Archive for the ‘Kolumbia’ Category

  7 komentarzy

W drodze do Mocoa 10.08 – 21.08.2011

Po nocy przespanej w hotelu grzebaliśmy się leniwie z pakowaniem i zeszło sporo czasu zanim mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Po południu dojechaliśmy do kolejnego nieco większego miasta o nazwie La Dorada. Zaraz wypiliśmy kilka kubeczków soku wyciskanego z pomarańczy z lodem oraz kupiliśmy co nieco do jedzenia. Znów nasz pojazd wzbudzał sensację i gdy tylko przystanęliśmy gdzieś na dłużej zaraz zbierała się grupka gapiów, którzy próbowali z nami porozmawiać albo tylko popatrzeć.W drodze musieliśmy pokonywać coraz więcej podjazdów, które na razie są jednak łagodne i można je spokojnie podjechać nawet naszym załadowanym pojazdem. Dookoła w oddali widać już góry otaczające z dwóch stron dolinę , którą jedziemy i wiemy, że wkrótce trzeba je będzie pokonać. Na nocleg tego dnia zatrzymaliśmy się koło małego domku przy drodze. Właścicielka pokazała nam gdzie możemy się umyć a była to beczka z wodą pod daszkiem na podwórku ale bez żadnej zasłonki. Kilka metrów dalej siedzieli sobie wszyscy mieszkańcy przy stoliczku i znajomi a obok sąsiad wylegiwał się na hamaku. Postanowiliśmy poczekać  aż się zrobi ciemno. W międzyczasie dzieci przyszły z zeszytami żeby im pomóc w zadaniu z angielskiego 🙂 Wkrótce nadszedł wieczór, my już dawno po kolacji a towarzystwo od stoliczka nie odchodzi. W końcu musieliśmy się ubrać w kostiumy kąpielowe i myliśmy się przy beczce a mieszkańcy i sąsiad w hamaku mieli „coś” do oglądania 🙂 Rano córka właścicielki przyniosła nam po dużym kubku ciepłego mleka i grudce bardzo słodkiej masy na śniadanie.

W drodze do następnego miasteczka Honda kilkakrotnie natknęliśmy się na stragany z owocami, gdzie zaopatrzyliśmy się w banany a potem w arbuza, którego oczywiście zjedliśmy we dwójkę kawałek dalej. Kupiliśmy też dwie duże buły w przydrożnej piekarni – jednak pieczywo mają w tym kraju bardzo kiepskie niestety. Wszystko na modłę słodkiego rogala i jak to zjeść ze słonym serem typu oscypek albo z rybą? Chociaż tutaj połączenie smaków słodki plus słony jest popularne i nawet Przemek jada już słony ser ze słodką gojabadą na słodkiej bułce. Mi to jednak nie smakuje a kupić niesłodzone pieczywo do tej pory udało nam się tylko raz, w wielkim markecie. W Hondzie spędziliśmy dwie godziny w Internet cafe. Próbowaliśmy się dodzwonić do rodzinki przez Skype ale były problemy z mikrofonem i nic z tego nie wyszło. Rozleniwiło nas to siedzenie przy kompie i potem jazda szła bardzo wolno i nie chciało nam się zbytnio pedałować. W drodze zatrzymaliśmy się i zjedliśmy drugiego arbuza, potem zrobiła się dziura w dętce i ponownie postój na naprawę a jeszcze Przemek coś przy łożysku w kole majstrował i znów mnóstwo czasu zeszło – zdążyłam się w tym czasie zdrzemnąć na  plandece. Dopiero pod wieczór lepiej się jechało a w dodatku mieliśmy później wiatr w plecy i łagodny zjazd więc zasuwaliśmy aż miło. A wokoło mijaliśmy pola bawełny i kukurydzy. Widzieliśmy nawet specjalny pojazd do zbioru bawełny, który działa jak gigantyczny odkurzacz. Na nocleg zatrzymaliśmy się na małym skrawku trawnika przy domku ze sklepikiem. Właścicielka powiedziała nam, że w pobliżu jest rzeka i poszliśmy wieczorem i rano się wykąpać. W nocy słyszeliśmy odgłos strzałów a chwilę później ktoś uciekał ścieżką przy naszym namiocie. W nocy pękł też kolejny już maszt w naszym namiocie. Na szczęście wszystkie jak do tej pory pękają na łączeniach i Przemek zawsze coś wykombinuje żeby je jakoś naprawić. Następnego dnia podczas jazdy z małej miejscowości Lerida nasz licznik rowerowy wybił nam 6000 km J Późnym popołudniem gdy dotarliśmy do miasteczka Alverado kupiliśmy sobie z tej okazji owoce i piwko w puszkach. W miasteczku odbywał się jakiś festyn i wszyscy świętowali przy głośnej muzyce, piwie i grillowanych przekąskach. Zaraz więc jechaliśmy dalej gdyż poruszanie się naszym długaśnym pojazdem po tłocznych wąskich uliczkach nie należało do przyjemności. Wjechaliśmy w górzyste, suche obszary. Krajobraz  się zmienił – znikła tropikalna roślinność a wokół głównie trawa i akacje, no i góry oczywiście. Mieliśmy znów trochę problemów ze znalezieniem noclegu – na stacji benzynowej nie bardzo się wysilali żeby się z nami dogadać i udzielić nam jakiejś odpowiedzi, potem pytaliśmy w pobliżu restauracji ale odsyłali nas na kamping. Wreszcie trafiliśmy na miejsce przy rzece gdzie dało się postawić namiot. Mogliśmy zjeść kolację i wypić sobie wreszcie spokojnie nasze piwko.

Aby dotrzeć do kolejnego miasta na naszej trasie – Ibaque, musieliśmy pokonać 26 km podjazd i to w dodatku pod wiatr. Pedałowaliśmy mozolnie aż wreszcie dotarliśmy do centrum i po zrobieniu zapasów i zjedzeniu posiłku przed sklepem niezwłocznie ruszyliśmy dalej. Ledwo tylko wyjechaliśmy na przedmieścia zaczął się zjazd, który ciągnął się ponad 40 km i w konsekwencji zjechaliśmy niżej niż spaliśmy poprzedniej nocy – oto uroki jazdy przez góry! Rejon, przez który jechaliśmy pełen był mangowych drzew. Nawet namiot na nocleg postawiliśmy na podwórku pod drzewem mango, z którego w nocy spadł spory owoc i łupnął o dach namiotu, aż dziwne, że maszt nie pękł! A rano znaleźliśmy dorodne mango tuż za namiotem 🙂 Właściciele poczęstowali nas kawą, dostaliśmy też wodę do picia i ruszyliśmy dalej drogą wśród drzew – mango oczywiście. Przy drodze mijaliśmy sporo straganów z owocami więc można było sobie kupić coś pysznego do jedzenia a od właścicielki jednego z nich, gdzie robiliśmy zakupy dostaliśmy też owoc kumkwat, który mieliśmy okazję spróbować po raz pierwszy. Potem znowu wjechaliśmy w suche obszary – trawa, akacje, kaktusy i wyschnięte koryta rzek. Jednak po południu trafiliśmy wreszcie na większą rzekę, która nie wyschła i kąpali się w niej tubylcy. Poszliśmy więc za ich przykładem by móc też się umyć i wykąpać. Bardzo nas ta chłodna kąpiel odświeżyła i postawiła na nogi. Od razu przyjemniej było pedałować. Na spanie zatrzymaliśmy się przy kolejnej rzeczce, która wyschła do około jednej trzeciej swojej wielkości. Rozstawiliśmy namiot pod mostem, żeby nie był widoczny z drogi. Jednak to nie był zbyt dobry pomysł, bo jak się później okazało pod mostem mieszkały nietoperze, które w nocy strasznie hałasowały i budziły nas głośnym piszczeniem, poza tym jakieś zwierzę dobrało się do naszego worka ze śmieciami, leżącego koło namiotu i znów obudził nas hałas a jeszcze później obudziły nas strzały gdzieś na polach. Tego dnia przejechaliśmy ponad osiemdziesiąt kilometrów i dotarliśmy do miasta Neiva. Miałam nadzieję na porządne zakupy w dużym markecie ale niestety na nadziejach się skonczyło. Przy wjeździe do miasta jakiś chłopak wyjaśnił nam jak wyjechać we właściwym kierunku a potem pilotował nas na motorku. Po drodze nie było jednak żadnego sklepu z jedzeniem a do centrum nie mogliśmy już wjeżdżać – było zbyt późno i nie zdążylibyśmy wyjechać z miasta przed zmrokiem. Na peryferiach kręciło się sporo bezdomnych i jakichś podejrzanych typków więc musieliśmy wyjechać daleko poza miasto żeby znaleźć jakieś bezpieczne miejsce na namiot. W końcu dojechaliśmy do stacji benzynowej gdzie mogliśmy zatrzymać się na nocleg. Byliśmy bardzo zmęczeni i głodni. Zjedliśmy kolację a Przemek na poprawienie humoru kupił mi w sklepiku na stacji loda i jogurt. No i zadziałało 🙂

Jechaliśmy dalej, przez pagórkowate tereny, mijając po drodze małe miasteczka. Nie trzeba więc było wozić wielkich zapasów lecz i tak nie łatwo było zrobić dobre zakupy gdyż w tutejszych sklepach zaopatrzenie jest kiepskie, biorąc pod uwagę fakt, że nie dysponujemy lodówką. Mięsa prawie nie jemy, wyłączając ryby z puszki, czasem jakieś parówki, głównie owoce lub warzywa jeśli są akurat dostępne oraz pieczywo z serem, bo sery mają tu bardzo smaczne, do tego płatki z mlekiem i muesli – oto nasze menu. Noce zrobiły się chłodniejsze a góry coraz bliżej otaczają nas ze wszystkich stron. W rejonie Betanii wjechaliśmy na wysokość około 1000 m n.p.m a przejechanie pięciu kilometrów zajęło nam prawie godzinę. Mieliśmy ładne widoki na okolicę i płynącą w dole rzekę Magdalenę i pobliskie wzgórza. Niestety kończyła nam się woda. Postanowiliśmy więc zrezygnować z mycia i naszym ledwo zipiącym filtrem przefiltrowaliśmy wodę a na nocleg zatrzymaliśmy się przy opuszczonym domku, którego budowy ktoś nie ukończył. Mieliśmy piękny widok na góry i zjedliśmy sobie pyszną kolację.

Pedałując bez pośpiechu mijaliśmy kolejne miejscowości przy drodze – Gigante a potem Garzon. W zasadzie płaskich odcinków już nie było i musieliśmy solidnie pedałować na podjazdach a potem nieźle hamować na zjazdach. Dziennie przejeżdżaliśmy około 60 km. Dni były jeszcze bardzo ciepłe choć czuć juz było , że powiewy wiatru są chłodniejsze i rześkie. Po drodze mijaliśmy „zaczarowane drzewa” zupełnie jak z bajki o Babie Jadze, całe spowite jakby pajęczyną. Były też plantacje kawy i winnice, gdzie przy drodze lokalni sprzedają dojrzałe winogrona. Tuż przed miejscowością o wdzięcznej nazwie Pitalito zatrzymaliśmy się na nocleg na rancho z dużym trawnikiem. Właściciele poczęstowali nas aromatyczną kawą, którą tu rodzinnie produkują. Mogliśmy też skorzystać z prysznica w ich domu a potem dostaliśmy jeszcze kolację oraz sok z kumkwatu. Pychotka… Przed wyjazdem mielismy małe przepakowanie, gdyż noce stały się chłodniejsze i pora była już wyjąć śpiwory z przyczepki oraz trochę cieplejszych ubrań. W Pitalito natomiast zrobiliśmy duże zakupy gdyż według naszej mapy przez najbliższe 120 km, aż do miasta Mocoa nie było żadnych miejscowości. A ponieważ nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie nam przejechanie tego odcinka woleliśmy być zabezpieczeni w razie gdyby czekała nas jazda przez całkowite pustkowia. Rower był maksymalnie załadowany a jeszcze z tyłu na bagażniku dyndało kilka przywiązanych siatek z zakupami, których nie udało się już nigdzie upchać. Nie łatwo było jechać z takim obciążeniem. Tuż za rozwidleniem dróg szosa zaczęła łagodnie piąć się do góry. Potem podjazd stawał się coraz bardziej stromy i w sumie podjeżdżaliśmy przez około 30 kilometrów. Z poziomu 1285 m wjechaliśmy na 2300m! To już były prawdziwe góry 🙂 Po drodze mijaliśmy domki przy których znajdowały się poletka kawowe i uprawy granatów – bardzo pyszne owoce, trochę przypominające w smaku słodkie, dojrzałe winogrona. W powietrzu czasami unosił się zapach palonej kawy a przy drodze były stragany z tanimi, świeżymi owocami. Czuliśmy, że powietrze stawało się coraz chłodniejsze, jednak dzięki temu byliśmy w stanie jechać pod górę. W drodze złapał nas deszcz i zatrzymaliśmy się przy domku ze straganem, żeby się schronić pod dachem. Właściciele – młodzi ludzie poczęstowali nas aromatyczną kawą. Przyjrzałam się straganowi i prostej, niewielkiej chatce i znów odniosłam wrażenie, że nawet tu, w tym niezamożnym kraju żyje się jakby spokojniej. Mnóstwo świeżych owoców i waga wisząca na sznurku pod daszkiem. Żadnej kasy fiskalnej, bo i po co? Sprzedając owoce z własnej uprawy zarabia się tylko na swoje potrzeby a od tego nie płaci się podatków i na życie w swoim domku, widać wystarcza… Gdy wreszcie po mozolnym pedałowaniu dotarliśmy do końca podjazdu zbliżał się już wieczór. Momentalnie zrobiło nam się zimno i musieliśmy ubrać spodnie i kurtki, no i jak tylko wjechaliśmy do góry zaraz zaczął się zjazd. Zjechalismy kilka kilometrów i zobaczyliśmy dom przy drodze. Właściciel zgodził się na postawienie namiotu. Było zimno i wilgotno i dopiero po zjedzeniu ciepłej kolacji rozgrzaliśmy się trochę i zaraz wskoczyliśmy do naszych ciepłych śpiworów.

Następnego dnia zjeżdżaliśmy z góry, na którą w pocie czoła wjeżdżaliśmy wczoraj. Potem zatrzymaliśmy się przy jakimś pustym domku, żeby wymienić dwie szprychy które pękły w tylnim kole i przy okazji przeczekać kolejny deszcz. Wieczorem okazało się, że zjechaliśmy niżej niż byliśmy w Pitalito, a więc znowu trzeba będzie wjechać na wysokość ponad dwa tysiące metrów. Ciekawe tylko ile jeszcze razy? Przemek zagrzał wodę i mogliśmy się umyć w przyjaznej temperaturze. Cudownie… Niestety całą noc i ranek padał deszcz. Wyjechaliśmy dopiero około godz. 12.00 kiedy deszcz zelżał nieco i byliśmy w stanie się spakować. Potem nagle wyszło słońce i zrobiła się śliczna pogoda. Jechaliśmy wśród pięknych paproci drzewiastych i zimnych, czystych strumieni spływających z gór. Przyglądałam się małym domkom mijanym po drodze,  pięknym araukariom i drzewom z długimi zielonymi igłami albo czsem padłym zwierzętom których

kości lub ciała w różnym stanie rozkładu  widzi się przy jezdni. I byłam świadoma, że nas też to czeka, że też zmienimy się w proch ale jeszcze nie teraz… Teraz mknęliśmy w stronę granicy z Ekwadorem a przed nami  było jeszcze mnóstwo nieznanych miejsc do zobaczenia. Wieczorem dojechaliśmy do Mocoa.

Posted Sierpień 18, 2011 by D&P in Kolumbia

  Leave a comment

Droga z Santa Marta do Puerto Boyaca 2.08 – 9.08.2011

Wyruszyliśmy z kampingu w dalszą drogę dosyć wcześnie. Upał jednak był już niemożliwy i zanim podjechaliśmy pod górkę dzielącą miasteczko Santa Marta od Tagangi byliśmy cali oblani potem. Na dodatek zatrzymaliśmy się w drodze pod akacjowym drzewem i kiedy dojechaliśmy do miasteczka, przednia opona to był totalny flak. Musielismy się zatrzymać pod lokalną jadłodajnią i Przemek łatał dziurę w dętce po akacjowych kolcach a ludzie mieli na co popatrzeć. W mieście starcilismy mnóstwo czasu na poszukiwaniu sklepu rowerowego a potem papierniczego, żeby kupić jakąś mapę. Następnie jeszcze zakupy żywności i wreszcie obładowani mogliśmy wyjechać z miasta. Droga przez jakiś czas prowadziła wzdłuż wybrzeża i mijaliśmy luksusowe osiedla w budowie, z widokiem na morze, z basenami i przeszklonymi apartamentami. Niestety ruch na drodze był duży i nie jechało się zbyt przyjemnie. Sytuacja poprawiła się dopiero gdy minęliśmy drogę prowadzącą do Bucamaranga, gdyż wiele dużych ciężarówek pojechało w tamtym kierunku. Zawzięcie pedałując, mijaliśmy plantacje bananów, które ciągnęły się wzdłuż drogi. Jechaliśmy dosyć dobrym tempem. Droga była niemalże płaska i nie męczył nas też upał, dzięki wspaniałym wielkim drzewom, które rosły wzdłuż jezdni i umilały nam jazdę. Mijaliśmy sporo małych wiosek, gdzie można było kupić żywność lub od czasu do czasu jakieś owoce. Problem stanowiły właściwie tylko noclegi i duży ruch. Otóż tutejsze plantacje, hacjendy i finki ( czyli rancha) ogrodzone są płotami i praktycznie nie ma możliwości zjechania z drogi, co wyklucza też spanie na dziko. Posiłki w trakcie jazdy musieliśmy jadać przy ruchliwej drodze, podczas gdy za ogrodzeniem rozciągały się sielskie krajobrazy – zielone, trawiaste pagórki i drzewa dające cień. Kilka razy spaliśmy przy stacjach benzynowych, jeśli właściciel wyraził zgodę ale to już nie to samo co w Brazylii, gdzie można było brać darmowe prysznice. Tu nie wszystkie stacje dysponują toaletą a o prysznicach można sobie raczej pomarzyć. Dlatego zawsze wozimy ze sobą wodę w butelce do mycia. Czasem zatrzymywaliśmy się też u ludzi, jeśli trafiły się jakieś zabudowania przy drodze z miejscem na namiot a właściciele się zgodzili. I natychmiast zauważyliśmy zasadnicza różnicę między mieszkańcami Kolumbii a Brazylijczykami. W Kolumbii ludzie nie są tak otwarci jak w Brazylii. Nawet jeśli pozwalali nam na postawienie namiotu przy swoim domu raczej nie nawiązywali z nami tak bezproblemowo kontaktu. Czasem przyszli popatrzeć lub zapytali skąd jesteśmy lub dokąd jedziemy ale często, choć użyczali nam miejsca w ogrodzie, nie podchodzili ani nie próbowali z nami rozmawiać. I chociaż znaleźli się i tacy, którzy czasem również nas czymś spontanicznie obdarowali, to jednak wyczuwaliśmy jakby nieco się większy dystans. Zdarzało się jednak, że sprzedawcy dokładali nam w sklepie za darmo coś do jedzenia 🙂 Pewnego razu na jednej ze stacji benzynowych trafił się niezwykle uprzejmy człowiek, który pracował w obsłudze. Przyszedł do nas by porozmawiać, pokazał nam gdzie jest prysznic, z którego możemy skorzystać, a potem razem z żoną przynieśli nam kawę i ciepłą przekąskę na kolację. Byłam im za to naprawdę bardzo wdzięczna. Akurat tego dnia kiepsko się czułam z powodu problemów z żołądkiem. Jazda w ciągłym hałasie i przy skromnym jedzeniu mnie bardzo zmęczyła. W drodze próbowaliśmy znaleźć miejsce żeby trochę odpocząć a tu ciągle płoty i płoty. Wreszcie zatrzymaliśmy się przy bramie na małym skrawku trawy, dosłownie kilkanaście metrów od drogi, po której pędziły ciężarówki i jeszcze trwały jakieś prace drogowe. Taki odpoczynek to prawdziwa makabra. Dlatego też ten wieczorny prysznic i ciepły posiłek dosłownie przywróciły mnie do życia 🙂

Kiedy skończyły się bananowe plantacje jechaliśmy przez ciągnące się kilometrami pastwiska dla krów, które wyglądały jak sielskie krajobrazy w książeczkach, tylko ogrodzenia były z drutu kolczastego lub pod prądem. Zazdrościliśmy czasem krowom tej zielonej trawki i drzew w których śpiewały ptaki. Życie biegło im na wędrowaniu po zielonych pastwiskach i zjadaniu soczystej trawy, którą potem skrzętnie żuły w cieniu drzew, bez żadnego wysiłku, aż do czasu gdy pewnego dnia przyjdzie pora żeby taką krowę zjeść…

Mijaliśmy też plantacje palm, które uprawia się tutaj, żeby uzyskiwać z ich owoców olej. Zbiera się karpy z dojrzałymi, czerwonymi owocami i ładuje na samochody, które wywożą je z plantacji do zakładów produkujących olej palmowy. I tak obserwując otoczenie przejeżdżaliśmy sobie spokojnie od 80 do ponad stu kilometrów dziennie. Sytuacja zrobiła się trudniejsza kiedy minęliśmy miejscowość San Alberto. Ruch się wprawdzie jeszcze zmniejszył i pojawiło się lepsze pobocze ale za to zniknęły drzewa wzdłuż jezdni i słońce mogło się nad nami pastwić. Natychmiast jechaliśmy wolniej i potrzebowaliśmy znacznie więcej wody do picia. A tu, dla odmiany, zaczęły się pustkowia, droga coraz bardziej pagórkowata a  sklepów z jedzeniem jak na lekarstwo. Dużą wodę, którą kupujemy w pięciolitrowych workach (filtr już właściwie nie działa) trudno było dostać a napoje w butelkach kosztowały zbyt wiele jak na takie ilości, które wypijaliśmy przy ponad 40 stopniowym upale. Owoców nie było wcale przez kilka dni, a to właśnie one uzupełniały nasze zapotrzebowanie na wodę. Stwierdziliśmy, że przy jeździe w takich warunkach jakikolwiek zimny napój jest czymś, co byłbyś w stanie pochłonąć w ogromnej ilości o każdej porze dnia i nocy. No ale jakoś sobie radziliśmy. Czasem mieliśmy też szczęście i spotykaliśmy życzliwych ludzi. Dostaliśmy trochę wody pitnej od ludzi przy drodze, innym razem obdarował nas mężczyzna na stacji benzynowej, to znów kierowca tira albo kierowca ciężarówki, który wręczył nam dwa, jeszcze chłodne jogurty do picia. W taki oto sposób, dzięki własnemu uporowi i ludzkiej pomocy dotarliśmy wreszcie do większego miasteczka zwanego Puerto Boyaca. Zaraz zrobiliśmy zakupy żywności a kiedy wpadliśmy do sklepu z owocami to wyszliśmy z pełną siatką. Jeszcze przed sklepem zakupiliśmy dwie duże porcje arbuza do rączki a zanim go zjedliśmy to już zdążyliśmy kupić zimny napój z limonki od pana z objazdowym pojemnikiem na sok z lodem. Stwierdziliśmy, że na dobrą sprawę moglibyśmy facetowi cały ten pojazd opróżnić a i tak za chwilę miałoby się ochotę na coś zimnego do picia:) No ale ponieważ wczoraj mieliśmy swoją małą, prywatną rocznicę a nie było okazji na jej uczczenie, to dziś mogliśmy sobie na więcej pozwolić. Poprzedniego dnia nie dość, że nie świętowaliśmy, to jeszcze spędziliśmy noc przy ujęciu wody, na która można było tylko z za płotu popatrzeć, podczas gdy nie mieliśmy się czym umyć. W namiocie było tak gorąco, że nie dało się spać a mrówki wygryzły nam dziury w podłodze. Z tego też powodu Przemek zarządził, że zatrzymujemy się dziś w hotelu. Wzięliśmy sobie pokój za 20 000 pesos, mamy prąd i dzięki temu mogłam napisać kolejną relację 🙂

Posted Sierpień 12, 2011 by D&P in Kolumbia

  Leave a comment

Taganga 31.07 – 2.08.2011

Jednak nie na długo opuściliśmy plażę. Z Parku Tyrona wyjechaliśmy po południu. Ponieważ zjedliśmy już prawie cały prowiant rano pozbieraliśmy kokosy, które spadły z drzew i zjedliśmy je na śniadanie 🙂 Po kilku godzinach i pokonaniu kilkukilometrowego podjazdu dojechaliśmy do miejscowości Santa Marta, gdzie zrobiliśmy sobie zakupy w markecie i na nocleg pojechaliśmy do pobliskiej turystycznej wioski zwanej Taganga. Oczywiście od czasu gdy napisano o niej w przewodniku LP – Taganga już nie jest zwykłą rybacką wioską tylko turystycznym kurortem, gdzie wszystko podrożało a 100 % ale podobno nadal oferuje tanie kursy nurkowania PADI. Jednak nie sprawdzaliśmy cen. Mimo to warto zajrzeć do Tagangi i wybrać się na spacer ścieżką prowadzącą od plaży wzdłuż wybrzeża. Wycieczka gwarantuje przepiękne widoki na Morze Karaibskie a kolejne plaże ukryte w cichych zatoczkach choć nie oferują białego piasku a raczej szarawy żwirek są spokojne i pełne uroku.

Zbliżał się wieczór i zatrzymaliśmy się na pierwszym z brzegu kampingu, na który trafiliśmy. Atmosfera była totalnie luzacka i już na dzień dobry jakiś wesoły koleś z sąsiedniego namiotu oferował nam marihuanę. Podziękowaliśmy grzecznie i poszliśmy świętować po swojemu bo po wyjeździe z parku wybiło nam na liczniku 5000 km. Zjedliśmy sobie pyszny obiadek w restauracji i wypiliśmy butlę niezdrowej coli. Następne takie balety dopiero za 1000 km 🙂 Kolejnego dnia poszliśmy na zakupy z dala od centrum i na Internet a potem ścieżką na plażę i znów zażywaliśmy świetnej kąpieli w morzu. Miejsce jest osłonięte od wiatru i właściwie nie ma tutaj fal  a woda jest spokojna jak w jeziorze, więc można się było nacieszyć pływaniem. Widoki na okolicę ze wzgórza, które trzeba pokonać, by dojść w to miejsce są prześliczne – zalesione pagórki i szmaragdowe morskie zatoczki. Wieczór spędziliśmy przy spacerowym centrum w wiosce. To było już definitywne pożegnanie z Morzem Karaibskim.

Posted Sierpień 12, 2011 by D&P in Kolumbia

  2 komentarze

Park Narodowy Tyrona 28.07 – 31.07.2011

Wejście do Parku znajduje się w miejscowości El Zaino, gdzie dotarliśmy po kilkunastu minutach jazdy z kampingu. Wstęp nie był wcale tani ( 35 000 pesos/osoba) ale opłata jest na szczęście jednorazowa bez względu na to ile dni spędza się na terenie parku. Niestety z rowerem mogliśmy dotrzeć tylko do pierwszego miejsca kampingowego, zwanego Canaveral. Udaliśmy się do centrum turystycznego, które tu się znajduje i nawet był tam facet mówiący po angielsku ale niestety jego zwierzchnik nie wyraził zgody na przechowanie naszego roweru. Trzeba więc było rozbić namiot w tutejszym obozowisku. Było tu spokojnie i cicho. Po południu poszliśmy na plażę. Po drodze mieliśmy szczęście, natknęliśmy się na dużą jaszczurę, dwa gatunki małpek i jakiegoś futerkowego gryzonia. Potem siedzieliśmy sobie na piasku i patrzyliśmy w morze. Byliśmy zachwyceni tutejszym otoczeniem. Przed nami piękne Morze Karaibskie a za plecami góry, porośnięte dżunglą, którą powstrzymuje dopiero plaża. Za plażą wkomponowane w górskie zbocze, stały budynki tutejszego luksusowego hotelu, które nie dość, że nie szpeciły, to jeszcze dodawały okolicy uroku. Park jest więc dostosowany do turystów o różnych potrzebach – są kampingi, hotele lub spanie w hamakach. Wieczór na plaży i przy zapachu morskiej wody totalnie odpręża ciało i duszę.

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, spakowaliśmy jedzenie i kostiumy kąpielowe do plecaka i ruszyliśmy ścieżką przez las do Cabo San Juan – najbardziej oddalonego miejsca na wybrzeżu w tej części parku. Po około godzinie marszu przez las dotarliśmy do plaży zwanej Arecifes, gdzie znajduje się drugie miejsce kampingowe oraz restauracja. Posiłki tutaj jednak nie są tanie (np. porcja ryżu z kurczakiem 18 000 pesos), więc jeśli chce się oszczędzać lepiej zaopatrzyć się w swój prowiant wchodząc do parku. Na tutejszej dużej, szerokiej plaży nie można się jednak kąpać, ze względu na niebezpiecznie duże fale i skały. Trzeba powędrować jeszcze około 20 min aby się dostać do plaży La Piscina, gdzie można nurkować  z maską i przyglądać się koralowcom (jednak trzeba mieć swój sprzęt). Plaże i tropikalne otoczenie parku są naprawdę śliczne. Wędrowaliśmy dalej, mijając po drodze jeszcze dwie cudowne, malutkie plaże, aż po około 20-30 minutach dotarliśmy do trzeciego obozowiska Cabo San Juan. Plaże są tu przepiękne, otoczone dżunglą, szumiącymi nad głową palmami i wielkimi głazami, które dzielą plaże na mniejsze, urokliwe zatoczki. Turkusowa woda przyjemnie chłodzi skórę i naprawdę niczego więcej nie trzeba nam było do szczęścia. Cały dzień spędzamy na plaży i kąpielach w morzu i mimo, że można stąd dojść jeszcze do miejsca w dżungli, gdzie znajdują się indiańskie ruiny zwane Pueblito Chairama, to po prostu nam się nie chciało, wystarczała nam cudowna, morska woda. Po południu wracaliśmy do naszego obozowiska a w drodze złapała nas burza i ulewny deszcz. Całą drogę przez las wędrujemy w deszczu. Na szczęście jest ciepło.

Dżungla, góry i plaże w Parku Tyrona nas zauroczyły. Świetne miejsce żeby trochę odpocząć i poleniuchować. Będąc w okolicy naprawdę warto tam zajrzeć. Kampingi są czyste i schludne. Nie wiemy jaki jest koszt kampingu, gdyż od nas nikt nie pobrał żadnej opłaty. Dopiero wyjeżdżając z parku zwróciliśmy uwagę na to, że przy polach namiotowych znajdują się kasy, więc biwakowanie jest z pewnością dodatkowo płatne. Ulewa była tak wielka, że pozalewała drogi w parku i następnego dnia żeby się dostać do plaży musieliśmy brodzić w wodzie a potem przejść przez hotelową restaurację. Siedzieliśmy sobie na pustej plaży i słuchaliśmy szumu fal i niezwykłych dźwięków wydawanych przez poruszane nimi ziarenka piasku. Nie chciało nam się jeszcze opuszczać tego miejsca ale wiedzieliśmy, że dłuższy pobyt nad morzem całkowicie by nas rozleniwił a przecież czekało na nas jeszcze wiele ciekawych miejsc…

Posted Sierpień 6, 2011 by D&P in Kolumbia

  8 komentarzy

Dibulla

Następnego dnia jechaliśmy za to bez pośpiechu a nawet trochę leniwie gdyż droga nie była już tak płaska i trzeba było wkładać więcej wysiłku w pedałowanie a poza tym było naprawdę gorąco. Mijaliśmy same małe wioski gdzie sklepów z żywnością było niewiele a owoców, na które miałam wielki apetyt wcale L Kolumbia jak na razie bardzo nam się podoba – dużo zieleni, ogromnych drzew, które dają miły cień przy drodze i mnóstwo ptaków. Po południu dojechaliśmy do rozwidlenia dróg i skręciliśmy z głównej trasy w kierunku morza do miejscowości Dibulla. Miałam wielką ochotę na kąpiel w Morzu Karaibskim. Dibulla to niewielka, spokojna mieścina nad morzem. Znaleźliśmy bardzo schludny i estetyczny kamping za 10 000 pesos/ 2 osoby. Szybciutko rozstawiliśmy namiot i poszliśmy nad morze. W balsku słońca woda miała śliczny kolor i przyjemnie można było się ochłodzić. O takiej kąpieli w morzu marzyłam od 4 miesięcy! W drodze powrotnej na kamping dorwał nas deszcz i wieczorem trochę popadało. W miasteczku są też sklepiki z żywnością i mogliśmy uzupełnić swoje nadwątlone zapasy prowiantu. Żywność jest tańsza niż w Wenezueli ale jak na razie nie możemy zbytnio zaoszczędzić gdyż musimy płacić za noclegi, bo tu w rejonach turystycznych nie da się spać na dziko ani u ludzi zbytnio też nie a w dodatku nasz filtr jest już na wykończeniu i przeważnie kupujemy wodę do picia. Powietrze tu jest gorące i wilgotne i Przemek znów narzekał, że nie może w nocy spać.

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku El Zaino, gdzie jest wjazd do Parku Tyrona. Jechaliśmy drogą równolegle do wybrzeża i czasem mieliśmy bardzo ładne widoki na morze, szczególnie kiedy szosa wspinała się w górę na wysoką skarpę. Wokoło mnóstwo zieleni, pięknych drzew oraz ptaków. Mijaliśmy małe wioski, w których było coraz więcej sklepików z żywnością a także owoce. Właśnie owoce są tutaj dosyć tanie i kiedy tylko trafiamy na sklepik zaraz kupujemy sobie jakieś banany, marcuje, papaje, ananasy albo arbuzy. Ostatnią noc przed wjazdem do Parku Tyrona spędziliśmy na kampingu nad rzeką. Właściwie o tym, że jest rzeka dowiedzieliśmy się dopiero rano, kiedy wstaliśmy. Późnym wieczorem gdy rozkładaliśmy namiot nie mieliśmy pojęcia w jakim otoczeniu się znajdujemy. Mieliśmy zamiar spać gdzieś na dziko ale się nie dało i jechaliśmy aż w końcu zrobiło się ciemno a wokół same domy i płoty. W końcu i tak musieliśmy zjechać na jakiś kamping ale rano stwierdziliśmy, że to całkiem miłe miejsce przy rzece i wśród tropikalnej zieleni i strasznie nie chciało nam się pakować. Podobało nam się ogromne drzewo, na którym znajdowały się aż trzy domki! Poszliśmy się wykąpać w rzece i grzebaliśmy się z pakowaniem, tak że w sumie wyjechaliśmy dopiero około południa.

A oto kilka przykładowych cen, które mogą się zmieniać w zależności od miejsca:

1$ = 1800 pesos czyli 1000 pesos = ok. 1.60 zl

  • banany małe (kiść od 8 do 14 sztuk) – od 1000 do 2000, najtańsze są w małych wioskach z dala od turystycznych miejsc

  • ananas – ok. 1000 pesos

  • arbuz ok.4 lub 5 kg – 4000 pesos

  • woda pitna 5 litrowa w worku – od 1800 do 3500 pesos

  • banan z grilla z serem – 1000 pesos

  • puszka z warzywami – 2400 pesos

  • muesli – 6900 pesos

  • tani ryż z kurczakiem w przydrożnej budzie – 5000 pesos

  • kamping w rejonie Santa Marty ok. 10 000/2 osoby ale przy samym morzu może kosztować nawet 12 000/osoba

Posted Sierpień 1, 2011 by D&P in Kolumbia

  7 komentarzy

Rio Hacha 25.07

Następnego dnia dotarliśmy do granicy. Na przywitanie na podróżnych czekała kasa, gdzie trzeba było uiścić podatek wyjazdowy w kwocie 75 bolivarów za osobę, dopiero za jakieś dwa kilometry przejście graniczne. Dostaliśmy najpierw pieczątkę wyjazdową z Wenezueli, potem wjazdową do Kolumbii i mogliśmy jechać dalej. Zatrzymaliśmy się jeszcze w miasteczku przygranicznym żeby wymienić pozostałe z Wenezueli bolivary na pesos. Znowu mały przeskok cenowy – teraz ceny są w tysiącach. wymieniliśmy kasę w tzw ”casa de cambio” bo na ulicy kurs wcale nie rewelacyjny a często ponoć krążą tam fałszywki. Jednak i tak wymiana Bolivarów zamiast dolarów to zawsze strata. Za 1$ płacili 1700 pesos a za 1 euro 2000 pesos. Ruszyliśmy dalej  a ponieważ było płasko i wiatr sprzyjający mieliśmy niezłe tempo. Jechaliśmy przez półwysep drogą prowadzącą w stronę Morza Karaibskiego do miasteczka o nazwie Riohacha. Upał niemiłosierny a po obu stronach drogi królują kaktusy i akacje. Półwysep zamieszkały jest przez indiańskie „comunidady” czyli społeczności, których chaty znajdują się wśród drzew. Pod wieczór dojechaliśmy do Riohacha po przejechaniu 140 km – to nasz rekordowy dystans w tej podróży. W miasteczku zatrzymaliśmy się w hotelu za 20 tys. pesos na nocleg i prysznic.

Posted Lipiec 27, 2011 by D&P in Kolumbia

Tagged with , , , ,

%d blogerów lubi to: