Archive for the ‘Peru’ Category

  Leave a comment

Z Urubamby w kierunku Boliwii 22.11.2011 – 29.11.2011

Życie podróżnika czasem bywa trudne a wiadomo kiedy człowiek się spieszy to diabeł się cieszy. W Urubambie zatrzymaliśmy się w „panaderii” na pyszne ciasto z okazji moich urodzin, potem łagodną, prawie płaską drogą dojechaliśmy aż do miejscowości Pisaq. Ostatnio miałam wrażenie, że Peru chce nas zatrzymać. Najpierw kilkudniowa choroba Przemka w Nasca, potem historia z psem, dla którego wróciliśmy do Ollantaytambo i kolejny dzień, w którym mimo, że wyruszyliśmy wcześnie rano, jazda szła bardzo kiepsko. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów i przebiliśmy tylnie koło. Trzeba więc było rozpakować cały rower. Przemek wymienił dętkę w tylnim kole i przezornie również oponę ( drugą schwalbe – po przejechaniu 11 000 km), która była na wykończeniu i groziła tym, że lada moment się rozpadnie. A ponieważ rzeczy martwe, jak wszyscy wiemy, bywają złośliwe byłam pewna, że za kilka kilometrów z pewnością by to nastąpiło. Ale niestety nawet ta przezorność nie wystarczyła. Otóż jak już spakowaliśmy cały rower i wsiedliśmy na siodełka, okazało się, że odwrotnie założyliśmy sakwy, co praktycznie uniemożliwiało mi pedałowanie. Znowu po przejechaniu niewielkiego odcinka musieliśmy się zatrzymać, rozpakować rower i ponownie zapakować. Po południu zaczęło się chmurzyć a my byliśmy strasznie głodni. Zatrzymaliśmy się w małej wsi na „almuerzo” i za 13 soli zjedliśmy w sumie trzy obiady i jedną zupę J W dalszej drodze coś zaczęło złowrogo skrzypieć w rowerze. No jeszcze jakiejś awarii nam potrzeba – pomyślałam sobie. Okazało się jednak wkrótce, że (cytuję Przemka) „to bębenek w tylnej piaście, na który zakłada się kasetę”. Oczywiście nie bardzo wiedziałam o co biega ale Przemek powiedział, że zaraz to naprawi. No i kolejny postój i rozpakowanie roweru, potem rozebranie piasty i dokręcenie jednej śrubki… Jechaliśmy później aż do zmroku i na noc zatrzymaliśmy się nad rzeką. Rozpakowaliśmy rower po raz czwarty i na szczęście ostatni tego dnia ale podczas rozkładania namiotu, na miłe zakończenie wieczoru, znowu pękł któryś maszt…

Jednak przez kolejny cały dzień pedałowaliśmy bez przeszkód, zmierzając w stronę jeziora Titicaca. Droga wciąż bardzo dobra, bez żadnych stromizn, lekko pagórkowata, choć ogólnie systematycznie pięła się lekko pod górkę. Okolica była zielona, jechaliśmy wzdłuż rzeki i mimo gorącego słońca przejechaliśmy tego dnia sporo kilometrów. W drodze do ostatniej wysokiej przełęczy, jaką mieliśmy do pokonania w Peru, zatrzymaliśmy się w miejscowości Aquas Calientes, gdzie dotarliśmy wczesnym przedpołudniem. Za 3sole/osoba sprawiliśmy sobie przyjemność  kąpieli w basenie z ciepłą wodą termalną, o temperaturze 38°C i bogatej w różnorakie składniki mineralne. I to się nazywa tanie, peruwiańskie Spa J Temperatura wody w drugim basenie wynosiła 41°C lecz to już trochę zbyt dużo jak dla nas. Kąpiel podziałała relaksująco, rozluźniła wszystkie mięśnie ale też nas rozleniwiła i wcale nie chciało nam się dalej pedałować pod górkę tylko położyć i spać. Jednak z każdą chwilą przybywało coraz więcej tubylców a my za tłumami nie przepadamy więc czas było ruszać w drogę. Po leniwym pedałowaniu dotarliśmy wreszcie na przełęcz, gdzie było kilka straganów z pamiątkami dla turystów podróżujących autobusami z Cusco do Puno, które zatrzymują się w tym miejscu. Turyści z autobusów znów nas fotografowali i pytali o naszą podróż, dziwiąc się, że już tyle kilometrów przejechaliśmy ale my też się czasem dziwimy… Potem łagodnie zjechaliśmy w dół na „altiplano” czyli płaskowyż, przez który droga wiedzie aż do Puno. Jazda przez płaskowyż byłaby bardzo przyjemna gdyby nie wiatr, który jak to zwykle bywa lubi bezkarnie hulać po otwartych przestrzeniach i niestety przeważnie hula tak, że wieje nieszczęsnemu rowerzyście w twarz. Tak więc jechaliśmy pod wiatr i powolnym tempem. Kończyły nam się zapasy prowiantu i gdy dojechaliśmy do wsi  Ayaviri poszłam na rynek zrobić zakupy. Akurat trafiłam na dział mięsny i choć wiele rynków już w swoim życiu widziałam i byle co nie jest mnie w stanie w tej kwestii zadziwić, to jednak sterta oślich łbów leżąca na podłodze, pomiędzy którymi bawiły się dzieci przekupek trochę mnie zaskoczyła… Przezornie się wycofałam, żeby przypadkiem w taki łeb nie wdepnąć. Droga za Aayviri była dosyć kiepska, częściowo zasypana żwirem i co kawałek zagrodzona bo trwały na niej jakieś roboty ale za to wjechaliśmy w pagórkowaty teren, który osłonił nas od wiatru i dzięki temu nadrobiliśmy stracone kilometry. Noc spędziliśmy znów biwakując nad rzeką. Ze snu wybudził nas głośny huk grzmotu, którego echo rozległo się wśród skał. Raz jeszcze martwiliśmy się czy aby wichura nie rozprawi się do reszty z naszymi bardzo mocno nadwyrężonymi masztami ale na szczęście my i namiot dotrwaliśmy w całości do rana. Pogoda znów była piękna i pedałując wciąż na południe minęliśmy chaotyczne i hałaśliwe miasteczko Juliaca, gdzie na rogach ulic wszyscy czymś handlują. Ulice zatłoczone, wszędzie korki i głośne trąbienie klaksonów a my manewrujący naszym „tirem” między samochodami i rikszami po dziurawej drodze. Przy wyjeździe z miasta musieliśmy się zatrzymać na posiłek bo już strasznie doskwierał nam głód po całej męczącej przeprawie przez tę mieścinę. Nie bacząc na nic usiedliśmy na chodniku i pałaszowaliśmy bułki, smarując je masłem. Dobrze, że nie jesteśmy w Europie – pomyślałam sobie, tutaj można się nie przejmować. Po południu dojechaliśmy do Puno. Droga wspięła się na wzgórze i po raz pierwszy mieliśmy stamtąd widok na Lago Titicaca. Pokręciliśmy się trochę po Puno ale nie za długo. Zajrzeliśmy do portu, jadąc drogą wzdłuż, której ciągną się stragany z pamiątkami dla turystów. Stamtąd łodzią można popłynąć do słynnych pływających wysp, które w dzisiejszych czasach istnieją już właściwie tylko dla turystów i nabyć pamiątki z podróży, produkowane przez wyspiarzy. Cena wycieczki 15 soli. My jednak zrezygnowaliśmy z tej przyjemności ponieważ, jak już pisałam nie przepadamy za łodziami a poza tym trzeba byłoby zatrzymać się na dwa noclegi w Puno bo pewnie nie zdążylibyśmy wrócić i spakować się, żeby opuścić hostal o wyznaczonej godzinie ( zwykle o 10.00 lub 11.00). Wyjechaliśmy więc z Puno jeszcze tego samego dnia z przebitym kołem w dodatku, które musieliśmy co jakiś czas dopompowywać bo za późno było już na łatanie dętki.

Dwa dni jechaliśmy jeszcze do granicy wzdłuż jeziora. Zatrzymaliśmy się w spokojnej wiosce Chicuto, gdzie zamierzaliśmy obejrzeć świątynie Płodności. Pełną ponoć wielkogabarytowych rzeźb prezentujących męskie penisy ale niestety ominęła nas ta przyjemność bo świątynia zamknięta była na cztery spusty. Na jednej z kamiennych uliczek mogliśmy się za to przyjrzeć Indiankom, które z sierści lamy skręcały bardzo zwinnie w palcach wełnę i nawijały na wrzeciono. Potem przez małe wioski i pola dojechaliśmy do miasteczka Ilave, gdzie zupełnie niespodziewanie trafiliśmy na paradę, której uczestnicy, głównie młodzież szkolna, prezentowali się w strojach ludowych, zmieniających się na przestrzeni różnych epok. Niestety nie wiemy dokładnie czemu była poświęcona i z jakiej okazji odbywała się owa parada ale byliśmy pod ogromnym wrażeniem strojów, jakie nosili uczestnicy. Myślę, że niejedna garderoba teatralna pozazdrościła by takiej rozmaitości kostiumów, jaką można było obejrzeć w tej niewielkiej mieścinie. Spędziliśmy ponad godzinę przyglądając się paradzie a dodam, że zaciekawienie było obopólne. Lokalni interesowali się naszym rowerem a my ich przepięknymi strojami. Ostatni przystanek przed granicą to było miasteczko Juli. Na rynku, gdzie zatrzymaliśmy rower, znajdował się kościół  i wstąpiłam do niego, żeby odmówić modlitwę. Weszłam, przeżegnałam się i stanęłam w cichym kątku a tu z półmroku bocznej nawy wyskoczył nagle gostek z plikiem biletów w dłoni, domagając się żebym nabyła takowy za dwa sole. Byłam zniesmaczona, że w dzisiejszych czasach już nawet pacierza zmówić nie można w świątyni za darmo. Opuściłam więc kościół a ostatnie peruwiańskie sole, jakie nam zostały Przemek wydał u przekupek handlujących pod kościołem wyrobami z wełny lamy. Zaopatrzył się w skarpety, czapkę i rękawiczki. Nie pozostawało nam więc nic innego jak pospieszyć do granicy i na kolację dotrzeć do Boliwii.

W Peru spędziliśmy ponad dwa miesiące. Posmakowaliśmy kurzu na górskich drogach i doświadczyliśmy suchego, pustynnego wiatru na wybrzeżu. Tak jak bezludne obszary w północnej Brazylii nauczyły nas być samowystarczalnym, tak  Peru zahartowało nas i uodporniło na zmieniające się temperatury – od palącego słońca w dzień po mróz w nocy. Podróżowanie przez ten kraj rowerem nie jest łatwe, ze względu na dosyć skrajne warunki klimatyczne, szczególnie w górach i duże wysokości. Teraz z perspektywy czasu zastanawiam się jeszcze, czy Peru rzeczywiście jest niebezpieczne… No cóż, my nigdy nie czuliśmy się zagrożeni w tym kraju, nie znaczy to jednak, że jest tu zupełnie bezpiecznie. Myślę, że przemierzając Peru warto być bardziej czujnym. Swoje przekonanie opieram na kilku faktach, które powinny w każdym podróżującym obudzić ową czujność i zdrowy rozsądek. Otóż znacznie więcej turystów podróżujących w Peru donosiło o kradzieżach niż w innych krajach na tym kontynencie. Nie chodzi tu tylko o kradzieże ale napady zbrojne, wymuszenia czy uprowadzenia turystów i nie tylko w okolicach dużych miast, co zdarza się na całym świecie ale również na stanowiskach archeologicznych czy górskich szlakach. Przezorność policji, która nie pozwoliła nam przejechać rowerem odcinka w okolicach Trujillo, choć może trochę przesadna, tez nie wzięła się znikąd. Spora liczba policjantów pilnująca porządku w miastach i na drogach na wybrzeżu świadczy o tym, że przestępczość jest tu spora. Nawet zabezpieczenia na ciężarówkach, których tył pokrywa się kolczastymi gałęziami aby zapobiec wskakiwaniu złodziei na pakę i okradaniu samochodu jest widocznym sygnałem, że istnieje problem. Szczególnie dotyczy to wybrzeża, gdzie jest więcej dużych miast ale i dzielnic slumsów. Mimo wszystko jednak Peru to bez wątpienia jeden z najpiękniejszych krajów, jakie do tej pory odwiedziliśmy. Żałujemy tylko, że nie udało nam się odwiedzić kanionu Colca, który chcieliśmy zobaczyć ale kto wie, może jeszcze kiedyś tu wrócimy…

Posted Grudzień 20, 2011 by D&P in Peru

  1 comment

Machu Picchu – piękno czy komercja?  17.11 – 19.11.2011

Machu Pichu i położona u jego stóp wioska Aquas Calientes to z pewnością najbardziej znane ale i najdroższe miejsce w Peru. Wysokie są ceny hostali, posiłków w restauracji, koszty transportu a nawet żywności w sklepach. Jeśli ma się pełen portfel, to nie problem ale jeśli jest się niskobudżetowym turystą, to sprawa nie jest już taka prosta. Mimo wszystko nie mieliśmy zamiaru wyjeżdżać z Peru bez odwiedzenia tego wyjątkowego miejsca…

Najprostszym ale i najdroższym sposobem dostania się do Machu Picchu jest linia kolejowa znana już powszechnie ze względu na astronomiczne ceny. Można dojechać z Cusco lub nieco taniej klasą backpakerską z Ollantaytambo. Tego sposobu jednak nie polecamy, chyba, że masz dużo kasy, jesteś wygodny lub starszy i inny środek transportu nie wchodzi w grę. Tabele z cenami biletów jeżdżących tą trasą pociągów zamieszczamy poniżej. Dość powiedzieć, że w chwili obecnej najtańsza możliwa opcja to dojazd pociągiem z Ollantaytambo do Aquas Calientes w klasie backpacker, który kosztuje 35 $ za przejechanie około 40 kilometrowego odcinka! Oczywiście jest to cena biletu w jedną stronę. Droga jezdna z Cusco kończy się w Ollantaytambo, dlatego większość zamożnych turystów mimo wszystko wybiera tą kosztowną podróż.

Innym sposobem, dla mniej zasobnych w gotówkę, jest dojazd okrężną drogą przez góry do miejscowości Santa Maria a następnie, po przesiadce do Santa Teresa, skąd dojeżdża się collectivo do hydroelektrowni a dalej trzeba pokonać pieszo 8 kilometrów do Aguas Calientes. Podróż z Ollantaytambo zajmuje cały dzień. W ten sposób koszty dojazdu w jedną stronę można zredukować do ok. 40-50 soli (nie znamy dokładnej ceny, tylko z informacji zaczerpniętych w Ollantaytambo). Jeżeli decydujesz się na dojazd busem dla turystów z Cusco to koszt podróży w jedną stronę wyniesie około 100 soli. Trzeba też doliczyć do tego koszty minimum dwóch noclegów w Aquas Calientes, które też nie są tanie.

Jeśli to nadal dla Ciebie zbyt drogo a nie jesteś leniwy lecz za to oszczędny i dostatecznie zmotywowany żeby ponieść trud wędrówki, to możesz się wybrać na „Inca trail dla ubogich”, tak jak my J Tańsza opcja już nie istnieje.

Rano, około godziny ósmej, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy w jeden plecak, który nam jeszcze został. Niestety nie dało się zmieścić namiotu ze śpiworami i wiedzieliśmy, że będziemy musieli spać w hostalu w Aquas Calientes. Rower i resztę bagażu zostawiliśmy na przechowanie w hostalu. Razem z francuskim tandemem poszliśmy w okolice hali rynku w Ollantaytambo, skąd odjeżdżają busy do miejsca zwanego „kilometr 82”. W tym to miejscu turyści, którzy wykupili w biurach podróży kilkudniowy treking do Machu Picchu zwany „Inca trail” wraz z tragarzami wyruszają na szlak. Dlatego rano ze znalezieniem busa nie było problemu gdyż dojeżdżają nimi tragarze. Koszt dojazdu wynosi 2.50 sola/osoba. W małej wiosce przy kilometrze 82 znajduje się niewielki sklepik, gdzie można kupić jeszcze coś do jedzenia lub picia. Ruszyliśmy więc w drogę. Grupy z tragarzami poszły na szlak a my mieliśmy swój własny, dla oszczędnych – 29 kilometrów wzdłuż torów do Aquas Calientes. Przez większość drogi w pobliżu torów biegła ścieżka lecz były odcinki, które trzeba było pokonywać maszerując wprost po torach i wtedy stopy najbardziej się męczyły. Młodych Francuzów puściliśmy przodem a my z racji wieku i braku solidnych traperek z grubą podeszwą szliśmy sobie bez pośpiechu. Pogoda była ładna i mieliśmy do dyspozycji cały dzień. W drodze zrobiliśmy kilka postojów na jedzenie i odpoczynek, gdyż tak długi marsz dla nóg nawykłych do ciągłego pedałowania a odzwyczajonych od chodzenia, to jednak ogromny wysiłek. Przemek, maszerując w butach ze zdartymi od hamowania podeszwami, dorobił się brzydkich i bolesnych odcisków na stopach, co jeszcze spowolniło naszą wędrówkę. Ostatecznie przejście całej drogi wraz z odpoczynkami zajęło nam niecałe osiem godzin, ale przy dobrych butach i normalnym tempie marszu można dojść do wioski w około sześć godzin. W każdym razie i tak byliśmy dobre pół godziny prędzej od pozostałej trójki Francuzów z naszego hostalu, która wyruszyła w drogę busem do Santa Teresy jakąś godzinę wcześniej od nas. Stad wiemy, że podróż okrężną drogą przez góry zajmuje cały dzień i nocleg pod Machu Picchu i tak jest konieczny.

Najtańszy hotel jaki udało nam się znaleźć w Aquas Calientes kosztował 40 soli za pokój dwuosobowy i choć mnóstwo pustych hostali w miasteczku właściciele nie chcieli dawać zniżek. Można więc sobie wyobrazić jakie są ceny w szczycie sezonu! A i tak turystów jest wtedy tyle, że czasem trudno znaleźć miejsce. Na szczęście w hostalu mieliśmy gorącą wodę i można było wziąć przyjemny prysznic. Ledwo doszliśmy do hostalu a na zewnątrz zaczęło lać. Byliśmy bardzo zmęczeni. Zjedliśmy ciepłą zupkę, którą wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości i dobrego smaku ugotowaliśmy na palniku w hotelowym pokoju i zaraz poszliśmy spać.

Rano zaczęliśmy dzień od pójścia do centrum miasteczka, gdzie znajduje się kasa sprzedająca bilety wstępu do Machu Picchu. Oczywiście bilety na Waynapicchu – punkt widokowy na górze były już niedostępne na ten dzień, trzeba je kupować z wyprzedzeniem. Zdecydowaliśmy się jednak na bilet do Machupicchu Montana – niższą górkę położoną w południowej części kompleksu. Ceny biletów zamieszczamy pod wpisem. Następnie udaliśmy się na zakupy prowiantu, mimo obowiązującego zakazu wnoszenia żywności. Nie mieliśmy jednak zamiaru spędzać dnia o „ głodnym pysku”. Do samego Machu Picchu zdecydowaliśmy się jednak dojechać autobusem, gdyż nasze nogi dostały trochę w kość poprzedniego dnia i podchodzenie szlakiem pieszym, który jest bardzo stromy zajęło by zbyt wiele czasu. Mimo, że sezon turystyczny się skończył z Aquas Calientes co kilkanaście minut odjeżdżały autobusy pełne ludzi. Przy wejściu też kłębił się niezły tłum ale wpuszczający nie byli zbyt dociekliwi i wszystko poszło sprawnie. Weszliśmy z naszym plecakiem choć przekraczał dopuszczalną wielkość 20 litrów i z całym prowiantem w środku. Pogoda była pochmurna więc nie było sensu wdrapywać się na górkę, na którą mieliśmy bilet. Obydwa punkty widokowe spowite były chmurami lecz Machu Picchu urzekło nas od pierwszego wejrzenia. Przepiękne miejsce, w którym położone jest miasto Inków sprawia, że atmosfera wokół wydaje się naprawdę magiczna. Chodziliśmy więc, oglądaliśmy i robiliśmy pamiątkowe fotografie tego niezwykłego miejsca. Spędziliśmy w ruinach prawie cały dzień ciesząc się pięknymi widokami ruin, położonych wśród zielonych gór, spowitych chmurami. W sumie nie wykorzystaliśmy naszego biletu na punkt widokowy, gdyz chmury rozeszły się dopiero po godz.12.00 a wtedy wstęp jest już zabroniony niestety. Najwspanialsze było jednak popołudnie w Machu Picchu, kiedy wyszło słońce  i znikły tłumy ludzi spieszących się na powrotny pociąg do Cusco. Wokoło zapanował spokój a my siedzieliśmy na jednym z trawiastych tarasów i patrzyliśmy z góry na pogrążone w ciszy i popołudniowych promieniach słońca Miasto Inców. Około godziny 16.00 nie spiesząc się wróciliśmy pieszym szlakiem do Aquas Calientes. To był wspaniały dzień. Nie żałowaliśmy trudu włożonego w dotarcie tutaj. Naszym zdaniem pomimo całej komercji związanej z Machu Pichu a nastawionej na maksymalny wyzysk turysty, to miejsce jest naprawdę wyjątkowe i byłoby sporą stratą gdybyśmy tu jednak nie dotarli. W wiosce dorwał nas hotelowy naganiacz a ponieważ był dość zdesperowany by znaleźć klientów, udało nam się wytargować cenę pokoju w hostalu na 30 soli.

Kilka słów o Machu Picchu…

Trudno zaprzeczyć, że jest to prawdziwa turystyczna fabryka pieniędzy. Mimo wszystko jednak piękno tego miejsca jest niezaprzeczalne i dlatego jak najbardziej polecamy do zwiedzania. Jeśli chcesz naprawdę docenić piękno tego miejsca, pamiętaj o kilku ważnych szczegółach:

  • nie zwiedzaj Machu Pichu w szczycie sezonu, przypadającego na okres od czerwca do wrześńia, maszerując w tłumie ludzi można się co najwyżej wkurzyć

  • nie wybieraj pociągu jako środek transportu, bo będziesz zwiedzał Miasto Inców w największym tłumie a potem będziesz musiał spieszyć się na powrotny pociąg, chyba że stać cie i na pociąg i na nocleg w Aquas Calientes

  • unikaj zwiedzania w zorganizowanej grupie, gdyż nie daje ono możliwości swobody poruszania się lub zaszycia w jakimś cichym zakątku kompleksu, żeby po prostu popatrzeć. Wszelkie informacje znajdziesz bez trudu w dostępnych publikacjach a do biletu dołączona jest mapka, dzięki której zorientujesz się co właśnie zwiedzasz. Jeśli jednak wolisz przewodnika to możesz go wynająć przed wejściem do Machu Picchu będzie tylko do twojej/waszej dyspozycji

  • nie potrzeba wchodzić na żadne punkty widokowe, ruiny miasta Inków są tak pięknie położone, że doskonale obejrzysz je bez konieczności wspinaczki i kupowania droższego biletu. Punkty widokowe dają raczej wspaniały widok na okolicę niż na same ruiny

Najtańsza możliwa opcja zobaczenia tego miejsca:

bus do kilometra 82 – 2.50 soli; nocleg w Aquas Calientes na campingu – 15 soli ( w sezonie 25 soli); wstęp do Machu Picchu – 126 soli

1 sol to ok. 1,20 zl

   

Do Ollantaytambo wracaliśmy tą samą drogą wzdłuż torów. Rano kiedy robiliśmy zakupy w miasteczku i wyszliśmy ze sklepu minęła nas sfora kilku bezpańskich psów, jakich mnóstwo w tutejszych mieścinach. Nagle jeden z psów odłączył się od reszty i zaczął iść za nami. Nic w tym dziwnego, często jakieś psy kręciły się wokół nas licząc pewnie na coś do jedzenia. Przemek zaczął odganiać wychudzonego rudzielca ale pies podążał za nami. Potem nie zwracaliśmy na niego uwagi. Wyjdziemy za wioskę to sobie pójdzie – myśleliśmy. Ale się pomyliliśmy. Wyszliśmy na tory a pies podążał za nami. Przemek zaczął go odstraszać a nawet rzucać kamykami w jego stronę. Pies cofał się o kilka kroków ale potem znów biegł za nami. I tak praktycznie całą drogę! Kiedy przejeżdżał pociąg krył się za nami, przystawał i spokojnie czekał kiedy ruszymy dalej. Po drodze mijaliśmy stado krów. On wyraźnie się ich bał. My poszliśmy dalej, myśląc, że teraz pewnie go zgubimy. Pies szczeknął żałośnie, obróciliśmy głowy do tyłu ale poszliśmy dalej swoją drogą. Po dwóch minutach był już powrotem przy nas ciesząc się i podskakując, że udało mu się przełamać strach i nas dogonić. Przemek wymyślił patent na chodzenie po szynie z dwoma kijami do podpierania (jak w nornic walking), dzięki czemu oszczędzał obolałe stopy i szybciej się poruszał. Psa też bolały łapy więc próbował naśladować Przemka i chodzić po szynie. Naprawdę nas rozbawił. Nie potrafił ukryć radości z powodu bliższego z nami kontaktu. Kiedy osłoniłam go dłonią przed pędem przejeżdżającego pociągu, poszczekiwał potem i skakał wokół mnie radośnie. Szedł razem z nami i odpoczywał kiedy my odpoczywaliśmy. Przeszedł za nami 29 kilometrów z Aquas Calientes mimo jakiejkolwiek zachęty z naszej strony a nawet prób pozbycia się go. To wywarło na nas wrażenie. Kiedy dotarliśmy do 82 kilometra, było już ciemno i okazało się, że bus już nie pojedzie. Nie pozostawało nam nic innego jak dalej iść pieszo. Pies oczywiście dreptał przy nas. Zabawnie to wyglądało: ledwo idący Przemek z pokiereszowanymi stopami i kijem, ja zmęczona długim marszem i wychudły pies. Niestety mieliśmy „szczęście” i zatrzymała się przejeżdżająca ciężarówka żeby nas podwieźć do miasta, kiedy właśnie zaczynało kropić. Byliśmy zdecydowani zabrać Psa ze sobą i zrobić mu nawet legowisko na przyczepce. Powiedzieliśmy kierowcy, że jedziemy z psem. Był wyraźnie zdziwiony, że chcemy zabrać ze sobą przybłędę. Jednak los chciał inaczej. Pies był przestraszony i nie dał się Przemkowi wziąć na ręce i wsadzić do samochodu. Pewnie nigdy nie miał właściciela i nikt wcześniej nie próbował go brać na ręce, a może bał się ciężarówki lub jednak bał się, że już nie wróci do swojej mieściny. Tego nie wiemy. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego wyboru. Przemek nie mógł już iść a namiotu ze sobą nie mieliśmy. Hostalu w tym rejonie też nie było. Kompletnie zmęczeni wsiedliśmy do ciężarówki a Pies został na drodze, patrząc jak kierowca zatrzaskuje za nami drzwi samochodu. To była straszna chwila. Rano zyskaliśmy psa a wieczorem straciliśmy przyjaciela i wiedziałam, że już więcej go nie zobaczymy. Ledwo drzwi się za nami zatrzasnęły i samochód ruszył czułam jak łzy napływają mi do oczu. Drogę przejechaliśmy w milczeniu ale każde z nas myślało o Psie, z którym naprawdę żal było nam się rozstać. Ten zwierzak poruszył nasze serca, choć nie był wcale urodziwy i absolutnie nie chcieliśmy psa. Rano pojechaliśmy rowerem po wyboistej drodze bez asfaltu aż do torów go szukać, niestety przepadł jak kamień w wodę. Spędziliśmy dzień w kiepskich nastrojach. Mało tego kiedy kolejnego dnia opuszczaliśmy Ollantaytambo wciąż myśleliśmy o Psie. Dojechaliśmy do Urubamby i Przemek stwierdził, że damy mu jeszcze jedną szansę i spróbujemy pojechać wzdłuż torów rowerem do Aquas Calientes, żeby go znaleźć. To było szaleństwo ale nie mogliśmy sobie wybaczyć, że zostawiliśmy go na tej przeklętej drodze. Wróciliśmy ponad dwadzieścia kilometrów do Ollantaytambo, znów rozstawiliśmy namiot przy hostalu i poszliśmy spać z zamiarem poszukiwania Psa na drugi dzień. Niestety znów los chciał inaczej – całą noc i ranek lał deszcz. Droga zamieniła się w błoto, pod którym kryły się kamienie. Jazda naszym tandemem była praktycznie niemożliwa i groziła uszkodzeniem roweru. Marsz do Aquas nie wchodził w grę bo Przemek wciąż miał obolałe stopy i ledwo chodził. Z przykrością musieliśmy zaakceptować fakt, że Psa już nie znajdziemy. Zrobiliśmy zakupy w miasteczku, musieliśmy iść do spawacza z przyczepką na której pojawiło się kolejne pęknięcie i z nosami na kwintę opuszczaliśmy Ollantaytambo po raz drugi, lecz tym razem już definitywnie ostatni…

Posted Listopad 30, 2011 by D&P in Peru

  Leave a comment

Górską drogą do Ollantaytambo 13.11- 16.11.2011

Końcowy etap naszej wspinaczki z nad oceanu w góry był już znacznie łatwiejszy niż jazda do Abancay, choć odcinkami trzeba się jeszcze było mocno napedałować. Zaraz po wyjeździe z hostalu czekał nas tak stromy podjazd do głównej drogi, że ostatnich kilkadziesiąt metrów musieliśmy prowadzić rower pod górkę, bo po prostu nie mieliśmy siły jechać. Tak więc jedyna sytuacja w Peru, w którym pokonywaliśmy naprawdę wysokie górskie przełęcze, kiedy nie daliśmy rady podjechać do góry – to była uliczka w mieście Abancay 🙂 Na głównej drodze stromizna złagodniała i mogliśmy sobie spokojnie pedałować. W dodatku pogoda była przepiękna – ani za gorąco, ani za zimno, wicher nie wiał a wokoło zielona kraina z drzewami i śpiewem ptaków. Ruch na jezdni niewielki, spokój dookoła a my podjeżdżaliśmy coraz wyżej i wyżej, patrząc z góry na Abancay, które coraz bardziej się oddalało. Po 36 kilometrach wspinaczki dotarliśmy na przełęcz o wysokości ponad 3900 m. n.p.m, za którą zobaczyliśmy szczyty pokryte śniegiem. Zaraz też zaczął się zjazd i oczywiście powracające jak bumerang kłopoty z hamowaniem… Przemek dwukrotnie majstrował przy nieszczęsnych klockach a i tak trzeba było hamować butami, które znowu straciły kolejną część podeszwy. Zjechaliśmy w sumie 31 kilometrów i zatrzymaliśmy się na nocleg na małej łączce, przy chatce, gdzie mieszkała starsza Indianka, która pozwoliła nam na biwak w tym miejscu. Zabraliśmy się zaraz za rozstawianie namiotu a tu obok przemaszerowała sobie ogromna, włochata tarantula. Przyjemne miejsce, nie ma co 🙂

Rano dotarlismy do wioski Curuashi i  zjechaliśmy jeszcze kolejne 15 kilometrów w dół. Wokoło rozciągała się ciepła, zielona okolica z drzewami mango, palmami i bananowcami. Kiedy jechaliśmy kanionem wzdłuż rzeki, słońce grzało już niemiłosiernie. Widzieliśmy też „białe gęby” – kajakarzy na raftingu. Miejscami w kanionie nie było asfaltu i nad drogą unosił się straszny kurz. Wkrótce stopniowo zaczęła się znowu jazda w górę, w kierunku wioski Limatambo. Niedługi podjazd, jakieś 10 kilometrów ale przed samą wsią nagle się zachmurzyło i zaczęło padać. Przejeżdżaliśmy akurat w pobliżu budującej się stacji benzynowej, gdzie schroniliśmy się przed deszczem. Nie zanosiło się jednak na szybki koniec burzy. Po drugiej stronie drogi znajdowały się prymitywne restauracyjki i poszliśmy do jednej z nich przekąsić coś ciepłego. Takie klimaty lubimy – za 4 sole / porcja ( czyli niecałe 5 zł) zjedliśmy ryż z kurczakiem i frytkami oraz napiliśmy się pysznej, gorącej kawy. I jak tu nie lubić górskich, indiańskich wiosek … Do restauracji przyszedł też z lekka podpity jegomość, który zaproponował nam nocleg w budynku na stacji benzynowej, gdzie był dozorcą. Chętnie przystaliśmy na tę propozycję, żeby nie męczyć się z rozkładaniem namiotu w deszczu.

Rano dojechaliśmy do wioski Limatambo a potem drogą do góry na kolejną przełęcz o wysokości ponad 3600 m. n.p.m. Znów mieliśmy dzień pięknej pogody i ładną, zieloną okolicę. Jadąc przyglądaliśmy się tubylcom pracującym na roli, którzy orają pole w tradycyjny sposób – wołami i radłem. Ciężka praca…

Z przełęczy natychmiast rozpoczął się zjazd, aż dojechaliśmy do kolejnej wioski Ancahuasi, gdzie znowu wpadliśmy do taniej jatki na ciepły posiłek – almuerzo (obiadowy zestaw dnia) za 4 sole J Poszliśmy też na Internet, żeby na mapie w Google Earth sprawdzić dokładnie dalszą drogę. Wiedzieliśmy, że z Ancahuasi mamy skrót do Ollantaytambo i nie chcieliśmy go przegapić wśród innych bocznych dróg. Dziewczyna z obsługi powiedziała nam, że jeszcze dalej za wieś musimy jechać. Po drodze znów trzeba się było zatrzymać na regulację hamulca. W międzyczasie podjechało do nas samochodem dwóch facetów mówiących po angielsku. Pytaliśmy ich o wspomniany skrót ale oni twierdzili, że stąd możemy dojechać jedynie asfaltową drogą, która wprawdzie była krótsza niż droga główna ale nie o nią nam chodziło. Dostaliśmy jednak od nich darmową mapkę okolic Cusco, która nam się bardzo przydała. Oczywiście pojechaliśmy po swojemu, dzięki czemu zaoszczędziliśmy sporo czasu. Drogę znaleźliśmy sami, rozpytując o nią miejscowych i bez problemu trafiliśmy na właściwy szlak. Najpierw było trochę asfaltu, aż do miejscowości Zurite, potem asfalt się skończył ale dało się jechać. Wkrótce dotarliśmy do torów kolejowych, którymi jeżdżą pociągi z zamożnymi turystami z Cusco. Nie było w nich przepełnienia a ładnie ubrane panie serwowały napoje i posiłki. My jednak stwierdziliśmy, że i tak wolimy naszą bicikletę niż taki luksusowy pociąg za prawie sto dolców, którym żaden tubylec nie jedzie i czulibyśmy się jak w izolatce jakiejś… I z tą konkluzją rozkładaliśmy sobie namiot – bo i po co wjeżdżać na wieczór do miasteczka i za hostal płacić jak można za darmo w namiocie spać 🙂

Następnego dnia po około 9 km zjazdu dojechaliśmy do asfaltu i miejsca, gdzie za mostem był objazd bo droga się obsunęła. Rowerem jednak dało się przejechać i wkrótce przybyliśmy do Ollantaytambo. Miejscowość położona jest na górce i prowadzi do niej brukowana droga. Nad miasteczkiem, na zboczu góry znajdują się ruiny inkaskiej fortecy doskonale wkomponowane w otaczające skały. W turystycznym Ollantaytambo nie jest tanio, mimo że już po sezonie ceny hostali wynosiły  30 – 60 soli za pokój dwuosobowy. Udało nam się jednak trafić do hostalu opisywanym w LP, gdzie za 15 soli mogliśmy sobie postawić namiot na niewielkim skrawku trawnika. Wokoło kwitły pachnące krzewy i rosły wielkie kwitnące datury a między nimi uwijały się zwinnie różne gatunki kolibrów. Wkrótce do naszego namiotu dołączył kolejny – zjawiła się na trawniczku trójka turystów z Francji. A po południu niespodzianka – jeszcze dwóch młodych Francuzów i to na tandemie! Wprawdzie właścicielka ich odesłała bo miejsca na trawie już nie było ale my stwierdziliśmy, że po małych przesunięciach jeszcze by się zmieścili. Znaleźliśmy ich później w mieście kiedy zrezygnowani krążyli po hostalach i powiedzieliśmy, że obok są ich rodacy i, że możemy poprzestawiać namioty, żeby zrobić dla nich miejsce. No i ostatecznie tak właśnie zrobiliśmy a w sali telewizyjnej hostalu stanęły obok siebie dwa tandemy J Oczywiście ich rower lepszy, droższy a wszystkie sakwy czyste i z lepszych materiałów, tak samo przyczepka, którą też mieli, jednak bagaż naturalnie  mniejszy od naszego 🙂 Ale nasza bicikleta nie miała się czego wstydzić, widać przecież, że już z niej prawdziwy podróżnik i tysiące kilometrów w kołach ma!

Wieczorem poszliśmy na spacer po kamiennym miasteczku. Miło się było przechadzać brukowanymi uliczkami, gdzie część budynków zbudowana z idealnie dopasowanych do siebie głazów jeszcze z czasów inkaskich. Współczesna robota to już nie to samo i na ścianach doskonale widać tę różnicę. Do twierdzy nie weszliśmy, gdyż cena 70 soli na osobę dosłownie zwaliła nas z nóg! Zresztą nie byliśmy do końca pewni czy po tylu dniach jazdy przez góry chciałoby nam się jeszcze wspinać na górę, żeby pochodzić wśród starych murów…

Przy wejściu do fortecy znajduje się rynek, na którym sprzedaje się lokalne wyroby przygotowane dla turystów. Można tu znaleźć fajne rzeczy ale trzeba się ostro targować a ceny i tak nie są niskie. Za to w hali rynku w miasteczku są tanie jatki dla tubylców, gdzie można przekąsić coś w rozsądniejszej cenie, niż w restauracjach, których pełno w mieście i można też napić się świeżo wyciskanego soku owocowego. Stoiska serwujące posiłki znajdują się na trzecim piętrze rynku.

Posted Listopad 30, 2011 by D&P in Peru

  Leave a comment

Powrót w wysokie Andy. Jak pedałowaliśmy z Nazca do Abancay.  31.10- 12.11.2011

Tak, wiemy jesteśmy okropni, że tak długo nie pisaliśmy, ale naprawdę nie było czasu! Przejechaliśmy już ponad tysiąc kilometrów z Paracas i sporo się wydarzyło. No ale po kolei…

Wróćmy jeszcze na chwilę do Paracas, gdzie dzień przed wyjazdem natknęliśmy się na parę dwóch młodych Polaków z sąsiedniego hostalu. Po raz pierwszy w tej podróży spotkaliśmy polskich turystów! Kilka dni temu przybyli do Limy i właśnie rozpoczynali swoją podróż po Ameryce Pd. Sympatyczni ludzie, z którymi przyjemnie się rozmawiało. Miło było spotkać podróżujących rodaków. Cieszymy się, że coraz więcej Polaków podróżuje i mamy nadzieję, że czasy, kiedy w odległych krajach ciągle spotyka się tylko Amerykanów, Niemców, Anglików i Francuzów, odejdą wreszcie do lamusa J Szkoda tylko, że większość z nas na swoje podróże musi zarabiać za granicą …

Dotarcie do Nasca zabrało nam trzy dni. Zaraz po wyjeździe z Paracas mieliśmy odcinkami sprzyjający wiatr i pędziliśmy przez pustynię i małe wioski mimo palącego słońca. Niestety te wioski, do których dojechaliśmy po południu, zaczęły się nie w porę i ciągnęły wzdłuż drogi w nieskończoność. Znowu nie mogliśmy wyszukać żadnego miejsca na namiot. Pedałowaliśmy więc zawzięcie aż wyjechaliśmy ponownie na pustynię, po raz kolejny zmuszeni do jazdy po zmroku. Niestety na pustyni wjechaliśmy w obszar zabudowany chatami z trzciny, w których mieszkają najbiedniejsi Peruwiańczycy. Wprawdzie większość była opustoszała ale gdzie niegdzie widzieliśmy jakichś ludzi i biorąc pod uwagę, że ich chaty razem z całym dobytkiem są mniej warte niż nasz zużyty już rower, nie czulibyśmy się bezpiecznie rozstawiając tam namiot. Trzeba wiec było pedałować dalej, aż wyjechaliśmy wreszcie na otwartą pustynię, na której z kolei nie było gdzie się schować. Mieliśmy jednak szczęście i trafił nam się „economico hotel” ( czytaj: opuszczony dom ), wystarczająco duży aby w środku rozstawić namiot. Niestety pech chciał, że ledwo zdążyliśmy zmontować namiot a niedaleko zatrzymał się policyjny samochód, który stał przy drodze, z wygaszonymi światłami a policjanci obserwowali przejeżdżające pojazdy. Byli jednak zbyt blisko naszej kryjówki i nie mogliśmy przez to ugotować sobie porządnego posiłku na kolację. Płomień z palnika zdradziłby naszą obecność i pewnie gliniarze by nas stamtąd wyeksmitowali. Tak więc piękne udka z kurczaczka, kupione w markecie Plaza Real w miasteczku Ica, na które „ślinka nam ciekła” przez pół dnia mogły być zjedzone dopiero na śniadanie. Następnego dnia dojechaliśmy do wsi Palpa, za którą wkrótce pojawił się Płaskowyż Nasca. Postanowiliśmy się więc zatrzymać na nocleg w tej okolicy, żeby rano zwiedzić płaskowyż, potem przejechać przez miasto Nasca i odbić w drogę, prowadzącą w kierunku Cuzco. Rozbiliśmy sobie namiot za wzgórzem, na pustyni, zdążyliśmy się jeszcze w ciepłych promieniach słońca umyć wodą z butelki, spokojnie najeść i poszliśmy spać. Niestety plany to jedno a rzeczywistość, czasem niestety brutalna, to co innego. W nocy u Przemka zaczęły się problemy z żołądkiem. Rano „ nasz główny silnik” był już w fatalnym stanie ale słońce wstało i nie dało się leżeć w namiocie. Poza tym nasze zapasy wody były skromne i nie mogliśmy dłużej siedzieć na pustyni. Postanowiliśmy dojechać do Nasca, żeby zatrzymać się w jakimś hostalu aby Przemek mógł dojść do siebie. Jazda była istną męczarnią – dla Przemka z powodu okropnego samopoczucia i konieczności ciągłego zatrzymywania się a dla mnie z powodu tempa jazdy i całej sytuacji, która budziła we mnie silne poczucie bezsilności. Po drodze zajrzeliśmy do małego muzeum Marii Reiche (wstęp 2.50 sola/osoba), gdzie znajduje się także jej grób. Ona to właśnie zajmowała się badaniem hieroglifów i linii, znajdujących się na pustyni. Dzięki niej obecnie miejscowość Nasca stała się znanym na świecie miejscem i codziennie zarabia niemałe pieniądze na turystach, oglądających płaskowyż z samolotu, a przyjemność ta aktualnie kosztuje 90$. Po drodze weszłam też na punkt widokowy – małą wieżyczkę przy Panamericanie, skąd za 2 sole można zobaczyć dwie figury, znajdujące się na płaskowyżu. Potem, męcząc się paskudnie, jechaliśmy do Nasca, gdzie dotarliśmy dopiero późnym popołudniem i zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym hostalu za 25 soli, żeby Przemek mógł się wreszcie położyć i odpocząć. Wieczorem poszłam do miasta, bo byłam już bardzo głodna a na domiar złego znów zapchał się palnik i nie można było nic ugotować. To była kolejna makabra. Na ulicach tłumy ludzi, idących wolno, jak na procesji, z rozkrzyczanymi dziećmi w najprzeróżniejszych strojach i maskach, bo to przecież Halloween! Przepychałam się w tym tłumie, żeby znaleźć bankomat a potem zrobić zakupy i jeszcze wrócić z ciężkimi siatami, w tej masie ludzi do hostalu, który znajdował się spory kawałek od centrum.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Nasca, gdyż Przemek wciąż czuł się zbyt kiepsko, żeby mógł jechać dalej. Pojechaliśmy tylko rowerem, bez bagaży na stację benzynową, żeby sprężonym powietrzem przepchać palnik i na szczęście się udało. Nasca to typowo turystyczna mieścina, pełna restauracji i biur turystycznych ale ma przyjemny skwerek z fontannami, na głównym placyku w centrum, zwanym Plaza Bolognesi, jednak ileż można siedzieć na skwerku… W dalszą drogę, w kierunku gór, wyruszyliśmy trzeciego dnia rano a i tak szybko okazało się, że Przemek jeszcze nie czuje się dobrze. Za miasteczkiem zaczęliśmy bardzo powolny podjazd i co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, żeby Przemek mógł odpocząć. Na szczęście droga była znacznie łagodniejsza niż podjazd, jaki mieliśmy do Huaraz. Cały dzień jechaliśmy przez pustynię, nie było żadnych dolin z rzekami ani zielenią. Wiedzieliśmy jednak, że po drodze powinny być jakieś dwie lub trzy wioski, gdzie mieliśmy nadzieję uzupełnić zapasy prowiantu i wody. Po drodze spotkaliśmy zjeżdżającego z góry Francuza, który powiedział, że czeka nas jeszcze około 80 km podjazdu ale droga jest cały czas łagodna. To nas bardzo ucieszyło, bo oznaczało, że możemy mieć całkiem dobre tempo, jeśli tylko Przemek poczuje się lepiej. Kolejnego dnia kontynuowaliśmy podjazd przez pustynne obszary, aż popołudniem dotarliśmy do rejonów, gdzie góry porastała brunatna, sucha trawa, na której  pasły się w oddali stadka viscuňa – zwierzątek spokrewnionych z lamą. Po chłodnej nocy jechaliśmy dalej przez rezerwat Pampa Galeras – trawiaste wzgórza, gdzie pod ochroną, żyją wspomniane wcześniej viscuňas. Pampa Galeras to bezludny obszar ale jednak trafiliśmy na domek, w którym znajdował się mały sklepik, gdzie mogliśmy kupić coś do picia oraz bułki i ser. Po przejechaniu rezerwatu z ciekawskimi viscuňas zaczął się zjazd. Już po 20 kilometrach jazdy w dół Przemek musiał wymieniać klocki hamulcowe, o zgrozo! Udało nam się jednak dojechać do wioski zwanej Lucenes, gdzie są małe ale dobrze zaopatrzone sklepiki – warzywa, owoce, jaja, napoje i pieczywo. Okolica zrobiła się przyjemniejsza. Pojawiały się czasem zielone obszary a brunatne góry porastały gdzie niegdzie aromatyczne, górskie eukaliptusy, które są stałym elementem krajobrazu w Andach. Niestety odczuwaliśmy też niekorzystne skutki wysokości – przyspieszony oddech, migreny, zawroty głowy i oczywiście jakby do kompletu gorszego samopoczucia – nieszczęsny palnik znowu się zapchał. Po wyjeździe z Lucenes noc spędziliśmy biwakując nad górskim strumieniem. Mimo że sypialiśmy już znacznie wyżej ta noc była kiepska właśnie z powodu wysokości, choć zimno też było. Rano obudziły nas odgłosy krów, które przyszły do wodopoju. Ja przysypiałam w śpiworze, próbując odespać noc a Przemek męczył się z palnikiem, w końcu oczyścił piekielną rurkę ale orzekł, że bez spawania się nie obejdzie. Wkrótce jednak przy strumieniu zjawił się stary Indianin i ku naszej radości oznajmił nam, że w Puquio jest „soldatura electrica” znaczy się spawanie elektryczne. Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy do położonego niżej Puquio i rozpytywaliśmy tubylców o spawacza. Znalazł się zaraz uprzejmy gość, który zabrał Przemka swoją ciężarówką do spawacza, gdzie za 5 soli naprawiono nam palnik. Co za radość była, że będziemy mieć znowu ciepłe jedzonko J Ale żebyśmy zbyt szczęśliwi nie byli, to tego samego wieczoru przy rozstawianiu namiotu, po raz kolejny pękł maszt … Rozstawiliśmy więc z krótszym masztem bo nie było już czasu na naprawianie. Zapowiadała się kolejna zimna noc więc ubraliśmy wszystkie ciepłe ubrania, wskoczyliśmy do śpiworów a trzecim, cienkim, kupionym w markecie w Limie się przykryliśmy po same nosy. No i mieliśmy rację – było zimno bo rano lód był w butelkach z wodą.

Cały czas mozolnie pięliśmy się do góry z Puquio i choć droga nie była stroma, kosztowało to sporo wysiłku, również ze względu na wysokość. Szybciej się męczyliśmy, Przemkowi spuchły dłonie a mi twarz, od wiatru i słońca mieliśmy też poparzone twarze i ręce oraz wciąż spękane usta, których żadnym kremem wyleczyć się nie dało. Jechaliśmy jednak dalej, głównie przez pustkowia a ze wszystkich stron, po horyzont ciągnęły się wysokie góry. Po południu dotarliśmy na płaskowyż i droga bardziej się wyrównała. Byłoby bardzo fajnie, gdyby nie paskudny wicher, który hulał po pampie i przewiewał nas do szpiku kości. Musieliśmy poobwiązywać głowy chustami, pozakładać rękawiczki i polary. Na trawiastym płaskowyżu mijaliśmy kilka górskich jeziorek, gdzie widzieliśmy brodzące na brzegu różowe flamingi. Wicher był jednak tak męczący, że nie zatrzymaliśmy się nawet, żeby popatrzeć i zrobić zdjęcia, tylko pedałowaliśmy resztkami sił, by znaleźć jakieś osłonięte miejsce na namiot. Wreszcie dojechaliśmy do resztek jakiegoś muru z kamieni, nic lepszego nie udało się znaleźć. Ja byłam już porządnie przemarznięta, schowałam się za tym murem, żeby dojść do siebie. Przemek sam musiał rozpakować rower bo ja rozgrzewałam sobie skostniałe dłonie, potem rozstawiliśmy namiot dygocząc z zimna. Na szczęście nasz namiot dobrze chroni przed wiatrem i po przebraniu się w ciepłe, suche ubrania, zjedzeniu michy makaronu i wypiciu gorącej herbaty wreszcie się rozgrzaliśmy i mogliśmy pójść spać. Tę noc spędziliśmy na wysokości ponad 4500 m. n.p.m.

Rano wiatr już wiał… Pakowaliśmy rzeczy a tu zjawił się tubylec z pobliskiej wsi i próbował z nami porozmawiać. Zimno było jak piernik a on przyszedł w sandałach na bosych nogach, choć na głowie miał czapkę i szalik. Twardziele z tych górali tutejszych, nie ma co…

Do Abancay jechaliśmy jeszcze prawie trzy dni i oczywiście nie była to jazda rekreacyjna tylko ciężka harówka. Również mnie dopadły problemy żołądkowe i dzień kiepskiego samopoczucia, co znowu nas spowolniło. Po przejechaniu dokładnie 299 km z Nasca, o czym poinformował nas słupek milowy, zaczął się stromy zjazd do położonego u naszych stóp kanionu.  To oznaczało problemy. No i tak właśnie było – co kilometr musieliśmy się zatrzymywać, bo gotował się płyn hamulcowy i hamulec nie działał. Zdarły się też okładziny hamulcowe i hamowaliśmy samymi blachami, co powodowało niesamowity hałas, rozlegający się po całej dolinie oraz wibracje, które niszczyły tarczę hamulcową. Tego obciążenia nie wytrzymało przednie koło i pękła jedna szprycha a po chwili trzy kolejne, w dodatku pęknięta szprycha urwała czujnik od licznika. Tego już było za wiele. Zeszliśmy z siodełek i Przemek prowadził naszą bicikletę. Szliśmy tak długo, aż droga zrobiła się mniej stroma, wtedy to dopiero z powrotem wsiedliśmy na rower i z duszą na ramieniu pojechaliśmy dalej. Rozglądaliśmy się za miejscem na namiot, by Przemek mógł naprawić wszystkie uszkodzenia. Wreszcie znaleźliśmy świetne miejsce i mimo, że była wczesna pora rozstawiliśmy zaraz namiot. Przemek reperował rower a ja odsypiałam w namiocie poprzednią noc, podczas której nie zmrużyłam oka z powodu mojego żołądka. W sumie zjazd do kanionu a potem dalej w stronę Abancay ciągnął się prawie przez 150 km! Na szczęście był już łagodny i nie mieliśmy większych problemów z hamulcem ale za to znalazły się inne problemy. Na przykład przebita dętka – kiedy to robotnicy drogowi kosili zarośla przy asfalcie i dostaliśmy pod koła kolczaste ścinki. Od razu było sześć dziur w przednim kole! Godzina zeszła na ich szukanie i łatanie. Potem znów męczyliśmy się z silnym wiatrem w twarz, wieczorem baliśmy się, że maszty namiotu tego nie wytrzymają i Przemek przywiązywał go dodatkowo gumami do leżącego roweru, na szczęście namiot przetrwał. Za to spaliśmy lepiej bo zrobiło się ciepło i zjechaliśmy grubo poniżej 4000 m. n.p.m.

Wreszcie jednak po ośmiu dniach jazdy i zmagania się z palącym słońcem, zimnem, wiatrem i wysokością dojechaliśmy do miasta Abancay. To był, jak dotąd, jeden z najtrudniejszych odcinków do przejechania. W miasteczku trafił nam się tani hostal (12 soli za pokój), nieco spelunkowaty ale nie musieliśmy się martwić o to czy namiot wytrzyma i mogliśmy sobie zrobić porządne pranie. Zostaliśmy w hostalu na dwie noce i odsypialiśmy ostatni ciężki tydzień. Ten odpoczynek był bardzo pomocny.  Kąpiel, jedzenie i spanie postawiły nas na nogi. Byliśmy gotowi ruszać dalej, a droga prowadziła do małej turystycznej wioski o nazwie Ollantaytambo.

Posted Listopad 30, 2011 by D&P in Peru

  17 komentarzy

Lima i Paracas 21.10-28.10.2011

O Limie można napisać wiele ale raczej nie to, że jest ładna. Kilkadziesiąt kilometrów przed stolicą, od położonego na pustyni miasteczka o nazwie Ancon aż do samej Limy cały czas jechaliśmy przez małe mieściny i osady. Na zboczach gór, w pustynnym piasku stały obok siebie małe chaty z trzciny lub desek, które przywodziły na myśl jakieś gigantyczne mrowisko lub ul. Tutaj jest to normalna zabudowa ale dla przybysza z Europy to po prostu slumsy. Wjazd do Limy Panamericaną od strony północnej był ogólnie nieprzyjemny. Brudne, zniszczone domostwa i ogromny ruch, przy czym kultura jazdy kierowców jeszcze wielokrotnie gorsza niż w Polsce. Przy głównej drodze w mieście walały się śmieci, co przyznam szczerze, nie bez nostalgii, przywoływało w pamięci Indie. Smród spalin i natrętne trąbienie klaksonów były wykańczające a tymczasem trzeba było mieć ciągle skupioną uwagę aby sprawnie manewrować rowerem pomiędzy samochodami i nie dać się przy tym potrącić ani okraść na skrzyżowaniach czy światłach. Byliśmy porządnie zmęczeni. Poprzedniego dnia jechaliśmy jeszcze długo po zmroku gdyż wieczorem wydostaliśmy się z pustyni na teren zabudowany i nie mogliśmy znaleźć miejsca na nocleg. W końcu Przemek zatrzymał rower przy jakimś straganie z owocami i pytaliśmy właściciela czy możemy z tyłu postawić namiot. Starszy jegomość zaprosił nas do domu i nie była to chatka z trzciny lecz porządne, murowane domostwo. W środku przypominało jednak garaż – betonowa podłoga i niewiele światła. Spaliśmy w małym pomieszczeniu, na niezbyt wygodnym łóżku i choć prawdę mówiąc wolałabym spać w naszym namiocie, gdzie nie biegają karaluchy, to i tak byliśmy niezmiernie wdzięczni naszemu gospodarzowi, że znalazło się dla nas miejsce. Kupiliśmy całą torbę owoców na straganie, poczęstowaliśmy uprzejmą rodzinkę i poszliśmy spać. Kolejnego dnia przejechaliśmy ponad 90 km. Część w wietrze przez pustynię, która odcinkami zmieniała się w coś, co przypominało łąkę, głównie w miejscach, gdzie unosiła się mgła z nad oceanu i w powietrzu była wilgoć. W Ancon odczytaliśmy maila od Amerykanki Jessie i jej męża Oscara – których spotkaliśmy w okolicach Chiclayo. Zapraszali nas do swego domu w Limie. Przez resztę dnia zasuwaliśmy więc, żeby zdążyć do Limy przed zmrokiem. W końcu, już po zmierzchu, dotarliśmy bezpiecznie do Jokey Plaza i ogromnego marketu „Wong”, skąd nasza przemiła gospodyni Jessie zaprowadziła nas do swojego domu. A tam był już zupełnie inny świat. I choć znajdowaliśmy się zaledwie jakieś dwa kilometry na wschód od Panamericany, nagle otoczyły nas willowe dzielnice, z zielonymi trawnikami i przestronnymi domami dla zamożnych, odgrodzone wysokim murem od strony ulicy i pilnowane przez strażnika. I właśnie w takim luksusowym miejscu zatrzymaliśmy się w Limie. Piękny, duży dom, sypialnia z wygodnym łóżkiem i własną łazienką, basen w ogrodzie i życzliwi gospodarze – wszystko to sprawiło, że zamiast jednego planowanego noclegu w stolicy zostaliśmy na trzy a Lima zawsze będzie nam się dobrze kojarzyć. Jessie i Oscar zaprosili nas do restauracji na peruwiańskie jedzenie gdzie mieliśmy okazję skosztować między innymi „ceviche” – rybę i owoce morza marynowane sokiem z limony, które bardzo nam smakowały i napój „chicha morada”, produkowany ze sprzedawanej tutaj ciemnej kukurydzy oraz owoców i cynamonu, również wyśmienity i bardzo orzeźwiający. Było też mnóstwo innych rzeczy do jedzenia w takiej obfitości, że po spakowaniu i zabraniu do domu starczyło jeszcze na cały następny dzień a wszystko pięknie podane, na dużych talerzach i muszlach. Niestety nie pamiętam już nazw lecz lunch był zaiste wyborny. Wieczorem nasi mili gospodarze urządzili grilla i zaprosili swoich znajomych, którzy przyszli by nas poznać i dowiedzieć się więcej o naszej „wielkiej” podróży 🙂 Następnego dnia mieliśmy też okazję pojechać z Oscarem do centrum Limy. Zabytkowa zabudowa i odnowione kamieniczki sprawiały pozytywne wrażenie. Przyglądaliśmy się zmianie warty przed pałacem prezydenckim i spacerkiem obeszliśmy dookoła centralny placyk. Zajrzeliśmy też do kościoła w centrum, gdzie od razu Przemek zauważył portret Karola Wojtyły, który jak nam powiedział Oscar był bardzo lubiany przez Peruwiańczyków.

W końcu trzeba było jednak ruszyć w dalszą drogę. Zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z Jessie, Oscarem, dwójką ich dzieci i Paty, która pomaga w domu. Południowa część Limy prezentowała się już bardziej przyjaźnie. Więcej było ładniejszych, zadbanych domów a ruch na Panamericanie nieco mniejszy. W Limie Panamericana zmienia swoją nazwę z Norte czyli północnej na Sur – południową, gdyż stolica znajduje się niemalże w centrum i dzieli peruwiańskie wybrzeże Pacyfiku na dwie połowy. Razem ze zmianą nazwy na jeden dzień zmienił się też wiatr. Nie mogliśmy wprost uwierzyć! Tym razem wiało nam w plecy i dzięki temu, pomimo postoju na łatanie dętki i zakupy w wiosce po drodze, przejechaliśmy tego dnia ponad 130 km. Droga wiodła wzdłuż oceanu. Minęliśmy opuszczone osady na pustyni, gdzie chaty z trzciny stopniowo niszczeją targane wiatrem i powoli zasypuje je piach. Czasami mijaliśmy też zielone doliny, w których to uprawia się mandarynki, pepino, winogrona lub warzywa. Trzeciego dnia przed południem dotarliśmy do miasteczka Parakas.

Zjawiliśmy się w tej niewielkiej miejscowości ze względu na rezerwat i wyspy zwane Ballestas. Znaleźliśmy sobie miejsce w hostalu Soler za 25 soli i zaraz następnego dnia rano wybraliśmy się na wycieczkę łodzią na zwiedzanie Islas Ballestas. Niestety znowu łódź i ocean – tym razem jednak rejs trwał tylko dwie godziny a poza tym przezornie wzięliśmy aviomarin, no i nie było problemów 🙂 Polecamy to miejsce wszystkim, którzy lubią podziwiać morskie zwierzęta a szczególnie ptaki. Na wyspach można zobaczyć wielkie peruwiańskie pelikany, pingwiny humboldta , różne gatunki mew, kormorany oraz lwy morskie. Ptaki gniazdują na skałach w ogromnych koloniach i można je podziwiać, opływając wyspy łodzią. Na plaży i  kamieniach wylegiwały się w słońcu sympatyczne lwy morskie, które nie uciekają przed ludźmi lecz ciekawie się przyglądają turystom na łodziach. Wyspy Ballestas były od dawien dawna znane jako miejsce pozyskiwania „guana”. Od czasów inkaskich ptasie odchody uważane były za doskonały nawóz i XIX w był to towar tak pożądany, że Peru zarabiało niemałe pieniądze na eksportowaniu guana do innych krajów. Pomimo, że dziś produkuje się nawozy sztuczne i handel guanem nie jest już tak rozpowszechniony, to jednak nie odszedł całkiem w zapomnienie. Na wyspach nadal zbiera się guano przeznaczone na nawóz, a jego grubość w niektórych miejscach sięga ponoć nawet 50 metrów! Przewodnik poinformował nas, że kormorany, żyjące na wyspach są w stanie wyprodukować 20 tysięcy ton guana rocznie!!! Tak więc zwiedzając wyspy lepiej mieć ze sobą czapkę 🙂 Wycieczka kosztuje w sumie 31 soli na osobę i choć nie trwa długo, wystarczy by przyjrzeć się zwierzętom.

Po południu w hostalu spotkała nas jeszcze inna „atrakcja”. Przeżyliśmy nasze pierwsze małe trzęsienie ziemi!  Na szczęście wstrząsy nie były silne, nikomu nic się nie stało ani nie było żadnych zniszczeń oprócz poprzewracanych butelek ale nie jest to przyjemne przeżycie, szczególnie dla kogoś, kto znajduje się w małym, zamkniętym pomieszczeniu. Mamy nadzieję, że powtórki w większym wydaniu nie będzie, tym bardziej, że jesteśmy nad oceanem, gdzie dodatkowo występuje zagrożenie tsunami. A jutro ruszamy w dalszą drogę w kierunku Nazca i będziemy świętować 10 000 przejechanych kilometrów 🙂

Posted Październik 28, 2011 by D&P in Peru

  1 comment

Cordillera Blanca 12.10 – 20.10.2011

Ten „skok” do góry trwał trzy dni! Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo podjechać załadowanym rowerem znad oceanu w wysokie Andy. Miasteczko Huaraz, do którego zamierzaliśmy się dostać jest położone na wysokości 3100 m. n.p.m. a Casma, skąd zaczynaliśmy podjazd to wysokość ok. 80 m. n.p.m. Chcieliśmy jednak zobaczyć pasmo górskie zwane Cordillera Blanca, słynące z przepięknych widoków. W dodatku zarówno przewodnik, jak i dwie mapy, które kupiliśmy tu w Peru jasno informowały o tym, że większość drogi do pokonania będzie bez asfaltu. Załadowaliśmy więc na przyczepkę dwie terenowe opony i ruszyliśmy w drogę, nie mając jednak do końca pewności jaka będzie nawierzchnia i czy ostatecznie uda nam się dojechać rowerem do Huaraz. Przez pierwszych 10 km od zjazdu z Panamericany jechaliśmy przez małe wioski i pola w stronę gór. Po raz pierwszy od kilku tygodni wiatr nie wiał nam w twarz, tylko łagodnie w plecy. Ruch zrobił się mniejszy i wjeżdżaliśmy sobie powoli do góry. Potem otoczyły nas pustkowia – tylko suche, górskie szczyty, porośnięte kaktusami i niezwykła cisza. Kiedy przejechaliśmy ten bezludny obszar mieliśmy kilkukilometrowy zjazd i straciliśmy trochę na wysokości ale znaleźliśmy się w zielonej, pełnej życia dolince, położonej wzdłuż koryta rzeki, spływającej z gór. Wokół drogi pojawiły się domki i niewielkie poletka kukurydzy, maracui, jabłek i innych owoców, które dojrzewały w słońcu i spokojnym otoczeniu, osłonięte od wiatru. Minęliśmy kilka takich wiosek, w niektórych były małe sklepiki, gdzie można się było zaopatrzyć w owoce, napoje i podstawowe produkty żywnościowe. Dalej droga znów pięła się w górę wzdłuż koryta rzeki i choć mieliśmy jeszcze jeden krótki zjazd ogólnie rzecz biorąc wciąż podjeżdżaliśmy. Czasami było naprawdę stromo i tempo jazdy spadało do 4-5 km/h! Musieliśmy dosyć często zatrzymywać rower żeby odpocząć lecz pedałowaliśmy cały dzień z przerwami na posiłki. Kierowcy autobusów jadących do Huaraz i robotnicy pracujący przy drodze pozdrawiali nas przyjaźnie, przyglądając się jak mozolnie wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej. Jeden z nich, ku naszemu zadowoleniu, poinformował nas, że asfaltowa droga wiedzie aż do samego Huaraz. Wprawdzie podchodziliśmy do tej dobrej nowiny z pewnym dystansem ale mieliśmy nadzieję, że jednak informacja jest prawdziwa, a wtedy, jeśli biciklety lub któregoś z nas szlag nie trafi, to nie ma siły, żebyśmy nie dojechali! Widoki na okolicę były śliczne i one osładzały nam tę męczącą „wspinaczkę”. Tego dnia namiot musieliśmy postawić na nierównym, kamienistym poletku przy rzece gdyż to było jedyne miejsce jakie udało nam się znaleźć. Byliśmy bardzo zmęczeni ale nasz GPS wskazał, że wjechaliśmy już na wysokość 2100 m. n.p.m.! No to pewnie jeszcze będzie zjazd – myślimy sobie, skoro jesteśmy już tak wysoko a ledwie w połowie drogi. Ale czekała nas mała niespodzianka. Żadnego zjazdu nie było, a wręcz przeciwnie – droga ostrym trawersem szła cały czas do góry. Podjeżdżaliśmy następny cały dzień i w sumie udało nam się przejechać niewiele ponad 30 km. Minęliśmy kolejne górskie wioski, z zaopatrzeniem było już nieco gorzej ale udało nam się kupić coś do picia i bułki, choć sprzedająca Indianka zamiast 15 zapakowała nam tylko 12, co oczywiście stwierdziliśmy dopiero na postoju, jedząc posiłek, gdy byliśmy już daleko od sklepu. Byliśmy jednak świadomi, że musimy się mocno postarać, gdyż przy takim wysiłku pochłanialiśmy ogromne ilości jedzenia a kolejnych wiosek na trasie już się nie spodziewaliśmy, zgodnie z tym, co pokazywała mapa. Wieczorem udało nam się jeszcze kupić kawałek sera od Indianki, która czekała przy drodze na autobus. Namiot musieliśmy niestety postawić na odkrytym terenie, gdyż na tej wysokości otaczały nas jedynie charakterystyczne dla andyjskiego krajobrazu pokryte brunatną trawą góry. Nie było więc gdzie się schować, tym bardziej, że droga wciąż prowadziła w górę trawersem po stromym zboczu. Trochę zdziwiliśmy się kiedy wieczorem sprawdziliśmy wysokość i okazało się, że znajdujemy się ponad 3800 m. n.p.m. To oznaczało, że byliśmy już sporo wyżej niż Huaraz i czekał nas zjazd ale póki co droga wiodła do góry. Noc była zimna i zmarzłam trochę w śpiworze. Rano natomiast wyszło piękne słońce i momentalnie zrobiło się gorąco. Nieźle wymęczni, zaczęliśmy jazdę pod górkę, która trwała już trzeci dzień. Wiedzieliśmy jednak, że dziś uda nam się dojechać i że ten podjazd musi się niedługo skończyć skoro jeszcze czeka nas niemały zjazd do miasteczka. To „niedługo” sporo się odwlekało ale po trzech godzinach pedałowania wjechaliśmy wreszcie na przełęcz o wysokości 4225m! Gdy wyjechaliśmy zza górki i odsłonił nam się widok na okolicę to niemalże stanęliśmy jak wryci. Przed nami ciągnęły się, oświetlone promieniami słońca, szczyty gór pokryte śniegiem. Całą szerokość horyzontu, z północy na południe  zajmował przepiękny, lodowcowy łańcuch górski zwany Cordillera Blanca. Widok był porażający i pomimo silnego wiatru na przełęczy staliśmy i patrzyliśmy zachwyceni. Zapomnieliśmy o zmęczeniu i nie żałowaliśmy tych trzech dni „wspinaczki”, która wyssała z nas całą energię. W dole widzieliśmy miasteczko Huaraz a przydrożny słupek wskazywał wyraźnie – podjazd  z Casmy miał długość 113 km! Potem w wiejącym niemiłosiernie wichrze zaczęliśmy zjazd do miasta. Im byliśmy niżej, tym było ciszej i cieplej. Cała droga rzeczywiście pokryta była asfaltem. Zjechaliśmy 32 km przez cały czas zachwycając się przepiękną panoramą gór. W Huaraz zrobiło się już zupełnie ciepło i bezwietrznie. Niestety znalezienie taniego hotelu nie było łatwe gdyż ceny w tej turystycznej mieścinie są dosyć wysokie. Chcieliśmy zatrzymać się w polecanym w LP hostalu, przy którym miało się też znajdować miejsce na namiot. Niestety okazało się, że właściciel zarządził właśnie renowację trawnika i chcąc nie chcąc wzięliśmy pokój w tym przybytku za 35 soli, gdyż był umiejscowiony na parterze z wyjściem do ogrodu, dzięki czemu mieliśmy oko na rower i Przemek mógł wreszcie spokojnie wymienić zużyte części i wyczyścić nasz pojazd bez obawy, że zabrudzi komuś podłogę. Następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek, szwędanie się po miasteczku i zakupy żywieniowe oraz przygotowanie do trekkingu, na który mieliśmy zamiar się wybrać. Zdecydowaliśmy się na krótką, jednodniową wyprawę w góry. Choć szlaków w Cordillera Blanca jest mnóstwo, niektóre zorganizowane wyprawy trwają nawet tydzień, nie mieliśmy ochoty korzystać z usług żadnych biur ani nosić ze sobą ciężkich, obładowanych plecaków z całym ekwipunkiem. Poza tym po wyprawie na Roraimę pozbyliśmy się naszych butów trekingowych i dużego plecaka, żeby odciążyć przyczepkę. Mieliśmy po prostu ochotę na rekreacyjną wycieczkę w góry, żeby zachwycać się niezwykłymi widokami. Wybraliśmy sobie szlak do Laguny 69.

Wstaliśmy wcześnie rano i spakowaliśmy prowiant do plecaka. Gdy wyszliśmy do miasta od razu na ulicy napatoczył się bus, którego potrzebowaliśmy. Wsiedliśmy do busa i za 5 soli/osoba dojechaliśmy do wsi Yungay, położonej ponad 50 km na północ od Huaraz. W drodze mijaliśmy kilka małych wiosek z gwarnymi targowiskami, w których warto się zatrzymać i poprzyglądać kolorowo ubranym Indiankom. Z Yungay do szlaku jest jeszcze sporo kilometrów trawersem nieutwardzaną drogą dlatego trzeba było znaleźć kolejny środek transportu. Większość turystów korzysta z usług taksówkarzy, jednak koszt jest wysoki – za dowóz do miejsca w którym zaczyna się szlak i powrót do Yungay wraz z oczekiwaniem na klienta kierowcy życzą sobie 70 soli. W przypadku pełnej obsady (4 osoby a jak trzeba to i 5 osób się upchnie) jest to nawet kwota do przyjęcia gdyż przypada wówczas około 17 soli na osobę i ma się pełen komfort, że po trekkingu transport czeka na dole. Jednak w naszej sytuacji była by to zbyt wygórowana cena.  Czasami można też trafić na „colectivos” – busy które co jakiś czas wożą tubylców do położonej wyżej wioski i wysiąść przy wejściu na szlak, ceny z pewnością są przystępne, jednak nie wiadomo ile czasu trzeba by na taki pojazd czekać. W końcu jednak znalazł się kierowca, który powiedział, że zawiezie nas do szlaku za 30 soli. Nie było to najtaniej ale zawsze lepiej niż 70 🙂 tym bardziej, że do Yungay zjechać można podobno za 10 soli/osoba. Wpakowaliśmy się więc do jego zdezelowanej taksówki i ruszyliśmy w górę, po drodze zbierając tubylców, którzy jechali również w tym kierunku – w końcu kierowca musiał swoje zarobić. Nie było by w tym nic złego, pomimo, że w pewnym momencie było w taksówce 6 pasażerów :), gdyby nie fakt, że co chwilę się zatrzymywaliśmy, czekaliśmy na kogoś, kto rozprowadzał po wiosce zrobione na targowisku zakupy i wracał po kilkunastu minutach do auta. Tak, tutaj ludzie się nie spieszą ale my musieliśmy jeszcze wejść do góry, zejść i wrócić do Huaraz. Po drodze zatrzymaliśmy się przy biurze, gdzie kupuje się bilety wstępu do parku. Bilet jednodniowy kosztuje 5 soli/osoba dorosła bez zniżki a bilet tygodniowy 60 soli, co oznacza, że jednodniowe trekingi są najbardziej opłacalne. Na domiar złego jakieś 7 km przed wejściem na szlak przebiliśmy oponę! Kierowca miał wprawdzie w bagażniku zapasowe koło ale okazało się, że nie ma narzędzi, żeby je wymienić! Przyglądaliśmy się chwilę jak szukał sposobu, żeby zdjąć feralne koło ale gdy zobaczyliśmy, że ma zamiar odkręcić kombinerkami śrubę antywłamaniową, to już wiedzieliśmy, że szybko stąd nie odjedziemy. Wzięliśmy więc plecak, zapłaciliśmy mu 20 soli zamiast trzydziestu i ruszyliśmy dalej pieszo. Jednak sytuacja nie wyglądała najlepiej, biorąc pod uwagę czas. Mieliśmy ponad godzinę marszu do szlaku a pora nie była już zbyt wczesna. Tego dnia szczęście nas jednakże nie opuściło. Przeszliśmy niewiele ponad kilometr, kiedy nadjechała taksówka wioząca do góry trzech Niemców i zatrzymali się żeby nas zabrać. Kierowca zaproponował nam cenę 5 soli, na co chętnie przystaliśmy. Koniec końców dojechaliśmy więc na miejsce za 25 soli zamiast 30 🙂 Zaraz ruszyliśmy dziarsko ścieżką na szlak prowadzący do laguny. Najpierw szliśmy dolinką i dróżka prowadziła łagodnie do góry. Wokół pasły się krowy a my mogliśmy podziwiać najwyższy szczyt w Peru (ponad 6700 m. n.p.m.) który mieliśmy tuż za plecami. Potem ścieżka zaczęła piąć się w górę ale ogólnie szlak jest krótki, bez żadnych trudności technicznych ani stromizn do pokonania. Jedynym problemem może być wysokość jeśli nie jest się dobrze zaaklimatyzowanym. Laguna 69 znajduje się bowiem na wysokości ponad 4600 m. n.p.m. Po kilkudziesięciu minutach wyszliśmy na płaskowyż. Stąd roztaczał się już piękny widok na lodowiec, który znajduje się nad laguną. Czekało nas już ostatnie podejście, które pokonaliśmy bez problemu. Droga do jeziorka zajęła nam w sumie, razem z postojami na fotografowanie, 1 godz. 50 min a nie trzy, jak pisali niektórzy w swoich relacjach, nie dokuczały nam też żadne objawy związane z wysokością oprócz przyspieszonego oddechu. Kiedy za to weszliśmy pod lodowiec i zobaczyliśmy błyszczącą w słońcu seledynową wodę laguny i spływający do niej z góry po skale wodospad to na chwilę w ogóle przestaliśmy oddychać i staliśmy w miejscu zachwyceni. Potem usiedliśmy na brzegu jeziorka i jedliśmy posiłek, owoce i smakołyki, które przynieśliśmy ze sobą. Rozkoszowaliśmy się cudownym widokiem lodowca i laguny i wspaniałą słoneczną pogodą. To była naprawdę świetna wycieczka. Polecamy wszystkim, którzy lubią góry ale koniecznie w ładnej pogodzie, żeby móc w pełni cieszyć się prześliczną górską panoramą w otoczeniu laguny! Cordillera Blanca to najwyższe pasmo górskie poza Himalajami. Znajduje się tutaj ponad dwadzieścia szczytów, które mają powyżej 6000 m. n.p.m.. W LP napisano, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi i tym razem zgadzamy się bez zastrzeżeń.

Droga powrotna zajęła nam mniej więcej tyle samo czasu co wejście do góry. Jednak kiedy doszliśmy na miejsce było już dosyć późno i zastanawialiśmy się jak, a właściwie czym wrócimy do Yungay. Na postoju stały dwa samochody i czekały na turystów, którzy zapłacili im po 70 soli za drogę powrotną i czekanie. Niestety jak się dowiedzieliśmy obydwa miały pełną obsadę. Kierowcy powiedzieli nam jednak, że możemy poczekać i jeśli reszta pasażerów się zgodzi to nas zabiorą. Usiedliśmy więc i czekaliśmy, licząc też na to, że może jeszcze jakiś zbłąkany bus będzie zjeżdżał na dół z wioski i nas weźmie. Jednak niestety bus nie chciał jechać a turyści jakoś się nie spieszyli i powoli już zaczęło zmierzchać. Ale i tym razem szczęście nas nie opuściło. Nagle usłyszeliśmy warkot silnika, patrzymy a tu z góry zjeżdża piękny terenowy  Volkswagen i uprzejmie zatrzymuje się żeby nas zabrać. Okazało się, że kierowcą był Francuz, który mieszka w Peru i takim to sposobem w komfortowych warunkach i za darmo dojechaliśmy nie tylko do Yungay ale i do samego Huaraz! Nie dość na tym, kiedy wieczorem, zmęczeni dotarliśmy wreszcie do hostalu, przed drzwiami naszego pokoju znaleźliśmy butlę z benzyną, którą zostawił dla nas rowerzysta z Anglii, mieszkający w pokoju obok 🙂 Być może jest więc odrobina prawdy w stwierdzeniu, że kiedy odważysz się na realizację swoich marzeń, to świat ci sprzyja…

W Huaraz zostaliśmy jeszcze jeden dzień. Przemek zajął się rowerem a ja wyprałam wszystkie brudne rzeczy, co zajęło mi pół dnia i korzystając z darmowego wi fi zamieściłam trochę zaległych zdjęć na naszej stronie. Następnego dnia rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Łagodnie podjeżdżaliśmy do góry, mając świadomość, że znów musimy wyjechać na wysokość ponad 4000 m. n.p.m. żeby z powrotem dotrzeć na wybrzeże, choć tym razem startowaliśmy z wysokości ponad trzech tysięcy metrów. Jechaliśmy sobie spokojnie przez niewielkie wioski a dookoła rozciągał się znany nam już krajobraz – żółtawo-bure, trawiaste zbocza i małe poletka na stokach a przy drodze rozłożone były płachty, na których suszyło się ziarno. Im wyżej wjeżdżaliśmy tym robiło się chłodniej i wiał silniejszy wiatr. Noc znów spędziliśmy niedaleko od drogi, wysoko w górach. Momentalnie zrobiło się bardzo zimno i nawet wełniane getry, takie jak noszą tutejsze Indianki, kupione przeze mnie na bazarze nie uchroniły mnie przed zimnem. Rano gdy wstaliśmy w butelkach z wodą pływały kawałki lodu… Jednak gdy tylko słońce wyszło zza horyzontu zaraz zrobiło się bardzo ciepło i można było pozdejmować czapki a nawet polary. Tego dnia dosyć ciężko nam się jechało – wiał silny wiatr i nie wiedzieć czemu, oboje szybciej się męczyliśmy z powodu wysokości choć dwa dni temu byliśmy przecież znacznie wyżej. Dotarliśmy jednak w końcu na przełęcz. Wiatr był tak silny, że momentami trudno było jechać. Gdy zaczęliśmy zjeżdżać w dół, musieliśmy pedałować a bieg mieliśmy taki, jakbyśmy pod górę podjeżdżali! Potem jednak wicher złagodniał i nabieraliśmy coraz większej prędkości. Droga schodziła w dół zygzakiem lecz była znacznie łagodniejsza niż ta, którą przyjechaliśmy. W trakcie jazdy znowu dwukrotnie musieliśmy zmienić klocki hamulcowe, co oznaczało, że ten zjazd rowerem kosztował nas znacznie więcej niż gdybyśmy jechali autobusem… Z czasem jednak droga złagodniała i nie trzeba było zbyt wiele hamować. Mogliśmy sobie po prostu siedzieć na rowerze i podziwiać okolicę. Tak więc podjazd zajął nam trzy dni a zjazd zaledwie jeden. Do wieczora z 4080 m. n.p.m. zjechaliśmy na 547 m. n.p.m. Wokoło znów zrobiło się przyjemnie zielono, gdyż jechaliśmy doliną rozciągającą się wzdłuż koryta rzeki i cieplej. Słychać było ćwierkanie ptaków i pohukiwanie mojej ulubionej „pustynnej synogarlicy”, która nawołuje jakby ktoś na fujarce grać się uczył 🙂 A następnego dnia przed południem dotarliśmy już do Panamericany. Od razu powitał nas stary znajomy wiatr, który wiał nam w twarz z prawej strony, utwierdzając nas, że jesteśmy na właściwym kursie. Teraz droga wiodła prosto do Limy, od której dzieliło nas tylko 209 kilometrów…

Posted Październik 27, 2011 by D&P in Peru

  2 komentarze

Wiatr i pustynia – Panamericaną do Casmy 4.10 – 11.10.2011

Pustynia w Peru, która rozciąga się wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, ma różne oblicza. Wbrew pozorom krajobraz jednak trochę się zmienia. Od całkowicie płaskich, piaszczystych i niesamowicie wietrznych równin, poprzez mniejsze lub większe wydmy, czasami porośnięte płożącymi się pnączami i góry majaczące brunatnie na horyzoncie w obłokach niesionego z wiatrem piasku aż do bardziej zacisznych, pełnych suchych kolczastych zarośli i karłowatych drzewek obszarów. Jazda przez pustynię ma też pozytywne strony – choćby na przykład fakt, że nie zostaniesz pogryziony przez komary albo że mrówki nie wejdą ci do jedzenia i raczej nie dorwie cię nagła ulewa, jednak znacznie więcej jest czynników, które nie sprzyjają człowiekowi. Krajobraz pustyni też potrafi zachwycać, pod warunkiem, że nie oglądasz go zbyt długo a jazda nie jest za bardzo wyczerpująca.

Na rowerze obwieszonym reklamówkami i butlami wyglądaliśmy jak bezdomni, którzy zbierają wszystko, co może się przydać. Zaraz po wyjeździe z Piury dostaliśmy silny, popołudniowy wiatr w twarz a jeszcze droga była lekko pagórkowata, choć przy takim wietrze te pagórki wydawały się być jak góry. Wokoło piach jak na wydmach lecz porośnięty krzewami i małymi drzewkami. Nie odczuwaliśmy jeszcze izolacji, pojawiającej się podczas podróżowania po bezludnych obszarach, gdyż  przez około 30 km wzdłuż drogi wciąż ciągnęły się ludzkie osady lub pojedyncze domki. Ruch niewielki, przy drodze śmieci i piach gnany podmuchami wiatru, który przelatuje falami przez asfalt. Jednak pedałowanie pod wiatr szybko nas zmęczyło. Kiedy skończyły się domy, po przejechaniu 35 km od Piury, zatrzymaliśmy się na nocleg. Zboczyliśmy trochę z drogi i wjechaliśmy za niewielką wydmę porośniętą suchymi krzakami, które osłaniały nas od wiatru. Twarz i ręce obmyliśmy w odrobinie wody i zjedliśmy porządny posiłek. Brudne naczynia możemy tylko przetrzeć papierem toaletowym bo trzeba oszczędzać wodę. Słońce zaszło, szybko zrobiło się zimno a wokoło zaległa cisza i słychać było tylko wiatr, szelest namiotu i folii, którą przykryty był rower.  Zmęczeni poszliśmy spać. Noc minęła spokojnie i na szczęście rano nie trzeba było łatać opon. Obudził nas oczywiście odgłos wiatru, który witał nas już od rana J Po szybkim śniadaniu zaraz ruszyliśmy w drogę. Zarówno w Ekwadorze, jak i w Peru na wybrzeżu oceanu wiatr wciąż wiał z południowego zachodu i uderzał w nas lekko po skosie. Do południa jeszcze dało się jakoś jechać, choć ciężko, bo krzaków i zarośli coraz mniej i wicher był przez to bardziej odczuwalny. W dodatku już około 10.00 chmury, codziennie zakrywające niebo od rana do połowy dnia, znacznie się przerzedziły i dostawaliśmy w twarz mieszankę wiatru ze słońcem. Pejzaż trochę się zmienił, przejechaliśmy przez kolczaste zarośla a potem przez wydmy, najgorzej było gdy wyjechaliśmy na płaską, odkrytą przestrzeń, z twardą, zbitą ziemią, po której wicher hulał bez przeszkód. Walczyliśmy wtedy już nie tylko o każdy przejechany kilometr ale o to, żeby w ogóle utrzymać równowagę na rowerze. Droga była nienajlepsza – pobocze dziurawe lub nierówne, odcinkami zasypane piachem. Mijające nas wielkie tiry powodowały pęd powietrza, który dodatkowo miotał rowerem na boki. Kierowcy oczywiście trąbią, kiedy przejeżdżają obok, zwykle na znak pozdrowienia i przyjaźnie machają do nas dłonią. Przez ponad pół roku już zdążyliśmy przywyknąć do tego trąbienia. Jednak gdy trafi się jakiś nachalny i znienacka, tuż za naszymi plecami zacznie nagle wyżywać się upierdliwie na klaksonie, bądź to w pozdrowieniu bądź chcąc nas spędzić dalej na pobocze, Przemek obrzuca delikwenta niewybrednymi epitetami, które nikną w świszczącym wokół wietrze i tylko ja je słyszę… Pedałowaliśmy tak cały dzień, robiąc tylko krótkie przerwy na rozprostowanie nóg i jedzenie. Po południu wicher przybierał na sile i choć planowaliśmy zrobić dziś min.100 km, po przejechaniu ledwie osiemdziesięciu byliśmy już całkowicie bez energii a Przemkowi coraz trudniej było utrzymać rower na właściwym kursie. Stwierdzamy, że taka jazda wężykiem jest zbyt niebezpieczna i postanawiamy jak najszybciej znaleźć jakieś miejsce na namiot. I tu był problem – bo jak znaleźć miejsce na otwartej przestrzeni przy silnym wietrze? Pomijając fakt, że bylibyśmy widoczni z daleka dla wszystkich przejeżdżających aut, to jak rozstawić namiot w wietrze, który zaraz połamałby stare maszty naszego „domu”, jak zagotować ciepły posiłek na palniku skoro wiatr gasi płomień? No ale i na to znalazło się jakieś rozwiązanie. Przemek wpadł na pomysł żeby schować się w miejscu gdzie pod drogą przechodził przepust dla wody, która w porze deszczowej pewnie spływa tutaj z gór. Zjechaliśmy w zagłębienie w piachu przy drodze i rzeczywiście wiatr był tutaj niewielki. Rozłożyliśmy namiot w tym miejscu gdzie najmniej wiało, posiłek musieliśmy gotować pod daszkiem z plandeki, żeby piach nie sypał się z drogi do jedzenia ale noc minęła spokojnie.                                                                   Następnego dnia wstaliśmy o 5.30 jak tylko zaczęło się robić jasno, żeby zdążyć przejechać jak najwięcej kilometrów do południa, zanim wiatr przybierze na sile. Zapas wody powoli się wyczerpywał i wiedzieliśmy, że tego samego dnia musimy dojechać do pierwszej wioski za pustynią, żeby mieć co pić. Już od rana zdrowo wiało ale dało się jechać w tempie powyżej 10 km/h. Zasuwamy więc ile sił w nogach, opierając się wiatrowi. Minęliśmy jezioro na pustyni, położone w oddali po zachodniej stronie. Nie wiemy jednak czy woda w nim jest słodka, choć to raczej wątpliwe, bo żadnych siedzib ludzkich ani zielonej roślinności nie dostrzegliśmy w tym rejonie. Pustynia jest tu uznawana za świetne miejsce do pozbycia się niechcianych rzeczy. Oprócz różnego rodzaju śmieci pojawiały się też czasem małe, kolorowe jeziorka – to miejsca gdzie wylewa się zbędne chemikalia. Często widzieliśmy też „fatamorgany” czyli złudzenie wody na pustyni i na asfalcie, które pewnie każdy dobrze zna nawet z Polski gdy słońce mocniej przygrzeje. Oszczędzaliśmy wodę pijąc często ale po łyku, więc w sumie nie doskwierało nam pragnienie. Jednak w takich sytuacjach niekiedy pojawia się motywowane psychologicznie, niczym nie uzasadnione odczucie, że bardzo chce się pić i to w dużych ilościach i w konsekwencji, kiedy wody jest pod dostatkiem, piłbyś mniej niż wtedy, kiedy jej brakuje. W każdym razie po wielkim wysiłku i z bólem mięśni, dotarliśmy wreszcie do wioski, nie mając jeszcze całkowicie opróżnionej butelki. Kupiliśmy wodę i banany a ponieważ pora była jeszcze wczesna, zaraz ruszyliśmy w dalszą drogę. Wkrótce dojechaliśmy do większego miasteczka Lambayeque. Tutaj mogliśmy wymienić dolary w banku i zrobić jeszcze dodatkowe zakupy. Pod wieczór już nieźle „zmaltretowani” wjechaliśmy do miasta Chiclayo. Nie mieliśmy już ani ochoty ani siły na dalsze pedałowanie więc zatrzymaliśmy się w hotelu za 25 soli. Byliśmy wykończeni, mieliśmy podrażnioną skórę na twarzy i dłoniach oraz nadwyrężone mięśnie. Należał nam się solidny odpoczynek, więc po ciepłym prysznicu zaraz poszliśmy spać.

W Chiclayo spędziliśmy jeszcze jeden dzień. Duże miasto lecz bez większych atrakcji turystycznych ale ma wielkie targowisko w centrum. Powędrowaliśmy więc na ów rynek, gdzie kupić można prawie wszystko, żeby pooglądać stoiska gdzie okoliczni szamani sprzedają swoje magiczne produkty. Sporo czasu zeszło zanim w labiryncie rynkowych uliczek trafiliśmy we właściwe miejsce. Tutaj w Peru ludzie wciąż wierzą w niezwykłe moce oferowanych przez szamanów wyrobów i sprzedawane tu „cudeńka” bynajmniej nie są atrakcją turystyczną lecz z powodzeniem znajdują nabywców wśród tubylców. Przyglądaliśmy się ziołom, magicznym artefaktom do odprawiania czarów, które przyjezdnych mogą zadziwić ale były też takie rzeczy jak zwierzęce czaszki, kozie nóżki, żółwie skorupy i przykra sprawa, że zwierzęta giną dla tak niemądrych celów. Jedna ze sprzedających, widząc, że przyglądamy się małym buteleczkom z magicznymi atrybutami w środku, zachwala swój towar mówiąc do nas, że te niby cudeńka działają na choroby, na miłość i żeby za dużo nie wyliczać podsumowała krótko „para todo”  czyli na wszystko 🙂 Miałam ochotę ją zapytać po co w takim razie cała reszta rzeczy na tym stoisku ale niestety nie potrafię.

Po wyjeździe z Chiclayo znów czekała nas pustynia i wiatr. Jednak odcinki do przejechania pomiędzy miasteczkami i wioskami były mniejsze, więc nie trzeba było tak obciążać roweru pożywieniem i wodą. Wioski są tu jak oazy na pustyni – nagle robi się zielono, są pola ryżowe albo trzcinacukrowa i kanały nawadniające, którymi płynie woda a potem znów wyjeżdża się na pustynię i wszystko znika z horyzontu. Jednak od czasu do czasu na zachodzie pojawiały się góry, oddzielające nas od oceanu, wtedy wiatr był słabszy i jechało się znacznie lżej. Kierowaliśmy się w stronę miasta Truhillo. Niestety po drodze czekała nas jeszcze miejscowość Paijan – okryta zła sławą rejonu, w którym napada się na przejeżdżających Sakowiczów. Grasujące tam szajki opracowały sobie skuteczny system, polegający na tym, że przejeżdżający samochód potrąca jadącego rowerzystę a zanim ten pozbiera się z drogi, złodzieje wyskakują z auta i kradną co się da. W okolicy Paijan miało miejsce kilka takich przypadków i czytaliśmy już o nich wcześniej w relacjach innych podróżników lecz myśleliśmy, że być może do tej pory policja zrobiła już coś w tej sprawie. No i faktycznie – coś tam policja robiła lecz działania te polegały raczej na chronieniu rowerzystów niż rozprawianiu się ze złodziejami… W zeszłym roku przejeżdżało tędy dwóch rowerzystów z Polski, którzy pisali na swoim blogu o tym, że musieli jechać pod eskortą policji. W naszym przypadku policjanci chyba nie mieli już ochoty „wlec” się w tempie pedałującego pod wiatr rowerzysty. Podjechali do nas samochodem, kazali nam się zatrzymać i stwierdzili, że dalej nie możemy jechać bo jest niebezpiecznie! Nie byliśmy zachwyceni, powiedzieliśmy „it’s no problem”, dając do zrozumienia, że jedziemy na własną odpowiedzialność, bo tak właściwie, to przecież wszędzie mogą cię napaść ale policjanci nie mieli zamiaru odpuścić. Definitywnie stwierdzili, że dalej nie pojedziemy. Zatrzymali przejeżdżającą ciężarówkę i kazali kierowcy zawieść nas do samego Truhillo. Sfotografowali rejestrację wozu, rower został wstawiony na pakę, my do szoferki i jazda! Ponad 80 km do miasta musieliśmy przejechać samochodem i nie mieliśmy okazji zajrzeć na stanowisko archeologiczne i ruiny, które planowaliśmy obejrzeć po drodze. Z drugiej jednak strony patrząc – odpadło nam sporo kilometrów morderczej walki z wiatrem 🙂 W Truhillo zrobiliśmy sobie zakupy żywieniowe i kupiliśmy też mapę. Dopiero po południu wyjechaliśmy z miasta dalej na pustynię. Kolejne dwa dni znów upłynęły na pedałowaniu przez pustynię i zmaganiu się z wiatrem. Minęliśmy kilka wiosek a po drodze na liczniku wybiło 9000 przejechanych kilometrów 🙂 Poszliśmy z tej okazji do „casa del pan” (dom chleba) na ciastka. W trakcie dalszej jazdy gdzieś przy Panamericanie, pod reklamą Pepsi na pustyni, gdzie wcinaliśmy musli, kryjąc się przed wiatrem, spotkaliśmy Angielkę i Peruwiańczyka – małżeństwo z Limy, które prowadzi w mieście klub rowerowy. Zatrzymali samochód widząc nas z rowerem i zachęcali żeby się z nimi skontaktować gdy  dotrzemy do stolicy. Bardzo sympatyczni ludzie, być może się do nich odezwiemy, żeby poszukać jakiegoś porządnego sklepu rowerowego. Potem przejechaliśmy przez kolejne większe miasto – Chimbiote, gdzie musieliśmy zjechać do tunelu, do którego schodzi Panamericana.  A dalej znów pustynia i wiatr, które zaczęły nas już naprawdę męczyć. Wkrótce jednak dotarliśmy do miasteczka Casma – tutaj chwilowo zamierzaliśmy pożegnać pustynię, dla odmiany postanowiliśmy „skoczyć” w góry.

Posted Październik 15, 2011 by D&P in Peru

%d blogerów lubi to: