Archive for the ‘salvador’ Category

Salvador – kiedy kończy się droga… 23-26.09.2012   Leave a comment

To był już właściwe koniec… Wjechaliśmy do Salvadoru i pętla na mapie naszej podróży się zamknęła. Po 540 dniach wyprawy, wróciliśmy dokładnie w to samo miejsce, z którego wyruszaliśmy półtora roku temu. Przez ten czas dawaliśmy z siebie wszystko i teraz mogliśmy poczuć ogromną satysfakcję z tego, że nam się udało! Chyba właśnie nadszedł ten moment, kiedy przekonaliśmy siebie i może jeszcze inne osoby, które śledziły naszą historię, że wielka wyprawa rowerowa możliwa jest nie tylko bez sponsorów, zaplecza technicznego i medialnego wsparcia ale nawet bez całego kosztownego wyposażenia markowych producentów i wysokiej klasy sprzętu! Tak,to prawda – przejechaliśmy ponad 26 tys. km po Ameryce Południowej na zwykłym tandemie, w tanich spodenkach z Lidla i temu podobnych i przez półtora roku żyliśmy w namiocie! Ubrania się rozpadały a rower był zużyty ale wszystkie dni spędzone w drodze były jedną z najwspanialszych przygód w naszym życiu! Jednak spoglądaliśmy na siebie jakby trochę oszołomieni – czy to możliwe, że to już koniec? Koniec spania w namiocie, gotowania na palniku, oszczędzania wody, napraw roweru i codziennego wysiłku wkładanego w pedałowanie i jeśli to koniec, dlaczego zamiast cieszyć się z nadchodzącego powrotu do domu, czuliśmy że bardzo będzie nam tego wszystkiego brakowało?

Dotarliśmy na kemping – ten sam, z którego 18 miesięcy temu wyruszaliśmy w drogę! Ledwo utrzymywaliśmy wtedy równowagę na załadowanym tandemie a teraz znaliśmy każdy jego odgłos, każde skrzypnięcie a każda rzecz w sakwie miała swoje miejsce… Podróż potrafi być doskonałą nauczycielką życia. Myślę, że czytając ten blog, tak jak my zauważycie jak bardzo bycie w drodze nas zahartowało, nauczyło nie przejmować się problemami a zamiast tego doceniać i cieszyć się tymi nawet bardzo małymi rzeczami. Nasz licznik rowerowy wykazał 26 563 kilometry i choć nie o liczby w tym wszystkim chodzi, to jednak przejechany dystans pokazuje, że to nie sprzęt lecz determinacja człowieka są najważniejsze w osiągnięciu celu.

Ostatnie dni spędziliśmy na kempingu przygotowując do drogi rower, który postanowiliśmy mimo wszystko zabrać oraz te nieliczne rzeczy, nadające się jeszcze do dalszego użytkowania. W senne, słoneczne popołudnia słuchaliśmy szumu palm nad głowami i patrzyliśmy w niebo. Po ostatniej kąpieli w oceanie, wyruszyliśmy na salwadorskie lotnisko.

Samolot wystartował i rzucaliśmy ostatnie spojrzenia na Brazylię. Czułam dziwny ucisk w gardle ale pocieszałam się faktem, że przecież niedługo zobaczę się z rodziną i przyjaciółmi. Jednak po głowie nieśmiało kłębiła się myśl czy uda nam się jeszcze kiedyś pojechać na taką wyprawę. Przemek chyba wiedział co czuję i oznajmił bez skrępowania:

  • W następną podróż musimy pojechać na dłużej!

Uśmiechnęłam się rozbawiona:

  • Przecież jeszcze nawet nie dolecieliśmy do domu!

Przytulił mnie do siebie i też się roześmiał.

  • Ale mam nadzieję, że w kwestii rowerowych wypraw nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa – stwierdziłam spoglądając na niego

  • No nie! – zaprzeczył stanowczo – tylko następna podróż musi potrwać dłużej i trzeba będzie kupić nowy rower – dorzucił

  • I palnik… – dodałam

  • I namiot

Tak oto bez skrupułów i opamiętania zaczęliśmy rozwijać się w tej dyskusji o naszej kolejnej wyprawie, która miała kiedyś nadejść. Nie powstrzymywaliśmy się wcale – bo czym byłoby życie bez marzeń…

Warszawa powitała nas ciepłą i słoneczną pogodą i kiedy zobaczyliśmy pudło z rowerem, serca zabiły nam radośniej 🙂 Udało się – dotarł! Wydano nam karton i nikt się nawet zapłaty nie dopominał. A to niespodzianka! LOT, nie chciał od nas przyjąć opłaty za rower ani przelewem, ani kartą ani nawet w swoim własnym biurze w Polsce, upierając się, że za przewóz z Frankfurtu do Warszawy musimy zapłacić gotówką w Salvadorze, gdzie nikt nie mówi po angielsku. Najwidoczniej nasz rodzimy przewoźnik ze swoimi przestarzałymi praktykami, sam się w tym wszystkim pogubił i w konsekwencji przewiózł rower za darmo !!!

Czekała nas jeszcze przeprawa z celnikami, którzy z pewnością bardziej widzieli w nas obdartusów niż podróżników, szczególnie patrząc na Przemka, który mógł się „poszczycić” półrocznym zarostem. Zaprosili nas zaraz na rewizję z bagażami. Dodatkowo podpadliśmy kiedy podczas prześwietlania torby, zapytali nas co to jest wskazując na monitorze jakąś dziwaczną bryłę a my sami już nie pamiętaliśmy co tam mamy… Niezła była heca kiedy Przemek na życzenie celnika otworzył  tę torbę z rupieciami i najpierw wydobył z niej wielką, brazylijską maczetę a dopiero potem bryłę siarki z wulkanu Ollague, którą wziął sobie na pamiątkę 🙂 Celnik popatrzył z powątpiewaniem i raczej nie był skłonny uwierzyć w naszą historyjkę, z pewnością podejrzewając, że przemycamy z Ameryki Południowej jakieś mocniejsze używki. Zabrał siarkę i poszedł z nią na  oględziny ale widocznie nic w niej ciekawego nie znalazł, bo po pewnym czasie wrócił i nam ją oddał 🙂 Wreszcie mogliśmy spokojnie wracać do domu.

brazylia rowerem

To już koniec naszej przygody! Pozostaje zatem tylko napisać: do następnego razu 🙂

%d blogerów lubi to: