Archive for the ‘Paragwaj’ Category

  Leave a comment

Z Conception do J. P. Caballero – zdjęcia, wywiady i przymusowa zmiana planów 30.07 – 6.08.2012

Kilkudniowy odpoczynek nas rozleniwił i Park Cerro Cora opuszczaliśmy dopiero w południe. Drogą, którą tu przybyliśmy trzeba było wrócić do skrzyżowania w Yby-Yau i ruszyć w przeciwną stronę w kierunku miasta Conception. Po obu stronach jezdni wciąż pojawiały się kolejne domy. Drewniane i niezbyt duże ale z wielkimi werandami, schowanymi pod dachami, dzięki temu Paragwajczycy większość czynności mogą wykonywać na zewnątrz niemal przez cały rok. Jeśli chodzi o nas to największy atut ciepłego klimatu. Ponadto wciąż trudno nam było przyjąć do wiadomości, że jest zima… Przypominała o tym jedynie niewielka ilość kwiatów, na pewno nie pogoda, zieleń traw i drzew oraz przepyszne owocujące cytrusy – pomelo i pomarańcze. Doprawdy w głowie nam się nie mieściło jak niektórzy ludzie wytrzymywali mając na sobie kurtki, podczas gdy my jechaliśmy w koszulkach i krótkich spodenkach! To tylko dawało pojęcie jak zabójcze upały muszą być tutaj latem. Gdy dotarliśmy do ruchliwego miasta nie bardzo wiedzieliśmy gdzie się ruszyć. Brakowało nam teraz punktów informacji turystycznej, do których przyzwyczailiśmy się w Argentynie, gdzie bez problemu można było dostać darmową, kolorową mapkę z planem miasta i wykaz ciekawych miejsc do zobaczenia w okolicy. Ruszylismy więc w stronę rzeki Paraguay. Pokręciliśmy się trochę po uliczkach i w pobliżu portu trafiliśmy na hospedaje, gdzie postanowiliśmy się zatrzymać. Cena była przystępna ( 50 tys guarani czyli ok. 40 zł za pokój). Prysznic, czyste ubrania i posiłek sprawiły, że poczuliśmy się jak „nowo narodzenia” i zaraz byliśmy gotowi do wyjścia na miasto. Szybko jednak okazało się, że nasz plan związany z dalszą trasą niestety nie wypali 😦 Niedaleko naszej kwatery bez problemu znaleźliśmy biuro, gdzie sprzedawano bilety na łodzie. Mieliśmy w planie zapakowanie się z rowerem na łódź i rejs rzeką Paraguay, aż do miejscowości Porto Murtinho w Brazylii. Rzeka na tym odcinku płynie przez bardziej dzikie zakątki i mieliśmy nadzieję, że będzie to fajny sposób na zobaczenie Paragwaju z nieco innej perspektywy niż rower. Jednakże okazało się, ze pierwsza łódź w tym kierunku odpływa dopiero za tydzień… No cóż – tak czasem bywa, jest to niestety ryzyko wliczone w koszt podróży na”własną rękę”. Nie byliśmy zainteresowani spędzaniem tygodnia w mieście, nie pozostawało nam więc nic innego jak powrót w stronę granicy i przekroczenie jej w Juan Pedro Caballero.

Wieczór i kolejny dzień spędziliśmy w mieście. Odwiedziliśmy internet cafe i poszliśmy na lody. Przy temperaturze sięgającej niemal trzydziestu stopni, widok ludzi w grubych polarowych bluzach lub nawet kurteczkach wydawał nam się bardzo zabawny ale kiedy na ulicy zobaczyliśmy psa w ubranku, które miało go chronić przed zimnem, to po prostu oboje złapaliśmy przysłowiowego „karpia”! 

Mieliśmy zapędy, żeby wsiąść w autobus jadący do granicy, by nie pokonywać tej samej drogi po raz drugi a częściowo nawet po raz trzeci (odcinek od Yby – Yau do Cerro Cora) ale obawialiśmy się, że nasz rower będzie stanowił zbyt duże wyzwanie dla tutejszych środków transportu. I słusznie. Kiedy następnego dnia wcześnie rano zjawiliśmy się na tandemie na dworcu by spróbować szczęścia, kierowca, jak można było przewidzieć stwierdził, że rower do bagażnika się nie zmieści. Dowiedzieliśmy się, że następny autobus będzie jeszcze mniejszy, więc nie było szansy, żeby się nim zabrać w drogę powrotną. Można było jeszcze próbować zabrać się stopem ale w końcu mieliśmy rower i nie byliśmy aż tak zdesperowani – w gruncie rzeczy zawsze woleliśmy pedałować. Ruszyliśmy więc z powrotem tą samą drogą, którą tu przyjechaliśmy aby dotrzeć do granicy z Brazylią. W naszych planach była jeszcze wizyta w Pantanalu a skoro było już jasne, że nie dotrzemy tam łodzią pozostawało dostać się w ten rejon rowerem.

Po drodze przydarzyła nam się całkiem zabawna historia. Wkrótce po wyjeździe z miasta zaczepił nas pewien mężczyzna i jak większość ludzi tutaj, zaczął wypytywać o naszą podróż. Porozmawialiśmy z nim trochę ale oczywiście niewiele rozumieliśmy. Język hiszpański używany w Paragwaju jest dość specyficzny i stanowi swoistą mieszankę z językiem guarani, co dla osób takich jak my, było ogromnym wyzwaniem. Mężczyzna mówił coś o tym, że pracuje dla radia a następnie opowiadał komuś o nas przez telefon. Wreszcie byliśmy już trochę zniecierpliwieni tą przedłużającą się rozmową i aby jej nie przeciągać zajęliśmy się rowerem, szykując się do dalszej jazdy. Nie za bardzo wsłuchiwaliśmy się w to co mężczyzna do nas mówił, tylko grzecznościowo odpowiadaliśmy wciąż „si”, „si”, „si”. No i przytaknęliśmy o jedno „si” za dużo 🙂  w skutek czego nasz rozmówca się ucieszył i dalejże z nami wywiad dla radia na żywo przeprowadzać! Postawieni znienacka „pod ścianą”, pozdrowiliśmy ładnie słuchaczy „hola” i powiedzieliśmy jeszcze może ze dwa zdania, które udało nam się sklecić. W ten oto sposób pierwszy raz w życiu udzieliliśmy wywiadu po hiszpańsku 🙂 

Żeby było zabawniej, dodam, że zanim dotarliśmy do granicy zatrzymał nas jeszcze fotoreporter, który ni stąd ni zowoąd pojawił się na drodze i wysiadł z auta, z porządnym aparatem. Okazało się, że pracuje dla kolorowego pisma, które w dodatku nazywało się VIP.  A to dobre – przecież z nas takie vip-y jak z koziej d… trąba, no ale cóż… znów trzeba było o podróży opowiadać i do zdjęć pozować 🙂

Kiedy tylko dotarliśmy do J.P. Caballero, profilaktycznie od razu skierowaliśmy się do odprawy granicznej, żeby załatwić wszystkie formalności przed siestą. Granicę tutaj ponoć przekracza się bardzo łatwo – faktycznie, może nawet zbyt łatwo, bo przez to wszystko jeszcze łatwiej się pogubić… W przeciwieństwie do nas lokalni nie potrzebują pieczątek w paszportach ale przez to znalezienie budynku „migracji” bez mapy i adresu to nie była taka prosta sprawa. Miasteczka J.P. Caballero po stronie paragwajskiej i Punta Pora w Brazylii praktycznie łączą się w jedno i błądząc w poszukiwaniu odprawy nie wiedzieliśmy w jakim kraju jesteśmy – czy jeszcze w Paragwaju, czy już w Brazylii 🙂 W końcu trafiamy na duży market „China Shopping” i postanawiam wejść do środka by sprawdzić w jakiej walucie się tu handluje i ewentualnie wydać resztę guarani ale  żeby było jeszcze zabawniej ceny podane były w USD! Kompletna kołomyja. W końcu jednak się udało i jacyś życzliwi przechodnie pokierowali nas we właściwe miejsce! Dostajemy pieczątki i żegnamy się z Paragwajem, który zapamiętamy przede wszystkim jako kraj szczerych i otwartych ludzi.

  Leave a comment

Cerro Cora – czas na odpoczynek  22-29.07.2012

W Curuguaty nie zatrzymaliśmy się na dłużej. Pokręciliśmy się trochę po miasteczku, poszliśmy do kafejki internetowej a następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed podróżą do miasta Conception zamierzaliśmy odwiedzić Park Cerro Core aby pozwolić sobie na kilkudniowy odpoczynek, który był nam potrzebny. Pomimo, że o tej porze roku w Paragwaju trwa zima, temperatura dochodziła czasem nawet do 30 stopni. Czyż nie tego chcieliśmy przez ostatnie kilka miesięcy? Przyzwyczajeni do zimna i w pagórkowatym terenie, jechaliśmy jednak raczej leniwie ale nie narzekaliśmy. W trakcie jazdy wybiło nam na liczniku 23 tys. kilometrów i znowu było co pokazywać miejscowym 🙂 Pod wieczór, po raz kolejny w tej podróży, dotarliśmy do miejscowości Santa Rosa i zastanawialiśmy się ile miejsc o takiej nazwie się na tym kontynencie znajduje…

Miejsce na nocleg udostępniała nam paragwajska rodzinka przy swoim drewnianym domku i znowu odbywał się swego rodzaju teatrzyk. Każdy chciał zobaczyć rower, sprzęt, wyposażenie a jeden z sąsiadów zachwycony był namiotem, gdyż coś takiego zdarzyło mu się widzieć pierwszy raz w życiu 🙂

Mennonici

Kolonia Rio Verde wydała nam się dziwna od razu, gdy tylko do niej wjechaliśmy. Wszystkie domy były murowane i w bardzo dobrym stanie. Wokół domów panował porządek, rosły kwiaty a zielone trawniki były ładnie przystrzyżone. Na podwórzach nie walały się żadne zbędne rzeczy a zwierzęta miały swoje zagrody i nie biegały razem z umorusanymi dziećmi. To oznaczało tylko jedno – „niemiecki ordnung”. Kolonia Rio Verde jest jedną z mniejszych siedzib Mennonitów w Paragwaju. Największe ich nagromadzenie znajduje się w mieście Filadelfia, które słynie z produkcji mięsa i mleka. Pierwsi Mennonici przybyli do Paragwaju z Kanady w roku 1927 i osiedlili się w kilku koloniach. Początki osadnictwa Mennonitów były bardzo trudne ale dziś ich standard życia odbiega drastycznie od ubóstwa, w którym żyją rdzenni mieszkańcy, często stanowiący tanią siłę roboczą w ich zakładach produkcyjnych. Kolonia Rio Verde budziła w nas trochę mieszane uczucia. Z jednej strony miło było popatrzeć na schludne domy i uporządkowane ogrody, z drugiej jednak drogie samochody stojące w obejściach, wydawały się być jakby nie na miejscu w zestawieniu z biedą rodowitych Paragwajczyków. Choć surowe zasady tej społeczności podobno już dawno uległy znacznemu złagodzeniu, to jednak wszystkie kobiety i dziewczynki, które widzieliśmy na ulicach, ubrane były w suknie lub spódnice, zakrywające kolana, przypominające modę z minionych epok. Mennonici z koloni Rio Verde byli powściągliwi. Przyglądali się nam dyskretnie ale nie próbowali nawiązać kontaktu i trzymali się na dystans. Przejechaliśmy przez osadę spokojnie, nie nagabywani przez nikogo ale byliśmy przekonani, że z prośbą o miejsce na nocleg wolelibyśmy się zwrócić do ubogiego Paragwajczyka z drewnianej chaty…

Następnego dnia dotarliśmy do małej miejscowości Yby-Yau przy skrzyżowaniu głównych dróg, z których jedna biegła w kierunku Conception a druga do Cerro Cora. Zatrzymaliśmy się przy sklepiku na zakupy gdzie po raz kolejny odbyła się lokalna sesja zdjęciowa z naszym rowerem w roli głównej. Niektórym wystarczyło stanąć koło naszej „maszyny”, inni pozowali na siodełku, jeszcze inni przyprowadzali dzieci. Jesteśmy świadomi, że wielu z tych ludzi tandem widziało zapewne po raz pierwszy i stąd pewnie takie zainteresowanie. Kupiliśmy zaopatrzenie w żywność na kilka dni i ruszyliśmy w stronę parku. Pagórki były coraz bardziej strome, co jazdy nam nie ułatwiało ale na horyzoncie zaczęły się pojawiać ładne wzgórza, przypominające kształtem tepui, które na tle bujnej zieleni wyglądały bardzo malowniczo. Wczesnym popołudniem kolejnego dnia dotarliśmy do Parku Cerro Cora.

Park nie jest miejscem chroniącym jakieś unikatowe gatunki roślin czy zwierząt. Ma znaczenie może bardziej historyczne, gdyż miała tu miejsce bitwa pod Cerro Cora i jest to niejako upamiętnienie tego miejsca. Niemniej jednak w parku znajduje się sporo gatunków drzew a także kilka gatunków zwierząt. W Visitor Center spisano nasze dane i ku naszemu zadowoleniu poinformowano nas, że za równo kemping na terenie parku jak i wstęp są darmowe. Było to miejsce, jakiego potrzebowaliśmy od wielu tygodni. Poletko kempingowe na polanie było puste – tylko dla nas, w dodatku wyposażone w prysznic, wodę w kranach, porządne zlewy, w których można było wyprać wszystko. Wreszcie mogliśmy dokładnie i bez skrępowania uporządkować cały nasz dobytek, łącznie z „wypraniem namiotu” i śpiworów oraz wyczyszczeniem mat do spania. A kiedy wreszcie się ze wszystkim uporaliśmy mogliśmy nie robić absolutnie nic… 

Na kempingu panowała totalna cisza, którą przerywały tylko głosy ptaków. Było ich całe mnóstwo, jak i sporo kolorowych motyli. Leniuchowaliśmy na hamakach, byliśmy na spacerze przy rzece Aquidaban, która płynie przez park, jedliśmy nasze zapasy i odpoczywaliśmy przy kawce. Ogólnie miejsce sprzyjające totalnemu lenistwu. Trzeba tylko pamiętać, żeby mieć ze sobą spray na komary, których tu nie brakuje. Nie brakowało tez mrówek. Trochę się obawialiśmy o nasz namiot, gdyż na polance znajdowało się nie jedno mrowisko. Znaleźliśmy jednak sposób by trzymać mrówki z dala od naszego „domku” i zapasów. Tropikalna pogoda sprawiła, że zapleśniało nam kilka bułek i Przemek wpadł na pomysł by kawałki nie nadającego się do jedzenia pieczywa porozkładać w pobliżu mrowisk, by mrówki miały zajęcie i nie dobrały się do naszego namiotu. I tak przez całe dnie i noce mrówki zajęte były rozdrabnianiem bułek i zanoszeniem ich do mrowiska 🙂

  Leave a comment

Do Curuguaty 18-21.07.2012

Paragwaj nie jest krajem zbyt popularnym turystycznie a to zasadnicza różnica, mająca wpływ na charakter podróżowania. Nie zmierzaliśmy do żadnych konkretnych turystycznych atrakcji, co nie znaczy, że kraj takowych wcale nie posiada. Do najciekawszych należy Park Defensores del Chaco w odległych południowo-zachodnich rejonach kraju, jednak dotarcie tam na rowerze i zorganizowanie ekspedycji wymagałoby zbyt wiele czasu, którego niestety już nie mieliśmy 😦 Pedałowaliśmy więc po prostu w określonym kierunku, jadąc od wioski do wioski i przyglądając się paragwajskiej codzienności, otwarci na to co ciekawego spotkamy po drodze. Podczas tych dni, spędzonych w Paragwaju, zdecydowanie na pierwszym planie znaleźli się ludzie. Nie skażeni wpływem masowej turystyki i wszystkimi jej konsekwencjami, okazali się nad wyraz otwarci i spontaniczni. W żadnym kraju lokalni mieszkańcy nie reagowali na widok nas i naszego roweru aż tak żywiołowo! Każdy postój zamieniał się w prawdziwy teatrzyk i sesje zdjęciowe. Widząc nas na drodze niektórzy często okazywali entuzjazm, krzycząc, śmiejąc się do nas i wymachując rękami bądź też nawołując wszystkich sąsiadów. Niektóre reakcje były całkiem nieprzewidywalne. Pewien człowiek na wózku inwalidzkim, niesprawny umysłowo i fizycznie, kiedy zobaczył nas na rowerze i  pomachaliśmy mu na przywitanie, wpadł w taką euforię, że próbował opuścić swój „pojazd”! Tak więc wszędzie, gdzie się zatrzymywaliśmy zaraz zbierał się tłumek gapiów. Każdy chciał nas obejrzeć, każdy chciał z nami porozmawiać, niektórzy podążali za nami motorkami lub samochodami, żeby przyjrzeć się z bliska jak pedałujemy a potem wracali do wsi.

Poza wioskami jechaliśmy sobie spokojnie, obserwując okolicę. Droga, którą zmierzaliśmy w stronę miasteczka Curuguaty miała nawet dość szerokie pobocze i nie musieliśmy się stresować jazdą tak, jak w Argentynie. Wioski były rozsiane wzdłuż drogi w niewielkich odległościach i choć zaopatrzenie w sklepach było mało ciekawe, to jednak nie musieliśmy się martwić brakiem dostępu do wody i żywności. Otaczała nas wciąż „tierra colorada” czyli czerwona ziemia jak w prowincji Misiones w Argentynie. Jednak Argentyna pozostała daleko za nami. Tutaj otaczało nas mnóstwo małych, ubogich chatek, gdzie na podwórkach biegały dzieci, kury i świnie a żywe, zdecydowane kolory owych domków ostro kontrastowały z czerwoną, oświetloną popołudniowym słońcem ziemią. Droga wiodła w pagórkowatym terenie lecz wkrótce dotarliśmy do „skrótu” – drogi gruntowej, którą zamierzaliśmy jechać dalej. Zatrzymaliśmy się przy niewielkim sklepiku by uzupełnić zapasy i załatać dętkę. Sprzedawcy, jak i kupujący wylegli zaciekawieni przed sklep i bacznie obserwowali łatanie dętki, nie spuszczając z nas oczu ani na chwilę 🙂 Rozbawiło nas też nico odkrycie, że ludzie tutaj boją się lasu. Właściciel sklepu ostrzegał nas, że jazda tą droga nieasfaltową jest niebezpieczna bo trzeba przejechać 15 kilometrów przez pustkowie. Jak się nie trudno domyśleć nie robiło to na nas wrażenia ale z ciekawości dopytywaliśmy co jest niebezpieczne na tym pustkowiu – zwierzęta czy jacyś ludzie czy może ruch niebezpieczny? A na to mężczyzna odpowiada, że niebezpiecznie jest dlatego, że jest las! Zadziwiło nas to, że ludzie żyjący na wsiach, czyli bądź co bądź jednak bliżej natury mogą tak po prostu bać się lasu. Później jeszcze u kilku spotkanych osób ujawniły się te same obawy lecz najzabawniejsze było to, że las, który najwyraźniej budził w nich grozę dla nas nie był w ogóle lasem a co najwyżej maleńkim laskiem, który stanowił tylko wspomnienie po dawnej świetności subtropikalnej dżungli, która niegdyś rozciągała się na obszarze wielu kilometrów w rejonie wodospadów Iguazu. Byli też i tacy, którzy widząc nas na tej gruntowej drodze bez asfaltu oznajmiali nam, że się zgubiliśmy i mimo, że prowadziła tam dokąd chcieliśmy dojechać, uparcie kazali nam wracać do głównej drogi, na asfalt! Nie wróciliśmy jednak. Rozumieliśmy doskonale skąd brały się te wszystkie obawy – ludzie ci z pewnością nigdy nie podróżowali dalej niż do sąsiedniej wioski a wszystko, co znajdowało się poza ich światem było niepewne i budziło lęk.

Podróżowaliśmy w dużej mierze „na wyczucie”. Mapa, o której już wcześniej pisałam, to był prawdziwy ewenement! Zupełnie jakby została stworzona przez dziecko, które nieuważnie przerysowało jakiś schemat z tablicy. Główna mapa nie pokrywała się z tym, co pokazywały powiększenia wybranych rejonów, zamieszczone na jej odwrocie. Niektóre miasteczka znajdowały się w innych miejscach i układ dróg również był inny! Po kilku dniach jazdy mieliśmy też poważne wątpliwości co do tego, czy mapa w ogóle jest w skali! W połączeniu z informacjami i przestrogami, jakich udzielali nam lokalni, wszystko to wyglądało czasem dość zabawnie 🙂

Spaliśmy w namiocie na podwórkach u ludzi, czasem na jakiejś stacji benzynowej lub po prostu przy drodze. Jednak znacznie trudniej znaleźć było takie dzikie miejsca na spanie, gdyz większość terenów była zagospodarowana i przeznaczona pod uprawy lub hodowlę bydła. Było to tym bardziej zastanawiające, że większość towerów, w tym żywności, sprzedawana w sklepach pochodziła nie z rodzimej produkcji lecz z Brazylii. Wyglądało też na to, że przemysł praktycznie w tym kraju nie istnieje… Lecz był za to spokój, cisza, leniwe popołudnia, zielona trawa, błękitne niebo i wieczory z rozgwieżdżonym niebem. Którejś nocy spaliśmy przy polu kukurydzy. Wieczorem siedzieliśmy przy herbacie, ciesząc się tym jakimi jesteśmy szczęściarzami – mieliśmy całkiem smaczne kanapki, rower i wystarczająco dużo siły by na nim jechać. Mieliśmy czas dla siebie i na to by spoglądać na drogę mleczną nad naszymi głowami, która wyglądała jak świecący, rozciągnięty na niebie obłok i wsłuchiwać się w odgłosy świerszczy i szelest liści kukurydzy subtelnie poruszanych wiatrem…

  • Po co się tak męczycie? – spytał nas policjant, stojący przy wiejskiej drodze, kiedy się dowiedział ile czasu już jedziemy i ile kilometrów przejechaliśmy.

      Ja i Przemek spojrzeliśmy na siebie, uśmiechając się.

  • Aventura! (przygoda) – odpowiedziałam.                                                                                                                               Czy był by w stanie zrozumieć, że tak naprawdę przemierzając rowerem świat jesteśmy po prostu szczęśliwi? A może wbrew pozorom zrozumiał lepiej niż mi się wydawało…

  • Suerte!  (powodzenia) – zawołał do nas, gdy odjeżdżaliśmy

Następnego dnia dotarliśmy do Curuguaty.

  Leave a comment

Hernandarias i tama Itaipu – pożegnanie z Argentyną i pierwsze dni w Paragwaju 17-18.07.2012

Po ponad sześciu miesiącach spędzonych w Argentynie, z krótkimi tylko przerwami na wypady do Chile, przyszedł dzień, w którym byliśmy gotowi na opuszczenie tego kraju. To był dzień pełen wyzwań i zmieniających się uczuć od zaciekawienia i dreszczyku ekscytacji, poprzez zadowolenie, ulgę i nostalgię…

Dzień zaczęliśmy od śniadania w hostalu, które jak wspomniałam wliczone było w cenę noclegu. Jednak nauczeni wcześniejszym doświadczeniem wiedzieliśmy, że argentyńskie sniadanie to dla nas co najwyżej przekąska 🙂 Tradycyjnie kawa lub herbata, trochę pieczywa z odrobiną masełka lub dżemu i nieduży rogalik – oto na co można liczyć, pytanie tylko który rowerzysta by się tym najadł? To prawdziwe dziwactwo Argentyńczyków, którzy na kolację o północy zjadają sztukę mięsa z ryżem lub warzywami i jeszcze rano mają pełen żołądek i oczywiście często zbędne kilogramy. Nocnemu obżarstwu mówimy zdecydowane „nie” ale za to poranne w naszym przypadku było jak najbardziej wskazane:) Przybylismy więc do jadalni z reklamówką własnego prowiantu i na rozgrzewkę zjedliśmy to co serwuje hostal a dopiero potem dobraliśmy się do własnych zapasów. Wzbudzilismy pewne zdziwienie dziewcząt, siedzących przy sąsiednim stoliku, dla których nawet rogalik był zbyt dużym wyzwaniem!

Trzy kraje w jeden dzień 🙂

I to w dodatku na rowerze! Tak właśnie wyglądają realia przekraczania granicy w Puerto Iguazu. Aby dotrzeć do paragwajskiego Ciudad del Este, trzeba najpierw przejechać brazylijskie miasteczko Foz do Iguaçu. Sprawnie załatwiliśmy wszystkie formalności na granicy a potem po prostu pojechaliśmy dalej i Argentyna pozostała za nami. Zbliżając się do granicy czekaliśmy na ten moment. Czuliśmy powracające podekscytowanie przed nieznanym, którego nam już trochę brakowało ale teraz kiedy wreszcie nadszedł nagle poczuliśmy się dziwnie, zupełnie jakbyśmy zostawili za tą linią graniczną coś cennego, co do nas należało. Wraz z Argentyną zostały za nami tysiące przepedałowanych kilometrów, Ruta 40, upalne dni w Cuyo i zimne w Patagonii. Tygodnie spędzone na pustkowiach, stada strusi i guanaco, przemierzające wietrzną pampę i Wodospady Iguazu i wszyscy ludzie spotkani w drodze… Argentyna nie była krajem, który uważalibyśmy za wyjątkowo piękny a jednak w tej jednej chwili oboje wiedzieliśmy doskonale, że właśnie ten kraj i wszystko czego tutaj doświadczyliśmy zajmuje szczególne miejsce w naszych sercach. Jechaliśmy jednak na przód nie oglądając się za siebie. Przed nami był jeszcze spory kawałek drogi – nowe miejsca i ludzie, których jeszcze spotkamy. Ciekawość świata gnała nas przez ulice Foz do Iguaçu naszym załadowanym tandemem w kierunku kolejnej granicy a Argentyna wraz z niezwykłymi sześcioma miesiącami naszego życia pozostała w tyle, coraz dalej i dalej…

W Brazylii poczuliśmy się niemal jak w Europie. Foz do Iguaçu to spore miasto, pełne różnorakich sklepów, restauracyjek i przede wszystkim budek z jedzeniem na wynos, których w Argentynie nam brakowało. Jednak zmiana języka na portugalski utrudniała życie, znowu mielismy problem, ze zrozumieniem wielu napisów informacyjnych przy drodze i nazw sklepów. Przejechalismy przez miasto bez postojów i w końcu dotarliśmy do kolejnej granicy na moście Przyjaźni, na rzece Parana. A tam czekał nas prawdziwy Sajgon! Dziesiątki samochodów przesuwały się w żółwim tempie w gigantycznej kolejce na przejazd przez most. To obywatele Argentyny i Brazylii zmierzali do przygranicznej strefy handlowej w Ciudad del Este na tanie zakupy! Bez skrupułów  wykorzystaliśmy przewagę roweru nad autem i przemknęliśmy w sznurze oczekujacych samochodów poza kolejnością, gdyż w przeciwnym razie musielibyśmy tam spędzić jeszcze wiele godzin. Rower przez most trzeba było przeprowadzić. Przyjmujemy strategię – Przemek prowadzi, ja ochraniam tyły. Wokół było mrowie ludzi i kręciły się wszędzie jakieś podejrzane „indywidua”, choć z pewnością o nas też można by tak powiedzieć 🙂 Przed mostem dostalismy pieczątki wyjazdowe z Brazylii a za mostem wjazdowe do Paragwaju. Trzeba tego dobrze przypilnować, ponieważ zdarzały się sytuację, że w Paragwaju stempla nie przystawiono a potem próbowano od skołowanych turystów wyciągnąć pieniądze za niedopełnienie formalności. Na szczęście zakupowicze z krajów ościennych nie muszą załatwiać żadnych formalności wjazdowych bo aż strach pomyśleć, co by się działo gdyby wszyscy ci ludzie ustawili się w kolejce! A tak wszystko przebiegło sprawnie i przy okienku byliśmy tylko my, jako, że Paragwaj nie jest zbyt popularną destynacją turystyczną.

Wreszcie mogliśmy ruszyc dalej. Pozostaje jeszce pokonanie strefy handlowej, która była jak jeden wielki gigantyczny bazar, gdzie Paragwajczycy sprzedają a przybysze z Brazylii i Argentyny kupują, kupują i kupują…

W końcu udało nam się dotrzeć do miasta. Nie mieliśmy jednak mapy ani planu dalszej trasy. Postanowilismy pojechać w okolice dworca i tam się „pokręcić” by znaleźć nocleg, jako, że jakieś tanie hostale zwykle znajdują się w takim miejscu. Ostatecznie wylądowaliśmy w przydworcowym przybytku za 50 tys guarani czyli ok. 10 euro. Wybraliśmy się jeszcze na wstępny rekonesans miasteczka. Ledwo przeszliśmy kawałek a tu już rynek 🙂 Tego najbardziej nam brakowało w cywilizowanej Argentynie! Wszyscy wokoło handlowali czym się dało a klimat zupełnie jak w krajach azjatyckich. Targowisko jak labirynt, z wąskimi uliczkami i tanimi jatkami na zewnątrz, dziurawe chodniki lub ich brak i nadszarpnięte zębem czasu budynki. Poczuliśmy się swojsko i prawdę mówiąc chyba mamy pewien sentyment do takich klimatów w podróży. Oprócz pełnej reklamówki owoców i warzyw, zakupiliśmy też mapę, jedyną jaką udało nam się znaleźć. Przyjrzeliśmy się jej trochę zdziwieni. Nie było jednak wątpliwości – to nie był rozkład ulic we wsi „Wąchocko” jak nam się z początku wydawało lecz mapa drogowa państwa Paragwaj 🙂 Widniało na niej ledwo kilka asfaltowych dróg i niewiele dróg nieasfaltowych. To poważnie ograniczało nam pole manewru ale mniej więcej wyznaczyliśmy sobie wstępną trasę.

Następnego dnia dotarliśmy do miejscowoci Hernandarias oraz do masywnej tamy Itaipu, która do niedawna była największą zaporą wodną na świecie. Wszędzie stanowiliśmy nie lada atrakcję i opowiadalismy ludziom naszą „łamana hiszpańszczyzną” o tym skąd jesteśmy i jaką to już trasę przejechaliśmy rowerem oraz pokazywać zainteresowanym licznik rowerowy z wynikiem ponad 22 tys. przejechanych kilometrów. Niestety język hiszpański używany przez Paragwajczyków to dla nas duże wyzwanie, często zbyt duże 😦 

W Visitor Center powiedziano nam, że możemy wziąć udział w darmowej wycieczce objazdowej po tamie, z czego skorzystaliśmy, żeby przyjrzeć się jej z bliska. Tama Itaipu leży na granicy brazylijsko-paragwajskiej na rzece Parana. Obydwa państwa brały udział w tym przedsięwzięciu i obecnie elektrownia wodna pokrywa ponad 90% paragwajskiego zapotrzebowania na prąd oraz około 20 % zapotrzebowania Brazylii. Niestety budowa tamy przyczyniła się do bezpowrotnej utraty największego wodospadu na świecie Saltos del Guairá! Jeszcze trzydzieści kilka lat temu można było podziwiać ten podobno przepiękny wodospad, gdzie spiętrzały się ogromne masy wody. Kilkakrotnie większe niż w przypadku wodospadu Iguazu! Został on zalany przez zbiornik powstały przy budowie tamy, która zajmuje powierzchnię prawie 8 km szerokości i ponad 200 metrów wysokości. Jak na ironię Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Cywilnych uznało zaporę Itaipu jako jeden z „Siedmiu Cudów Współczesnego Świata”.

Posted Maj 4, 2015 by D&P in Paragwaj

%d blogerów lubi to: