy na szczycie Roraimy! Powitał nas księżycowy krajobraz a zaraz potem otoczyła nas mgła, w której wszystko wydawało się jeszcze bardziej niezwykłe i tajemnicze – dziwaczne formy skalne i roślinność. Na górze było tylko kilku tragarzy mimo, że całą grupa wyszła wcześniej od nas. Momentalnie zrobiło nam się zimno i korzystając z okazji, że mogliśmy się schować za skałami, których tu nie brakuje przebraliśmy się w suche rzeczy i ciepłe polary. Byliśmy już porządnie głodni lecz musieliśmy czekać na przewodnika więc podjadaliśmy sobie tylko krakersy z pastą serową. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę – gdy chmury się rozstąpiły i wyszło słońce natychmiast robiło się gorąco, gdy otaczała nas mgła było bardzo chłodno, potem pokropił deszcz a potem znów słońce i gorąco… Wejście na Roraimę zajęło nam 5 godzin, powoli przybywają następni wędrowcy i tragarze, a naszych jak nie ma, tak nie ma. Powoli wszyscy zaczynają się rozchodzić na wyznaczone przez przewodników miejsca noclegowe. Brazylijczycy na odchodne częstują nas jeszcze ananasem, który wcinamy aż nam się uszy trzęsą, bo owoców ze sobą nie mieliśmy. Zostaliśmy sami wśród skał i czekaliśmy, robiliśmy zdjęcia i podjadaliśmy, aż wreszcie pojawił się przewodnik z Francuzami. Po dwóch godzinach oczekiwania na górze, udaliśmy się wszyscy na miejsce biwakowe pod skałą, które nazywają „hotelem”. Rozstawiliśmy namioty (maszt nie pękł) i wreszcie mogliśmy zjeść coś ciepłego. Przydały się też ciepłe bluzy i śpiwory, zastanawialiśmy się jak Francuzi znoszą chłód, nie mając ciepłych polarów czy swetrów, brr…

Czwarty dzień w całości spędza się na Roraimie. Rano obudziła nas chłodna, wilgotna pogoda. Wszyscy jeszcze spali a my zajadaliśmy już kolejną porcję ciepłej kaszki ryżowej. Potem wybraliśmy się do jeziorka po wodę i na krótki spacer ale nie oddalaliśmy się zbytnio, gdyż w tym kamiennym krajobrazie bardzo łatwo zabłądzić. Gdy wróciliśmy do obozowiska i reszta ekipy wstała, jak gdyby nigdy nic po raz drugi zjadamy sobie śniadanie J W międzyczasie zrobiło się słonecznie i wyruszyliśmy na wycieczkę. Wśród niezwykłych, kamiennych form doszliśmy do krawędzi płaskowyżu, gdzie w dół biegnie pionowa ściana Roraimy. Niestety widoki przesłaniały nam chmury, które od kilku dni prawie cały czas kłębiły się w korytarzu pomiędzy Roraimą i sąsiednim tepuj – Kukenanem. Czekaliśmy jakiś czas ale potem zawróciliśmy i poszliśmy w kierunku tzw. jacuzzi. W czasie marszu mgły się rozproszyły i odsłonił nam się widok na porastającą podnóże Roraimy dżunglę, jednak ściany Kukenana stamtąd nie było już widać. Potem dotarliśmy do „jacuzzi” czyli dziur w skałach wypełnionych zielonkawą, czystą wodą. Można tam zażywać kąpieli ale jak dla nas, było jednak zbyt chłodno. Po południu wybrałam się jeszcze wspólnie z Francuzką i przewodnikiem na najwyższy punkt na Roraimie. Rozciągał się stamtąd widok na kamienny, sięgający aż po horyzont krajobraz. Ciemne głazy o różnych kształtach wywoływały uczucie jakbyśmy znajdowali się na innej planecie. Tuż przed powrotem do obozowiska, na przeciwległym krańcu płaskowyżu pokazała nam się tęcza. Kiedy nadchodził wieczór robiło się coraz chłodniej a my wciąż jeszcze nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do takich temperatur, po pobycie w gorącej Brazylii. Na rozgrzewkę wypiliśmy sobie ciepłą owocową herbatkę i patrzyliśmy jak nad Roraimą zapadał zmierzch.

Powrót do Paraitepui wcale nie był dużo łatwiejszy niż marsz na górę. Naszym Francuzom skończyły się zupki i ustalili z przewodnikiem, który też nie miał prowiantu, że schodzimy od razu do pierwszego obozu, bo tam przygotują dla nich obiad. Francuzi nie nieśli już wcale bagażu, który wziął od nich przewodnik. Zejście tą stromą ścieżką dało nam nieźle w kość. Chyba jeszcze nie byliśmy tak zmęczeni podczas tej podróży. Do pierwszego obozowiska dotarliśmy wszyscy dopiero wieczorem. Następnego dnia czekały nas jeszcze trzy godziny marszu do wioski. Cieszyliśmy się kiedy mogliśmy wreszcie zdjąć plecaki, które przy wyjściu są jeszcze profilaktycznie sprawdzane. Choć właściwie tak do końca nie wiemy czego w nich szukają – kamieni, jakichś roślin… Odebraliśmy nasz rower, który był na przechowaniu w wiosce, za dodatkową opłatą 100 bolivarów i kupiliśmy na drogę chleb kasave i bułki, które akurat przywieźli do tutejszego sklepiku. Zjedliśmy sobie rybkę z puszki, która została nam jeszcze z naszych zapasów, uzupełniliśmy wodę a potem spakowaliśmy nasze rzeczy do sakw i ruszyliśmy w drogę powrotną do San Francisco. Z tyłu, za naszymi plecami górowała nad okolicą tajemnicza, spowita chmurami Roraima. Spoglądaliśmy na nią, za każdym razem myśląc z zadowoleniem: „tam byliśmy” 🙂

Koszt trekkingu na dwie osoby wyniósł 1200 bolivarów czyli w zależności od kursu dolara ok. 500 zł (obecnie kurs nie jest zbyt dobry 1$=7.6 bolivarów, oczywiście na czarnym rynku, z bankomatu byłoby znacznie gorzej) i dodatkowo opłata za przechowanie roweru w Paraitepui w wysokości 100 bolivarów (ok. 40 zł). Trzeba także wziąć pod uwagę koszty jedzenia, które kupiliśmy w Sanata Elenie. Mimo wszystko jednak ograniczyliśmy wydatki do rozsądnej kwoty. Teraz zasadnicze pytanie: czy warto wchodzić na Roraimę? Jeśli lubisz góry, lubisz poznawać świat i podziwiać niezwykłe miejsca, to odpowiedź jest jasna – oczywiście, że warto!

Posted Lipiec 21, 2011 by D&P in Wenezuela

Tagged with , , , ,

  Leave a comment

Santa Elena de Uarien   03.07 – 07.07.2011

Nasz entuzjazm z powodu bezproblemowego wjazdu do Wenezueli nie trwał jednak długo. Ledwo przejechaliśmy kilka kilometrów od granicy aż tu nagle zgrzyt, traaaach! O nie czyżby to łańcuch urwał kolejną przerzutkę?! Przecież nam to się nie mogło przydarzyć… Okazuje się, że niestety mogło 😦 Przerzutka urwana i łańcuch też!  W jednej chwili nasz pojazd to był prawdziwy wrak. Na szczęście do miasteczka mieliśmy blisko. Nie  pozostało już absolutnie nic jak tylko pchać rower.

No to pchaliśmy a ponieważ droga była pagórkowata to czasem też zjeżdżaliśmy z górki. Pod wieczór dotarliśmy do Santa Elena de Uarien. Robiło się już ciemno i nie mieliśmy warunków na szukanie noclegu więc poszliśmy do „posady”  Michelle polecanej w przewodniku LP. Cena 100 bolivarów za noc była do zaakceptowania, zresztą w tej sytuacji nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Niewielkie miasteczko Santa Elena  położone jest w odległości 12 km od granicy przy wjeździe do Parku Narodowego Canaima. Stąd można się wybrać na trekking na Roraimę a ponieważ w miasteczku znajduje się sporo sklepów można też się zaopatrzyć w prowiant i inne potrzebne rzeczy. Zostaliśmy w posadzie przez kilka dni i tradycyjnie najpierw doprowadzamy do porządku siebie i swoje bagaże. Pokój wyposażony był w wentylator i ciepłą wodę ale okno wychodziło na korytarz, więc tak jakby go wcale nie było. Był też dostęp do kuchni, gdzie można przygotować posiłek i Internet WI FI ale niestety nasz komputer nie mógł się podłączyć 😦 Szczęśliwie okazało się również, że w mieście jest sklep rowerowy, gdzie można kupić potrzebne rzeczy żeby naprawić rower. Oczywiście znów musimy wydać sporo gotówki ale przecież trzeba uruchomić nasz pojazd. Ostatecznie i tak poszliśmy na kompromis. Łańcuch, który tutaj był tylko wysokiej jakości, w wysokiej cenie, sobie odpuściliśmy i Przemek naprawił jeszcze nasz stary. Mamy nadzieję, że dotrwa do następnego sklepu. Porządna przerzutka też była w wysokiej cenie ale wzięliśmy tańszą, wychodząc z założenia, że skoro już dwie urwane, nie warto inwestować w droższy sprzęt, który jest wyższej klasy lecz nie koniecznie bardziej wytrzymały.

Tak więc udało się naprawić rower. Gorzej jednak wyglądała sprawa z trekkingiem na Roraimę, który był głównym powodem naszego przyjazdu do Wenezueli. Ceny oferowane prze miejscowe biuro, jak dla nas, nie były do przyjęcia (poniżej zamieszczamy cennik). W takim układzie postanowiliśmy sami zorganizować sobie trekking po najniższych możliwych kosztach. Po pierwsze po wielu wycieczkach do sklepów kupiliśmy zapasy prowiantu na siedem dni. Takie, które będą pożywne, nie popsują się i dadzą się wnieść na Roraimę. To nie było łatwe zadanie. Nie mieliśmy jeszcze rozeznania w tutejszych produktach i po trzech miesiącach pobytu w Brazyli, gdzie przyzwyczailiśmy się do portugalskiego, hiszpański wydawał nam się obcy, mimo, że uczyliśmy się go trochę przed wyjazdem. Do sprzedawców mówiliśmy „obrigado” zamiast „gracias” i wszyscy brali nas za Brazylijczyków. Kolejny problem stanowiła benzyna. Ponieważ Wenezuela ma najtańszą benzynę na świecie, usilnie próbuje się bronić przed przemytem. W związku z tym w miejscowościach przygranicznych obcokrajowcom nie sprzedaje się benzyny bo właściciele stacji wolą ją przeszmuglować. Było nam to nie na rękę. Brazylijskie zapasy skończyły się jeszcze przed granicą a przecież nie mogliśmy iść na trekking bez palnika ale znalazło się wyjście. Właściciel posady poradził nam kupno czegoś o nazwie „karosene” i tak też zrobiliśmy. Choć pali się nienajlepiej i garnek mieliśmy cały czas brudny od sadzy z braku czegoś lepszego można to wykorzystać. Jednak kiedy wyjeżdżaliśmy z Santa Eleny i pojechaliśmy na stację, na której sprzedaży paliwa pilnowali żołnierze, benzynę do palnika dostaliśmy bez problemu i to za darmo! Ale też paliła się tak samo kiepsko.

Naprawionym rowerem ruszyliśmy w drogę. Wkrótce wjechaliśmy do Parku Canaima i na obszar Gran Sabany czyli wielkiej sawanny. Droga wiodła pomiędzy trawiastymi górkami, oferując ładne widoki ale trzeba było solidnie pedałować. Wkrótce po wyjechaniu za miasto, żeby nie było zbyt różowo, pękła nam stara opona, którą Przemek musiał wymienić na nową (wiezioną z Brazylii) i pękła szprycha w tylnim kole. Przejechaliśmy ok. 40 km i po wjechaniu na wysokość 1124m zatrzymaliśmy się pod trzcinowym daszkiem niedaleko drogi, żeby schować się przed nadchodzącą burzą. Temperatura spadła nagle o kilkanaście stopni i musieliśmy się ubrać w polary bo było nam zimno. Postanowiliśmy zostać tu na nocleg, gdyż wyjechaliśmy dosyć późno z Santa Eleny i zaczynało już zmierzchać. Wieczorem siedzieliśmy przy namiocie i piliśmy herbatę, mając piękny widok na wzgórza po deszczu. Przyszło mi na myśl, że takie chwile omijają tych, którzy mają odpowiednie zasoby gotówki i podróżują w „cywilizowany” sposób. Gorąca herbata owocowa smakowała w tym miejscu wyjątkowo… Potem zjedliśmy kolację i poszliśmy spać w polarach, bo temperatura spadła poniżej 20 stopni i po doświadczeniach brazylijskich było nam naprawdę chłodno.

Posted Lipiec 20, 2011 by D&P in Wenezuela

  7 Komentarzy

Santa Elena de Uarien

Obecnie jestesmy w Santa Elena i zajmujemy sie doprowadzeniem do porzadku naszego pojazdu i dobytku. Jutro ruszamy w dalsza droge do San Francisco.

Posted Lipiec 6, 2011 by D&P in Wenezuela

%d blogerów lubi to: