Archive for the ‘Urugwaj’ Category

  Leave a comment

Krótka wycieczka do Urugwaju 16-24.06.2012

Niełatwo było dotrzeć do Urugwaju. Zupełnie jakby Argentyna, w której przebywaliśmy już od wielu miesięcy, przejęła nad nami władanie i nie chciała nas wypuścić. A my właśnie czuliśmy potrzebę odmiany i choć Patagonia definitywnie się skończyła, potrzebowaliśmy czegoś więcej – nowego kraju, świeżych wrażeń i innych wyzwań, chociaż na chwilę. Być może w Argentynie czuliśmy się już zbyt „swojsko”… Urugwaj zresztą od początku mieliśmy w planach podróży, jednakże niestety nie była to właściwa pora na odwiedziny 😦 Główną atrakcją jaką ma do zaoferowania turystom ten kraj to piękne, piaszczyste plaże.  Jednak nie o tej porze roku! Zimą na wybrzeżu panuje deszczowa aura, której towarzyszą silne wiatry. Tego mieliśmy już po dziurki w nosie! Mimo wszystko postanowiliśmy jednak zajrzeć do Urugwaju chociaż na kilka dni i znaleźliśmy dla siebie odpowiednie miejsce i atrakcję – urugwajskie baseny z wodą termalną 🙂

Kilka kolejnych deszczowych i zimnych dni spędziliśmy podążając w stronę granicy. Nie zatrzymały nas problemy z pękającymi szprychami i urwaną przerzutką, to tym bardziej nie zamierzaliśmy się poddać z powodu pogody. Przejechaliśmy okolicę pełną łąk, sadzawek i jezior i przeprawiliśmy się przez kolejny wielki most, opuszczając rzeczną wyspę. Na szczęście droga się poprawiła – pojawiły się na niej dwa pasy ruchu a za małą miejscowością Ceibas – pobocze! Jakże nas uszczęśliwiło to kilkadziesiąt dodatkowych centymetrów asfaltu! Deszcz i zimno jednak nas czasowo uziemiały. Ubrania mieliśmy przemoknięte i byliśmy przemarznięci. Namiot trzeba było rozstawiać w błocie i czekać jak na zmiłowanie, kiedy deszcz trochę odpuści. Niczego nie dało się w takich warunkach wysuszyć i trzeba było po wstaniu ze śpiwora zakładać na siebie mokre ubrania. Jeśli chodzi o mnie to tym razem zabrakło siły woli i dzięki temu wieczorem miałam dwa przemoczone i brudne od błota komplety rowerowych ubrań i żadnego suchego na zmianę 😦 Obozowisko zwijaliśmy w mżawce, błocie  i niemiłym chłodzie. Tylko ptaki baraszkowały wokoło na trawie i w swoich glinianych budkach na drzewach, jakby pogoda w ogóle im nie przeszkadzała! 

Dotarliśmy wreszcie do miasteczka Gualeguaychu. W parku, za miastem, gdzie znajdowały się wody termalne, szukaliśmy miejsca na kempingu, by doprowadzić do porządku siebie i nasze rzeczy. Ale argentyńskie ceny nie po raz pierwszy zwaliły nas z nóg – za miejsce na namiot mieliśmy zapłacić ponad 100 zł, a gdyby nam się zachciało basenów termalnych to cena wstępu jeszcze wyższa! W końcu udało się znaleźć jakiś podupadły ośrodek, gdzie właściciel pozwolił nam za ok.40 zł postawić namiot w nieczynnej jadalni. Dzięki temu mogliśmy zrobić porządne pranie i porządkowanie naszego dobytku, co już od dawna było bardzo potrzebne. Kiedy wydobyliśmy z dna sakw i zakamarków przyczepki nasze rzeczy było wprost nie do uwierzenia, że woziliśmy to wszystko ze sobą na rowerze już ponad rok!!!

Pagórkowata droga do granicy wiodła wśród pól, na których sterczały bezlistne drzewa, suche badyle i szare, wyschnięte chwasty. Wszystko wydawało się ponure i smutne. Jednak prawdziwe problemy dopadły nas na granicy. Ku naszej bezsilności okazało się bowiem, że tą drogą nie przejedziemy, gdyż na moście granicznym przez rzekę Urugwaj nie ma pasa dla rowerów ani dla pieszych! Byliśmy wściekli. Przecież w Argentynie nie przejmowano się zbytnio przestrzeganiem przepisów! Być może jednak w strefie przygranicznej z Urugwajem Argentyna chciała stwarzać dobre wrażenie… Szkoda tylko, że nigdzie nie było żadnej informacji na ten temat – ani w przewodnikach, ani w informacjach turystycznych, do których często zaglądaliśmy – nikt nawet słowem o tym nie wspomniał! Pomyśleliśmy, żeby się wpakować na jakiegoś tira, by przejechać most. Niestety, czekaliśmy na „aduanie” prawie dwie godziny a nie pojawiła się żadna pusta ciężarówka, która mogłaby nas zabrać. W końcu przemarzliśmy i zaczęło już zmierzchać. Mieliśmy dosyć stania jak przysłowiowe palanty i chcąc, nie chcąc postanowiliśmy jechać do następnego przejścia granicznego, gdzie jak nas poinformowali celnicy – most wyposażony był w pas dla rowerów…

Do Urugwaju dotarliśmy dwa dni później. Przejście graniczne bez problemu pokonaliśmy w miasteczku Colon. Przed granicą znajdowały się markety, do których Urugwajczycy przyjeżdżali na zakupy. Na motorkach przemierzali most z wielkimi worami wypchanymi zakupami, zupełnie jak św Mikołaj z prezentami! Co chwilę pojawiał się delikwent z worem wypełnionym po brzegi papierem toaletowym i to nas bardzo rozbawiło. Przypomniały nam się, tkwiące gdzieś głęboko w zakamarkach pamięci, czasy głębokiej komuny, gdy w naszym wczesnym dzieciństwie w Polsce był to towar deficytowy 🙂 Uprzejma urzędniczka na przejściu sama wypełniła wszystkie niezbędne dokumenty wjazdowe, ku naszej radości a niezadowoleniu kolejki zakupowiczów, stojących do okienka, która została zablokowana na dłuższy czas 🙂

Było już zbyt późno na szwędanie się po miasteczku przygranicznym Paysandu. Ruszyliśmy więc drogą na północ wzdłuż rzeki Urugwaj. Wokół panował spokój, ruch nie był zbyt duży. Otaczał nas jesienny, wiejski krajobraz, choć miejscami trawa i niektóre drzewa, zieleniły się jak w Polsce na wiosnę i cieszyły niezmiernie nasze oczy. Wokoło skrzeczały stadka papug, co skutecznie przypominało nam, że jesteśmy jednak daleko od domu.

Następnego ranka chmury i wilgotna mgła się rozproszyły i wreszcie doczekaliśmy się pięknego, słonecznego dnia! Wokoło zaczęły się pojawiać drzewa palmowe oraz plantacje pomarańczy i mandarynek, które dawały nam nadzieje, że zimne dni i noce może już nie wrócą. Rozpoczynał się mandarynkowy sezon, już w Argentynie można je było kupić za grosze. Tego potrzebowaliśmy najbardziej – ciepła i mnóstwa świeżych owoców 🙂 Minęliśmy kilka małych wioseczek i wkrótce dotarliśmy do kompleksu wód termalnych w okolicy wioski Chapicuy. W tym rejonie termy są bardzo popularne i znajdują się w wielu miejscach zarówno po argentyńskiej jak i urugwajskiej stronie granicy. Najbardziej popularny jest ośrodek w Daymon, uznawany za największy i najlepiej zorganizowany w okolicy, który chętnie odwiedzają również mieszkańcy Argentyny. My jednak szukaliśmy miejsca spokojnego i bez tłumów. Ciepła pogoda zachęcała do skorzystania z basenu, więc zostaliśmy 🙂 Za pobyt na kempingu wraz z dostępem do basenów termalnych zapłaciliśmy w sumie tylko 40 zł! Cena była dla nas niewygórowana, mimo. że musieliśmy wymienić pieniądze na miejscu, po niekorzystnym kursie. Spędziliśmy cały dzień na leniuchowaniu i korzystaniu z kąpieli w basenie. Trudne było tylko wyjście z wody i dojście do przebieralni – bo jednak to przecież nie lato! Mimo wszystko słońce, ciepła woda w basenie i gorące prysznice to był najlepszy relaks i odprężenie jakie mogliśmy sobie wymarzyć. Nie przeszkadzało nam nawet to, że w nocy znów był przymrozek 🙂

Następnego dnia po porannej kąpieli w basenie, ruszyliśmy dalej. Po południu dotarliśmy do Daymon, które ma klimat jak w lokalnym uzdrowisku. Ludzie, w szlafrokach,  prosto z basenu, paradowali po ulicach miasteczka i w lokalnych restauracyjkach 🙂 Nikomu to nie przeszkadzało. Również tutaj cena nie była wygórowana – całodniowy karnet na wszystkie baseny kosztuje poniżej 20 zł za osobę dorosłą, jednak cena nie obejmuje noclegu.  Mimo wszystko jest to odrobina luksusu, na którą stać każdego. Zazdrościmy Urugwajczykom tych term i myślimy o podobnych przybytkach w Polsce, może trochę bardziej luksusowych lecz cena za godzinę jest wyższa niż tutaj za całodniowy pobyt z możliwością wielokrotnego wejścia i wyjścia na teren ośrodka o dowolnej porze.

Wkrótce wjechaliśmy do miasteczka Salto, za którym jest przejście graniczne. Niestety to oznaczało już koniec naszej urugwajskiej wycieczki. Kolejne przejście znajdowało się w Brazylii a my mieliśmy jeszcze jedno miejsce w Argentynie do odwiedzenia. Zrobiliśmy zakupy w miasteczku by wydać resztę urugwajskich pesos i po noclegu za miastem, rano pojechaliśmy do granicy. Ruch był bardzo mały i jechało się sympatycznie ale kiedy dotarliśmy do mostu zatrzymał nas strażnik i po raz kolejny usłyszeliśmy znaną już nam formułkę: „ tu rowerem przez most jechać nie wolno”! Omal nas szlag nie trafił na te słowa. Most był niemal puściutki, żaden tir przez niego nie przejeżdżał a i osobowe samochody nieczęsto. Niestety strażnik oczywiście był nieugięty i na przejazd nie zezwolił. Na szczęście jednak tutejsze władze bardziej przejęły się naszym niekomfortowym położeniem. Ostatecznie dzięki interwencji strażnika został wezwany samochód, który przewiózł nas razem z rowerem na drugą stronę mostu 🙂

Reklamy

Posted Styczeń 30, 2015 by D&P in Argentyna, Urugwaj

Tagged with , , , , ,

%d blogerów lubi to: