Archive for the ‘Ekwador’ Category

  1 comment

Z Guayaquil do peruwiańskiej granicy 25.09-28.09.2011

Zmierzając do Guayaquil napotkaliśmy parę rowerzystów, przejeżdżających obok samochodem z zapakowanymi z tyłu rowerami. Przemek wpadł na pomysł żeby zapytać ich o drogę do sklepu rowerowego. Chłopak z dziewczyną byli bardzo mili, zatrzymali samochód i narysowali nam na kartce jak dotrzeć do sklepu. Proponowali nam nawet podwiezienie do miasta ale podziękowaliśmy uprzejmie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu 30 kilometrów dojechaliśmy na przedmieścia. Znowu mijaliśmy piękne osiedla mieszkaniowe. Domy otoczone zielenią a zabezpieczenia jeszcze bardziej wymyślne – oprócz murów i strażników szlabany, oddzielny wjazd dla mieszkańców, oddzielny dla gości, których numery rejestracyjne wozów są spisywane przy bramie. Życie w izolacji – taka jest cena luksusu… Sklep rowerowy znaleźliśmy bez problemu, niestety okazało się, że i tu mają tylko te klocki hamulcowe, na które tak psioczyliśmy. Jednak w myśl zasady „lepszy rydz niż nic” zaopatrzyliśmy się w cztery komplety za całe 60 $. Dobrze, że nie jesteśmy w górach bo gdybyśmy trafili na stromy zjazd, to do wieczora pozostałoby po nich tylko wspomnienie. Przejazd przez tak duże miasto zabrał nam sporo czasu i nieźle nas wymęczył. Kiedy wreszcie udało nam się wyjechać poza metropolię i znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce, zatrzymaliśmy się zaraz na posiłek, bo już nieźle byliśmy przegłodzeni. Okolica za Guayaquil nie była ciekawa – głównie zakłady produkcyjne, potem pola i ubogie chaty na palach. Niektóre z nich sprawiały wrażenie, że przy mocniejszym powiewie wiatru się rozpadną. W żaden sposób nie przystawały do nich wielkie, przydrożne reklamy luksusowych mebli do salonów, na których pokładały się elegancko ubrane kobiety. Po południu dojechaliśmy do miejscowości 26 kilometr, skąd droga odchodziła na Naranjal. Na nocleg zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i nie dość, że mogliśmy sobie wziąć prysznic, to jeszcze zrobiliśmy sobie na kolacyjkę wołowinkę z cebulką i ryżem oraz surówkę z marchewki i jabłka 🙂 Wcześnie rano obudziły nas dwa przekrzykujące się koguty, które żyły sobie na stacji bez kur i pewnie dlatego takie były upierdliwe. Wyjechaliśmy około 8.00. Droga wiodła przez plantacje bananów i kakao oraz małe wioski, pojawiające się od czasu do czasu. Wkrótce dotarliśmy do Naranjal a w drodze nasz licznik wystukał nam 8000 kilometrów 🙂 Z tej to okazji zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na małe przekąski. Zamówiłam sobie sok z owoców kakao! Smakował lekko kwaskowato jak typowy sok owocowy i trudno byłoby się zorientować, że to kakao, gdyż ze smakiem kakaowym nie miał nic wspólnego ale ogólnie był dobry i orzeźwiający.

Następnego dnia zbliżaliśmy się do miasta Machala. Wjechaliśmy w plantacje bananów, które ciągnęły się przez około 60 kilometrów! Machala jest światową stolica bananów. Stąd owoce eksportowane są na cały świat. Widzieliśmy sporo drogich aut na szosie – widać, że właścicielom ogromnych plantacji nieźle się wiedzie. I pomyśleć, że tutaj na straganie można kupić kilogram bananów już za złotówkę a w polskich marketach ich cena wynosiła przed naszym wyjazdem przynajmniej cztery złote. Wśród tego morza bananowców znajdują się „wysepki” – chaty sklecone z desek, w których mieszkają pewnie pracownicy owych plantacji. Oni już żadnych większych dochodów z pracy na plantacji nie mają… Kupując w sklepie banany pewnie zaraz przypomnę sobie Ekwador i te ogromne bananowe pola tutaj.

Zamierzaliśmy dojechać do przejścia granicznego w Macarze, gdyż przejście w Huaquillas według LP ma bardzo złą sławę i jest podobno najgorzej zorganizowane i zatłoczone. Wymagało to dołożenia sporej ilości kilometrów lecz nie mieliśmy ochoty wjeżdżać do Peru w tłumie ciężarówek. Odbiliśmy więc w Santa Rosa w boczną drogę prowadzącą w stronę Macary. Jechaliśmy w górę rzeki przez 8 km a potem zatrzymaliśmy się na nocleg, na małej, osłoniętej polance, niedaleko drogi. Wieczorem zjawiła się na polance kobieta, która mieszkała po drugiej stronie rzeki. Zaprowadziła Przemka do miejsca, w którym rosły mandarynki i wrócił z pełną bluzą owoców. Kobieta powiedziała nam też, że mamy jeszcze około 300 km jazdy po górkach do Macary. Oczywiście traktowaliśmy to, co mówiła z dystansem, gdyż pytanie tutejszych ludzi o odległość właściwie nie ma sensu, jednak gdy skrupulatnie przyjrzeliśmy się naszej niezbyt dobrej mapie i przeanalizowaliśmy odległości, stwierdziliśmy, że kobieta może być bliska prawdy.  Nie nastrajało nas to zbyt optymistycznie, gdyż mogło oznaczać  kilka dodatkowych dni jazdy a nam zależało na czasie. Zarówno Peru jak i Bolivia mają latem porę deszczową, więc im dłużej będziemy się grzebać tym gorsza będzie czekać nas pogoda, szczególnie w górach. Poza tym od granicy i tak czekał nas zjazd nad ocean. Ostatecznie poszliśmy więc spać niezdecydowani co dalej. Jednak kiedy obudził nas deszczowy poranek postanowilismy jednak wrócić do Panamericany i jechać wybrzeżem. Tak też zrobiliśmy i ruszyliśmy w stronę granicy, do której mieliśmy raptem dwadzieścia kilka kilometrów. Po drodze spotkaliśmy kolejnych Sakowiczów. Byli to dwaj młodzi Amerykanie, nadjeżdżający z przeciwnej strony. Wyposażeni obaj w drogie rowery i sakwy, skórzane siodełka, krótko mówiąc, wyglądali bardzo profesjonalnie. I nawet byli sympatyczni. Porozmawiali z nami chwilę i podarowali nam mapkę topograficzną okolicy Cuzco ale niestety, choć nie lubię uogólnień, to jednak muszę stwierdzić, że jak to często w narodzie amerykańskim bywa, niezbyt rozumni to byli ludzie. Gdy stwierdziłam, że jeśli pojedziemy do Bolivi, na Uyuni, to pewnie będzie tam woda, to jeden z nich odparł mi na to, że ta woda i tak nie nadaje się do picia bo jest słona 🙂 Mówili nam też, o obszarze pustynnym w Peru ale, że szybko go przejedziemy, bo oni zrobili 160 km w jeden dzień – zapomnieli tylko dodać, że  jechali z wiatrem a nas czeka droga w przeciwnym kierunku… No ale Amerykańce to inna mentalność i tyle.

Do przejścia granicznego dotarliśmy popołudniu i trochę nas zaskoczyło. Zastajemy tam kompletny spokój a nawet pustkę! O żadnych tłumach nie ma mowy, droga bardzo dobra, wszelkie formalności załatwiane „od ręki” i bez problemowo w nowo oddanych do użytku budynkach. Ruch na drodze znikomy. Dostajemy pieczątki wyjazdowe z Ekwadoru i wjazdowe do Peru z wizą na 90 dni i możemy jechać dalej. Przed nami sporo kilometrów do przejechania po peruwiańskich drogach.

Posted Październik 6, 2011 by D&P in Ekwador

  2 komentarze

Ruta del Spondylus 16.09 – 24.09

Ruta del Spondyllus – tak nazywa się droga biegnąca w Ekwadorze wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Ludzie jednak mówią o niej Ruta del Sol i nam też bardziej utrwaliła się ta nazwa, może dlatego, że pamiętamy ją z Kolumbii i brzmiała znajomo. Jazda nad oceanem to naprawdę  przyjemność, pomimo pagórkowatego terenu i wiatru, który często utrudniał nam życie. Pogoda była dobra do jazdy a widoki na ocean sprawiały, że nie myślało się o zmęczeniu. Po raz pierwszy widzieliśmy Pacyfik w Mancie, w słońcu miał przepiękny, niebieski kolor. Wyjechaliśmy za miasto i zaraz otoczyły nas suche, pagórkowate tereny. Na drodze spokój, świeciło słońce lecz wiał tak silny wiatr, że ciężko było jechać. Zatrzymaliśmy się przy restauracji, której budowa jeszcze nie została ukończona, w miejscu zasłoniętym od wiatru, żeby coś przekąsić. Patrzyliśmy na błękitny, szumiący ocean i nagle tuż nad naszymi głowami pojawiły się fregaty. Szybowały bezgłośnie w powietrzu, unosząc się na wietrze jak latawce. Mają czarne, trójkątne skrzydła, spiczaste ogony i białe brzuchy. Nigdy wcześniej ich nie widziałam i stałam oczarowana patrząc jak „wisiały” w powietrzu na tle niebieskiej wody Pacyfiku. Wkrótce ruszyliśmy dalej. Droga prowadziła wśród wzgórz porośniętych suchymi krzakami i pojawiającymi się czasem drzewami bez liści, o masywnym pniu i rozłożystej koronie, które nazywają tu chyba „kapok tree”. Czasami biegła przy samym oceanie, to znów oddalała się od niego i jechaliśmy pośród wzgórz w szarym kolorze. Na nocleg zatrzymaliśmy się na pustkowiu, przy drodze za wałem ziemi, tak że byliśmy niewidoczni z drogi. W nocy wokoło panowała absolutna cisza, jakiej nie doświadczyliśmy już dawno – ani ptaków, ani samochodów ani ludzkich głosów słychać nie było. Następnego dnia dojechaliśmy już do małych wiosek, gdzie można było kupić wodę i coś do jedzenia. W pewnym momencie wjechaliśmy na górkę i nagle półpustynne obszary, które nas otaczały zmieniły się w zieloną okolicę z drzewami, śpiewem ptaków i kwiatami. Byliśmy zadziwieni taką nagłą zmianą na odcinku dosłownie kilometra! Jednak gdy tylko zjechaliśmy do oceanu znów otoczyły nas wysuszone wzgórza. Mijaliśmy małe rybackie wioski, gdzie ludzie żyją w bardzo skromnych, bambusowych chatach ale za to z przepięknym widokiem na ocean. Wokoło unosiły się zapachy smażonych ryb a piękne fregaty patrolowały wybrzeże szybując z wiatrem w poszukiwaniu resztek. Zatrzymaliśmy się na jedzenie w jednej z wiosek, gdzie rybacy wrócili akurat z połowu ryb. Niektóre złowione okazy były sporej wielkości. Na plaży zaś toczyła się walka o resztki między fregatami, które atakują z powietrza a sępami zabawnie biegającymi po piasku. Pod wieczór dojechaliśmy do miasteczka Porto Cayo, gdzie szukaliśmy jakiegoś kampingu. Miasteczko opustoszałe, zero turystów i puste plaże. Nie znaleźliśmy kampingu ale za to spaliśmy w bambusowej chacie na plaży, w której w sezonie mieści się mała restauracyjka a ponieważ teraz turystów brak, to właściciel udostępnił nam miejsce do spania za 5$. Z pomieszczenia na piętrze mieliśmy widok na ocean i kolację zjedliśmy sobie na balkonie a potem siedzieliśmy tam aż do zmroku, patrząc na szumiący ocean i rozkoszując się niesionym z wiatrem zapachem słonej, morskiej wody.

Kolejnego dnia przejechaliśmy tylko kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do wioski Machalilla – cicha mieścina z pustą plażą i bezludnymi hosteriami. Nam to jednak wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – byliśmy szczęśliwi, że nie ma tłumów. Przejechaliśmy przez wioskę i szukaliśmy wejścia do Parku Narodowego Machalilla, żeby przejść się na tamtejszą plażę. Przy tablicy informacyjnej z mapką pytamy gościa, który w międzyczasie zdążył się już pojawić którędy wchodzi się do parku, a on nam na to, że tutaj. Wydało nam się to podejrzane ale nic nie mówimy tylko słuchamy co też on nam zaproponuje. Usilnie dopytujemy się też gdzie jest plaża Los Frailes, a on pokazuje, że tam za klifami dojdziemy brzegiem morza. Chciał od nas po 5$ za wstęp a za nocleg na plaży i możliwość korzystania z jego prysznica w sumie 20$. Podziękowaliśmy oczywiście za taką „atrakcyjną” oferte i wróciliśmy do miasteczka gdzie wzięliśmy pokój w hotelu, a ponieważ jest po sezonie Przemek wytargował cenę z 20$ na 10$ J Teraz już było dla nas jasne, że operatywny pan z plaży próbował nas naciągnąć ale dzięki temu dowiedzieliśmy się jak dojść do plaży Los Frailes z pominięciem kasy biletowej, której umiejscowienie na dobrą sprawę nadal było dla nas tajemnicą. Wzięliśmy plecak z prowiantem i poszliśmy z powrotem w kierunku rzekomego wejścia do parku. Ponieważ akurat był odpływ rzeczywiście dotarliśmy bez większych problemów do miejsca zwanego „la Plaita” – małej plaży z czarnym piaskiem, leżącej na szlaku do Los Frailes. Stąd już ścieżką, na której były mapki informacyjne, powędrowaliśmy do Playa Los Frailes. Ładna, szeroka plaża, jednak ptaków, o których przeczytaliśmy w przewodniku nie było prawie żadnych oprócz parki przelatujących pelikanów ale pelikany można zobaczyć tu na wybrzeżu  prawie wszędzie. Był ciepły, słoneczny dzień i popołudnie spędziliśmy na leniuchowaniu na plaży. Miejsce ogólnie sympatyczne i na plaży jest też możliwość biwakowania, trzeba jednak pamiętać, żeby zabrać ze sobą jedzenie i wodę. Wróciliśmy już ścieżką, gdyż woda zaczęła się podnosić i mogłyby być problemy z powrotem wzdłuż wybrzeża. Szlak prowadził przez suche zarośla i kaktusy, gdzie unosił się intrygujący zapach jakichś roślin i ciche pohukiwanie ptaków. Dopiero w drodze powrotnej dowiedzieliśmy się gdzie jest kasa ale na wszelki wypadek zboczyliśmy ze szlaku i wąską ścieżką doszliśmy do głównej drogi. Bilet wstępu do parku kosztuje 2$ i można też dojechać do plaży szeroką drogą udostępnioną dla samochodów.

Ponieważ należało nam się trochę odpoczynku znów przejechaliśmy tylko kilkanaście kilometrów. Po drodze minęliśmy kolejne wejście do Parku Machalilla, które znajduje się w małej wiosce Aqua Blaca (wstęp 5$), dla tych którzy chcą zwiedzać część interior. Po krótkiej jeździe zatrzymaliśmy się w nieurodziwym miasteczku Puerto Lopez. Chaos i kurz ale mieścina turystyczna z marketem, mnóstwem hotelików, Internetem i agencjami turystycznymi. Znaleźliśmy miejsce w tanim, nieco spelunkowatym hotelu ( 5$/osoba ), prowadzonym przez Ukraińców i poszliśmy zaraz do miasta żeby wykupić sobie wycieczkę do nie lada atrakcji, która nas tutaj przygnała – obserwacja wielorybów. Tym razem skorzystaliśmy z usług agencji turystycznej i zapłaciliśmy po 40$ na głowę. Można kupić wycieczkę dużo taniej u nielicencjonowanych „naganiaczy”, którzy rano kręcą się przy plaży. W tym przypadku jednak nie chcieliśmy oszczędzać – łodzie to jest to czego nie znosimy najbardziej a u naganiacza czas przeprawy do wyspy Isla de la Plata, przy której najczęściej pojawiają się wieloryby może się sporo wydłużyć… No i udało się zobaczyć „humbaczki”! Cały dzień spędziliśmy na obserwowaniu wielorybów i zwiedzaniu wyspy. Wspaniałe uczucie zobaczyć te ogromne zwierzęta tak blisko, baraszkujące w wodzie. Wieloryby wyskakują z wody, odwracają się na grzbiet i puszczają w górę fontanny wody. Wystawiają płetwy i wielkie ogony ponad wodę. Są wspaniałe! Niestety bardzo trudno je sfotografować z łodzi ale można im się dobrze przyjrzeć. Zwiedzanie wyspy to też fajna sprawa, szczególnie dla wielbicieli ptaków. Zamieszkują ją dwa gatunki głuptaków, które czują się na tym terenie bardzo pewnie i nie uciekają przed ludźmi a niektóre nawet gniazdują na ścieżkach i trzeba im schodzić z drogi. Można z bliska podziwiać dorosłe osobniki wysiadujące jaja oraz opiekujące się pisklętami. Na jednej z samotnych plaż, pośród skał widzieliśmy tez słonia morskiego. Oprócz tego można popatrzeć na duże żółwie morskie, które pływają wokół łodzi cumujących przy wyspie, licząc na poczęstunek uradowanych turystów. Przy wyspie jest tez miejsce na snorkeling ale woda, jak to w oceanie – raczej chłodna. Rafa w tym miejscu nie jest tak śliczna, jak na przykład ta w Egipcie ale można zobaczyć kolorowe rybki i pojedyncze korale. Wieczorem jesteśmy wykończeni. Męczarnie na kołyszącej się na falach łajbie zmęczyły nas gorzej niż jazda przez strome góry. Oj nie było by z nas marynarzy, nie było! W miasteczku można też wypożyczyć kajaki i zastanawialiśmy się nad tym, czy następnego dnia nie wybrać się na kajak, gdyż wieloryby pojawiają się już kilka kilometrów od brzegu ale zrezygnowaliśmy. Po tych torturach na łodzi mieliśmy dość pływania i choć na kajaku nie groziła nam choroba morska, to jednak sam widok fal przyprawiał nas o zawroty głowy.

Po tym okropnym kołysaniu musieliśmy dojść do siebie i odpocząć. Znaleźliśmy sobie spokojne miejsce na plaży w wiosce Las Tunas. Właściciel posady pozwolił nam biwakować za darmo ale niestety kiedy zjawiła się jego żona zażądała od nas zapłaty 5$ za noc. Daliśmy babie kase i mieliśmy dwa dni odpoczynku. Plaża czysta i pusta, morze szumi a my nic nie musimy i nigdzie się nie spieszymy. Spędziłam dzień „dyndając” na hamaku, patrząc na ocean i ptaki. Stadka pelikanów przelatują w równiutkim rządku tuz nad grzbietem fali i w zależności od prądów powietrza i wysokości wykonują wszystkie te same manewry a gdy któryś zauważy rybę rzuca się zaraz dziobem w dół. W oddali, przy skalistej wysepce dostrzegliśmy też wieloryby, które wyskakują z wody. Wieczorem zrobiliśmy sobie kolację i leżeliśmy na plandece, patrząc na czarny, groźny ocean przed nami i na ogień pod czajnikiem, w którym bulgotała woda na herbatę.

Nadmorskie miejscowości turystyczne ciągną się przez jakieś 70 kilometrów od Puerto Lopez w kierunku południowym. Minęliśmy jeszcze kilka wypoczynkowych mieścinek a potem wjechaliśmy w już niezbyt atrakcyjne tereny – pola do odparowywania soli, porty i zakłady przemysłowe. Jednak wciąż jeszcze mieliśmy widoki na ocean, który w słoneczny dzień ma najpiękniejszy odcień błękitu, przepełnionego światłem. Czasem podczas jazdy przymykam sobie oczy chłonąc zapach oceanicznego wiatru i ciepłe promienie słońca, które ogrzewaja przyjemnie twarz. Mam wygodę – Przemek kieruje 🙂 Jestem szczęśliwa, że dotarliśmy aż tutaj i myślę ile jeszcze drogi przed nami i miejsc do zobaczenia. Nagle w oddali dostrzegliśmy większe miasto. Czyzby to już Santa Elena? Żeby nie powtórzyć starego schematu, że wjeżdżamy do miasta przed zmrokiem, zatrzymaliśmy się na nocleg przy drodze w jakimś opuszczonym domu. Zastanawiam się czy inni podróżnicy też biwakują w takich miejscach 🙂 My nauczyliśmy się, w razie konieczności, wyszukiwać miejsc na namiot w terenie albo opuszczonych domostwach a potem wystarcza nam dosłownie kilka minut, żeby zniknąć z drogi 🙂 Do Santa Eleny mielismy jeszcze około 20 kilometrów. W rejonie miasta, przy morzu mijaliśmy piękne osiedla mieszkaniowe. Bielusieńkie zabudowania lśniły w słońcu a ich okna spoglądały na ocean. Ładne, złote klatki dla zamożnych, otoczone grubym murem, który oddziela ich od reszty, już mniej piękniejszego świata. Tutaj droga odchodzi od oceanu w głąb lądu. Na krótki czas pożegnaliśmy się z Pacyfikiem. Rano wystartowaliśmy wcześnie i zmierzaliśmy „pełną mocą silników” do największego miasta w Ekwadorze – Guayaquil.

Posted Październik 1, 2011 by D&P in Ekwador

  Leave a comment

Gringos z dala od Panamericany 10.09 –15.09

Nazywają nas tu „Gringos”, co mnie raczej bawi niż irytuje, gdyż czuję się jak Mr Cejrowski wśród dzikich plemion a przecież cywilizacja tu już dawno dotarła 🙂 No ale cywilizacja niekoniecznie zmienia mentalność ludzi. Poza tym na takim pojeździe tylko obcy mogą jechać, bo tutaj tandemów się nie spotyka. Tak więc dotarliśmy do Latacungi, która niezbyt nam się podobała a ponieważ była jeszcze wczesna pora postanowiliśmy zaraz ruszać w dalszą podróż. Sporo czasu zajęło nam szukanie drogi, gdyż w mieście nie było żadnego oznakowania a każdy zapytany człowiek mówił co innego. W końcu jednak się udało i znaleźliśmy wyjazd. Panamericana pozostała za nami a szosa od razu się pogorszyła i musieliśmy oczywiście zaraz drałować pod górę ale za to ruch się zmniejszył. Wkrótce dotarliśmy do małego miasteczka Pujili, gdzie zrobiliśmy jeszcze jakieś niewielkie zakupy, nie mając świadomości, że kolejne będą nieprędko. Za miasteczkiem droga znów pięła się serpentynami do góry. Jechaliśmy powoli a ponieważ byliśmy już zmęczeni na nocleg zatrzymaliśmy się kilka kilometrów za miasteczkiem. Znowu wypatrzyliśmy jakiś opuszczony domek na zboczu góry, gdzie można było postawić namiot w miejscu osłoniętym od wiatru i niewidocznym z drogi. W dodatku mieliśmy stąd ładny widok na okolicę i majaczącą w oddali sylwetkę Cotopaxi, który ponownie raczył się wyłonić z chmur. Przy domku, na podwórku był też kranik, z którego „ciurkała” woda i przy odrobinie cierpliwości można sobie było napełnić butelkę.

Następnego dnia kontynuowaliśmy podjazd, który ciągnął się jeszcze bardzo długo. Kilkakrotnie myśleliśmy, że to już koniec a tu wciąż wyżej i wyżej. Widzieliśmy przed sobą górskie pasmo, czekające nas w drodze  na wybrzeże. Skończyły się wioski i otaczały nas pustkowia. Minęliśmy mały domek „artesanias de alpaca”, gdzie Indianie sprzedawali wyroby z alpaki – szale, czapki, poncho, bieżniki – bardzo ładne ale drogie. Mieli też gorącą kawę, którą wypiliśmy, żeby się rozgrzać i dojedliśmy swoje ciasteczka. Potem jechaliśmy dalej, wciąż pod górę. Byliśmy już naprawdę wysoko i zrobiło się bardzo zimno. Wokoło nie było  żadnych sklepików ani hoteli tylko pojedyncze indiańskie domki na zboczach porośniętych brunatną trawą, mogliśmy wreszcie odetchnąć od zgiełku Panamericany. Po dwudziestu kilometrach podjazdu wjechaliśmy na wysokość około 4000 m n.p.m. Zadziwiły nas pola uprawne na tej wysokości, znajdujące się na tak stromych stokach, że aż trudno pojąć, iż ktoś jest w stanie je ręcznie obrobić. Na zboczach, przy domkach pasły się futrzaste lamy i przyglądały się z zaciekawieniem naszemu dziwnemu pojazdowi. Domki były małe, niskie, jakby przycupnięte z malutkimi okienkami, żeby zminimalizować utratę ciepła. Z kominów wydobywały się smużki dymu, a w środku, na palenisku palił się ogień i krzątali się Indianie owinięci w ciepłe, wełniane poncha. Zastanawiałam się jak to jest mieszkać tutaj, w tej surowej krainie i każdego dnia wstawać rano, pracować w polu i doglądać zwierząt a potem grzać się przy ogniu. Z dala od wielkich miast, tutaj życie płynie chyba spokojnie ale każdy dzień jest podobny do poprzedniego a większość tych ludzi nie podróżowała pewnie dalej niż do sąsiedniej wioski. Nie, to jednak nie dla nas. Znowu zjechaliśmy na dół i zatrzymaliśmy się w opuszczonym domku, żeby schronić się przed wiatrem i zagrzać sobie ciepły posiłek na palniku. Przy drodze zobaczyliśmy drogowskaz do „posady”, jedynej jaka była w tej okolicy. Postanowiliśmy do niej zajrzeć, bo baterie w naszym aparacie się rozładowały i nie mogliśmy już zrobić żadnych fotek a widoki na okolicę były przepiękne. Niestety cena 35$ za osobę była dla nas nie do przyjęcia ale okazało się, że przy posadzie jest również kamping za 3$/osoba i zostaliśmy w tym miejscu na nocleg a właściciele (nie Indianie) udostępnili nam prysznic z ciepłą wodą i gniazdko do prądu, gdzie mogliśmy naładować baterie i komputer. Wieczorem zaczął wiać silny wiatr ale mieliśmy nadzieję, że maszty w naszym starym namiocie to wytrzymają i wytrzymały na szczęścieJ Noc była zimna – spaliśmy w śpiworach w grubych polarach, getrach i czapkach. Rano wiatr nadal wiał, coś w rodzaju naszego halnego ale my już się zdążyliśmy przyzwyczaić do chłodnych poranków i wieczorów a goście z posady wychodzą zziębnięci i mówią do nas, że jest „mucho frio” czyli bardzo zimno. Tego dnia jeszcze dwukrotnie wjechaliśmy na wysokość 4000 metrów, no i myślałby kto, że jedziemy nad morze J Dotarliśmy też do małego miasteczka w górach, gdzie mogliśmy kupić jedzenie, gdyż nasze zapasy się już kończyły. Przy tak intensywnym pedałowaniu i chłodzie potrzebowaliśmy dużo energii i pochłanialiśmy jeszcze więcej jedzenia niż zwykle. Za miasteczkiem czekał nas jeszcze jeden wysoki podjazd ale już ostatni. Z góry widać było doliny tonące w chmurach. Wieczorem słońce oświetliło je na purpurowo – przepiękny widok. A przed nami był zjazd z gór, który miał nas doprowadzić na wybrzeże. Ubraliśmy się w spodnie, kurtki, czapki, polary i ruszyliśmy w dół. Przed nami było około 60 kilometrów zjazdu! Z 4000 m zjechaliśmy następnego dnia na 88m! Już po kilku kilometrach jazdy w dół zaczęło się robić wokół zielono. Po tej stronie gór odsłaniała się żyzna, zielona kraina. Potem pojawiły się drzewa i słychać było śpiew ptaków a jeszcze niżej poczułam ciepłe, wilgotne powietrze i wokoło rosły już bananowce i palmy. Cudowne uczucie 🙂 Niestety droga w dół nie była wcale taka miła i przyjemna i choć po ciężkim pedałowaniu zasłużyliśmy sobie na to, żeby siedzieć na rowerze, zjeżdżać przez sześćdziesiąt kilometrów i podziwiać widoki, to oczywiście pojawiły się problemy. A właściwie jeden problem, który nazywał się hamulec… Otóż nasz tandem z pełnym załadunkiem, jak można sobie wyobrazić, sporo waży. To mocno obciąża hamulec, tym bardziej, że mamy tylko przedni. Zawsze staramy się mieć w zapasie klocki hamulcowe, które w tandemie zużywają się szybciej niż w zwykłym, lżejszym rowerze a tutaj owe klocki to niestety poważny problem. Właściwie porządne były tylko w Brazylii a dokładnie w Santarem – wytrzymałe i odporne a tutejsze to po prostu szmelc. Po przejechaniu ledwie sześciu kilometrów na dół nasz hamulec był na wykończeniu. W tym czasie zdążyliśmy zużyć trzy komplety wspomnianych klocków, które znikały w okamgnieniu! Na tym nasz zapas się wyczerpał. Droga prowadziła stromymi serpentynami w dół i na nic zdało się hamowanie butami, przywiązywanie pod podeszwy starych opon i inne kombinacje. W końcu pozostało nam tylko prowadzenie roweru, które męczyło nas bardziej niż jazda pod górkę. Szliśmy więc z rowerem, marudząc, że mamy pecha. Na szczęście z czasem stromizna drogi złagodniała a Przemek znalazł jeszcze jakieś stare, mocno już zdarte klocki hamulcowe z Polski, które z powrotem założył i mogliśmy znów jechać. Błyskawicznie przybywało kilometrów! Dojechaliśmy do miasta La Mana a potem kolejnych małych miasteczek. To była wspaniała droga przez góry i choć trzeba było mocno się przykładać do pedałowania nie żałujemy ani jednego przejechanego kilometra. Zjazd z Panamericany właśnie w tym miejscu to był świetny wybór! Tymczasem wokoło plantacje bananów i kakao. Było ciepło ale pochmurnie. Ja czułam się świetnie a Przemek narzekał, że za gorąco i że znowu komary gryzą J Na nocleg zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, przy plantacji bananów, gdzie mogliśmy wziąć prysznic. Dziwne uczucie – z kranu leciała chłodna woda a mi nie było zimno…

Andy zostały za nami. Jechaliśmy i mieliśmy przed sobą prostą drogę – żadnych podjazdów ani wjazdów. Pogoda była doskonała do jazdy, ciepło ale pochmurno. Mijaliśmy małe miasteczka i jedno większe – Quevedo ale nawet tu nie było nigdzie nieszczęsnych klocków hamulcowych. Na razie jednak radziliśmy sobie jakoś. I nagle, hm… coś pagórkowato się zrobiło. Jedna górka, druga, zjazd, potem coraz większe wzniesienia. Tak, po przejechaniu około 50 km równą drogą znowu wjechaliśmy w góry! Nie były to wprawdzie czterotysięczniki ale i tutaj trzeba było nieźle pedałować. Od razu tempo jazdy spadło a do tego droga bardzo kiepska, odcinkami w ogóle bez asfaltu. Minęliśmy kolejne nieco większe miasto o nazwie Pichincha i po przejechaniu około 15 km zmęczeni zatrzymaliśmy się na nocleg w domku na palach przy drodze. Takie się tu chatki buduje ale nie ze względu na podmokły teren, może raczej żeby chronić domostwa przed robakami, które mają przez to utrudniony dostęp do podłogi…Także bardzo ciekawa jest konstrukcja tych domostw. Słupy są betonowe. na nich są położone drewniane, wcale nie zbyt grube, belki a na tych belkach muruje się ceglane ściany, Co prawda na tzw. szóstkę ale ściany z cegły trochę ważą. W kilku domach widzieliśmy już takie belki nadgryzione przez termity i zostały one wzmocnione w kilku miejscach słupami z bambusa 🙂 Wieczorem do właścicielki przyszły sąsiadki i wszystkie razem przyglądały się bacznie i z zachwytem Przemkowi, który gotował obiad na palniku a potem jeszcze naczynia pozmywał! Pewnie zazdrościły mi męża 🙂 Właścicielka zaproponowała nam kąpiel, z której chętnie skorzystaliśmy, choć Przemek się śmiał, że wniebowzięte kobitki pewnie będą go podglądać. W różnych miejscach już się podczas naszej podróży kąpaliśmy a tu jeszcze jedna ciekawostka. Otóż kąpiel odbywała się na balkonie zrobionym z bambusa, gdzie stała beczka z wodą. Polewało się ciało wodą, która przez bambusową podłogę spływała na dół, na ziemię. A w międzyczasie cała rodzinka, sąsiadki oraz teściowie z powodu naszego przybycia mieli temat do rozmowy!

Rano dostaliśmy jeszcze na drogę pomarańcze od sąsiadki i ruszyliśmy dalej przez wzgórza. Po drodze minęliśmy jakieś małe miasteczko, gdzie zaopatrzyliśmy się w prowiant i dostaliśmy od sprzedawczyni flagę Ekwadoru, do kolekcji na maszcie przyczepki. Znowu niezłą sensację wzbudzaliśmy naszym pojazdem i ciągle byliśmy fotografowani, to chyba dlatego, że lubimy się „wozić” takimi mało uczęszczanymi drogami. Do Portoviejo – dużego miasta na trasie prowadził stromy podjazd, gdzie po obu stronach szosy leżały tony śmieci, zdechłe psy, krowie łby i inne okropności, które skutecznie motywowały do tego, żeby nie odpoczywać po drodze. Niestety znowu było już późno i nie mieliśmy czasu na szukanie sklepu rowerowego. Przejechaliśmy przez chaotyczne, hałaśliwe miasto i pedałowaliśmy pod wiatr, ile sił w nogach, żeby zdążyć przed zmrokiem wyjechać za przedmieścia i znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Tego dnia jechaliśmy w sumie 7 godzin i to był najdłuższy czas jazdy, jak do tej pory. Na wybrzeże dotarliśmy dopiero następnego dnia. W drodze przejeżdżaliśmy przez Monte Cristi, gdzie wyrabia się ręcznie kapelusze typu „panama” i podobno tutaj można je kupić najtaniej na świecie, jak przeczytaliśmy w LP – już poniżej stu dolarów… karamba! Potem znowu mieliśmy podjazd pod wiatr. W trakcie pedałowania spotkaliśmy kolejnego „sakwowicza” z Francji. Też podróżował z niewielkim bagażem a zdążył już przejechać Afrykę, choć nie należał do młodzieniaszków. No i to nam się podobało 🙂 Wreszcie wczesnym popołudniem dotarliśmy do dużego miasta portowego Manta. Byliśmy nad oceanem i teraz czekała nas jazda wzdłuż wybrzeża Pacyfiku ale jeśli myślicie, że to koniec pedałowania po wzgórzach, to jesteście w błędzie! Czasem sama się zastanawiam skąd mam tyle siły? Naprawdę nie wiem. Myślę, że to ciekawość świata dodaje nam energii, ciekawość co będzie dalej, za następnym zakrętem…

Posted Wrzesień 26, 2011 by D&P in Ekwador

  5 komentarzy

Przez góry do Latacungi 31.09-10.09.2011

Dojechaliśmy do miasteczka przygranicznego Tulcan i kupiliśmy mapę – nienajlepszą ale tylko takie mieli więc musi nam wystarczyć. W Papelarii (papierniczym) powiedzieli nam o cmentarzu, który właściwie jest jedyną ciekawostką w Tulcan. Pojechaliśmy zatem na cmentarz i rzeczywiście byliśmy zachwyceni ogrodem z iglakami w najprzeróżniejszych kształtach. Ogrodnik wykazał się prawdziwym kunsztem w formowaniu żywopłotu w indiańskie wzory oraz postacie ludzi i zwierząt. Cały czas jednak przepadywał deszcz. Poszliśmy na Internet, żeby go przeczekać ale po dwóch godzinach nadal siąpiło więc założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i pojechaliśmy dalej. Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnej jadłodajni, gdzie zjedliśmy kurczaka z ryżem i napój za 1.50$/ porcja! W międzyczasie przestało kropić i ruszyliśmy drogą w górę. Z Tulcan leżącego na wysokości ok. 2900 m. n.p.m. wjechaliśmy na 3345 i kiedy już dojeżdżaliśmy do szczytu zaczęło porządnie lać. Przemoczyło nas dosyć szybko do przysłowiowej „suchej nitki”, a potem na zjeździe tak przewiało, że nie byliśmy w stanie dalej jechać. Musieliśmy zatrzymać się w hotelu w pierwszej napotkanej mieścinie, która nazywała się Huaca, żeby się wysuszyć i rozgrzać. Następnego dnia od samego rana świeciło słońce ale nie chciało nam się wcześnie wstawać. Byliśmy już trochę zmęczeni jazdą bez odpoczynku przez prawie miesiąc i trochę zniechęceni pogodą. Zanim zjedliśmy sobie śniadanie i się spakowaliśmy było już ok. 11.00 i po przejechaniu kilku km zaczęło lać. Tym razem nie mieliśmy zamiaru przemoknąć więc schowaliśmy się we wiacie na przystanku i jeszcze przykryliśmy folią, żeby nam deszczem nie zawiewało. Tak przesiedzieliśmy dwie godziny czekając aż przestanie padać ale nie przestało. Kiedy więc deszcz trochę się zmniejszył pojechaliśmy dalej. Minęliśmy miejscowość San Gabriel a potem dojechaliśmy do Bolivar, gdzie zatrzymaliśmy się w restauracji na obiad. Na zjeździe tuż przed Bolivarem osiągnęliśmy znów prędkość ponad 80 km i wyprzedziliśmy ciężarówkę 🙂 W drodze przestało padać i znów wyszło słońce! Później gdy podjeżdżaliśmy z miasteczka pokazała nam się przepiękna tęcza nad Bolivarem. Droga wiodła przez góry i mieliśmy śliczne widoki na okolicę – nareszcie słoneczną. Wiał dosyć silny wiatr ale to nam już nie przeszkadzało, najważniejsze, że nie padało! Tego dnia zatrzymaliśmy się na nocleg przy drodze, obok domku, którego właściciele właśnie wrócili z pola. Widok na otaczające nas góry był niesamowity a wieczór choć chłodny, to jednak bez deszczu i słoneczny.

Z naszego miejsca noclegowego zjechaliśmy do miasteczka położonego nad rzeką na wysokości 1580m. Od razu zrobiło się tak ciepło, że trzeba było natychmiast pozdejmować bluzy. Na niebie świeciło słońce i aż miło było jechać, choć wiedzieliśmy, że znów czeka nas ostre pedałowanie, żeby podjechać, to co zjechaliśmy. W dolinie mijaliśmy kilka małych miasteczek i „hostali” z basenami. Wokół rozciągały się pola, gdzie uprawia się warzywa i trzcinę cukrową. Zielona, spokojna okolica – sielanka po prostu. No ale do czasu. Wkrótce oczywiście zaczął się podjazd. Pedałowaliśmy ostro, żeby wyjechać naszym ciężkim pojazdem na górę ale przy każdym spojrzeniu w dół widzieliśmy jak szybko nabieramy wysokości. Wjechaliśmy na suche tereny, pełne kwitnących opuncji i wysuszonych traw. Krętą drogą wjechaliśmy na wysokość ponad 2300m n.p.m. Minęliśmy górskie jeziorko, gdzie można się zatrzymać i popływać kolorowym rowerem wodnym i wkrótce potem niespodziewanie dotarliśmy do Ibarry. Nie pierwszy raz odległości pokazywane na drogowskazach nie zgadzały się z rzeczywistością. Chcieliśmy zatrzymać się na nocleg przed miastem i dopiero rano wjechać do Ibarry, żeby spokojnie zrobić zakupy i poszukać sklepu rowerowego. Na to było już jednak zbyt późno. Kupiliśmy tylko trochę jedzenia w przydrożnym sklepiku, przekąsiliśmy małe co nieco i pojechaliśmy dalej. Czekał nas jeszcze niezły podjazd żeby wyjechać poza przedmieścia…

Kolejnego dnia dojechaliśmy do sympatycznej, turystycznej mieściny – Cotacachi. Sprzedają tu wyroby skórzane, pamiątki, są też markety spożywcze, sklepy z owocami i hotele. Miasteczko upodobali sobie starsi Amerykanie, których kilku widzieliśmy na ulicy. Rozmawialiśmy też z parą emerytów, którzy powiedzieli nam, że mieszkają w tej spokojnej miejscowości od czterech lat. Pozostali też nie wyglądali na turystów. No cóż ich emerytury zapewniają im tutaj z pewnością dostatnie życie. Zaopatrzyliśmy się w prowiant na dwa dni i pojechaliśmy w stronę Laguny Cuicoche. Czekało nas ponad 13 km pedałowania pod górę do wygasłego wulkanu, w kraterze którego znajduje się bardzo ładne jezioro. Wstęp do rezerwatu kosztował 2$/osoba. Znalazło się też miejsce dla naszego namiotu i to za darmo z pięknym widokiem na lagunę i góry oraz okoliczne wioski. Wokoło cisza i spokój – to chyba najpiękniejsze miejsce w jakim do tej pory spaliśmy. Wieczór i noc były chłodne ale trudno się dziwić – byliśmy na wysokości 3116m n.p.m.

Jednak rano obudziło nas piękne słońce. Spakowaliśmy trochę prowiantu i picia do plecaka i poszliśmy ścieżką prowadzącą w górę, wokół laguny. Doszliśmy do miejsca, z którego widoczny był wąski przesmyk pomiędzy dwiema wysepkami na jeziorze. Po drugiej stronie natomiast mieliśmy widok na wysoki szczyt, spowity śniegiem. Znaleźliśmy wygodne miejsce na łące nad brzegiem krateru, w dole którego falowała leciutko modra woda laguny i siedzieliśmy, patrzyliśmy, drzemaliśmy i zjedliśmy nasz prowiant. Było cudownie troszkę odpocząć po niemal miesiącu ciągłego pedałowania. Tego dnia pogoda była wyśmienita a widoki na lagunę przepiękne. Następnego ranka wyruszyliśmy dalej w drogę. Mieliśmy problem ze znalezieniem drogi do Otavalo spod Laguny Cuicoche i w sumie wróciliśmy spowrotem do Cotacachi i dopiero stamtąd dojechaliśmy do Panamericany a potem dalej do miejscowości Otavalo. Spokojne miasteczko, które przypadło nam do gustu zatrzymało nas na chwilę. Pełno w nim tradycyjnie ubranych kobiet – w długich spódnicach, haftowanych bluzkach i czepcach na głowach. Najpierw kupowaliśmy jedzenie, potem szukaliśmy sklepu rowerowego, żeby kupić nowe klocki hamulcowe. W sumie Przemek kupił i klocki i cały hamulec, który przy naszym ciężkim pojeździe dostaje niezły wycisk, zwłaszcza, że mamy tylko przedni, bo choć opony 28 cali są dostępne już od Kolumbii, to wciąż jedziemy na mniejszym kole, założonym w Brazylii, które się całkiem dobrze trzyma i szkoda nam go wyrzucać. W Otavalo poszliśmy też na mały ryneczek, gdzie sprzedają regionalne wyroby. Było tu sporo fajnych i oryginalnych rzeczy ale nie mamy miejsca w sakwach, żeby wozić jakiekolwiek zbędne obciążenie, tak więc zaopatrzyliśmy się tylko w ciepłe czapki i rękawiczki dla mnie. Na nocleg zatrzymaliśmy się u sympatycznego Indianina, który pozwolił nam postawić namiot obok swojego domu, przy którym miał też pole, gdzie dojrzewały pyszne, czerwone truskawki. Skubnęłam kilka i tak mnie rozochociły, że zaraz następnego dnia kupiłam mały koszyczek i zrobiłam dla nas sałatkę truskawkowo-bananową ze słodką śmietanką 🙂 A w drodze nasz licznik wybił nam 7000 km 🙂 Musieliśmy też dokonać pierwszej, poważniejszej naprawy naszej przyczepki, która pękła i właściwie nie było możliwości dalszej jazdy. Indianin wytłumaczył nam jak dojechać do spawacza i przyczepka została naprawiona a w dodatku spawacz zalutował nam też dziurkę w rurce palnika i teraz działa jak należy.

Panamericaną przejechaliśmy tylko kawałek a już zdążyła nas zmęczyć – ruch duży a my wolimy jazdę przez małe, ciche wioski a nawet pustkowia a nie autostrady i duże miasta, w których jazda rowerem to żadna przyjemność. Postanowiliśmy więc ominąć Quito, które dla nas nie ma nic specjalnie atrakcyjnego do zaoferowania, oprócz tego, że jest stolicą, co czyni je dodatkowo bardziej niebezpiecznym niż inne metropolie. W dodatku Quito jest usytuowane w ten sposób, że ciągnie się pomiędzy górami przez 60 km, co w takim terenie praktycznie wyklucza przejechanie miasta w jeden dzień i wyjechanie daleko za przedmieścia, gdzie można by bezpiecznie postawić namiot. Oczywiście można wziąć hotel i zwiedzić miasto ale my zdecydowanie wolimy innego typu atrakcje.  Jednakże gdy odbiliśmy z Panamericany, ruch niewiele się zmniejszył. Droga, która jechaliśmy okrążała Quito od wschodu, jednak w tak bliskiej odległości, że kierowcy właściwie wykorzystują ją jako obwodnicę miasta. Źle nam się jechało – nawierzchnia była w zkiepskim stanie a w dodatku otaczały nas same warsztaty, zakłady, pył i kurz. Zupełnie jak na przedmieściach jakiegoś brzydkiego, przemysłowego miasta. Z daleka widzieliśmy lotnisko i zabudowania w Quito ale potem pojawił się ciekawszy widok – ośnieżony, spowity chmurami wulkan. Mijaliśmy też pola i wielkie szklarnie, które stanowią pewnie zaplecze żywieniowe dla wielkiego miasta. W takim otoczeniu znalezienie miejsca na nocleg było bardzo trudne. Wreszcie wyjechaliśmy jednak dalej i zatrzymaliśmy się na spanie w Indiańskim „comunidadzie”. Mieliśmy pewne opory wkraczając na ich teren ale poszliśmy do pierwszej z brzegu chaty, przy której widać było sporą połać trawnika. Stara Indianka przyjęła nas bardzo życzliwie i nie dość, że zgodziła się bez problemów na postawienie namiotu, to jeszcze zaproponowała miejsce bliżej swojego domu a dalej od hałaśliwej drogi mówiąc, że tu jest „seguro” znaczy bezpieczniej. Gdy rozkładaliśmy namiot przyglądało nam się dwóch indiańskich urwisów oraz urocza wnuczka seniory, która wciąż nawoływała do nas „hola!”. Rano zjedliśmy śniadanko, dostaliśmy wodę pitną od seniory Indianki, która uściskała nas życzliwie na pożegnanie i ruszyliśmy dalej. Niestety w kierunku Panamericany, do której musieliśmy wrócić. Po południu dojechaliśmy do miejscowości Sangolqui, gdzie zrobiliśmy zakupy w wielkim supermarkecie Santa Maria. Przy wyjeździe z miasta mijaliśmy szkołę, z której „wysypały” się dosłownie tłumy uczniów – zupełnie jak na pochodzie czy jakiejś defiladzie a wszyscy oczywiście w jednakowych mundurkach. W Europie to i z kilku wielkich metropolii nie nazbierałbyś tylu uczniów co tu w jednym, niewielkim miasteczku. Po drodze dopadła nas burza. Schowaliśmy się pod daszkiem w przydrożnej restauracji, żeby znów całkowicie nie przemoknąć. Patrzyłam na grill i kotły, które stały przy drodze i uwijające się przy nich kobiety, nakładające gotowane warzywa i grillowane mięso na talerze i pomyślałam sobie – macie kobitki szczęście, że nie mieszkacie w Polsce. Sanepid i Urząd Skarbowy w oka mgnieniu puścił by was z torbami! Zresztą taki los czekałby niechybnie z 70% tutejszych lokali gastronomicznych i wszelkich innych zakładów usługowych, niestety. To byłby dopiero krach! Kiedy przestało padać pojechaliśmy dalej. Ruch na drodze nas wnerwiał ale żeby zjechać z Panamericany nad morze musieliśmy dotrzeć do Latacungi.

Minęliśmy miasto Machachi a droga wciąż wiodła do góry i pedałowaliśmy powoli. Kiedy wreszcie wtoczyliśmy się na górę po raz pierwszy podczas tej wyprawy spotkaliśmy na drodze „Sakowiczów”, jadących rowerami z przeciwnej strony. Chłopak z dziewczyną byli francuskiej narodowości. Szczęściarze mieli rowery z niewielkimi sakwami i bagażniki też niezbyt załadowane, jakby wyjechali na kilkudniową wycieczkę. A okazało się, że chłopak jest już w podróży od roku a dziewczyna dołączyła do niego kilka miesięcy temu. Przy nich nasz obładowany pojazd wyglądał niemalże jak tir z naczepą J W niewielkich sakwach mogli mieć co najwyżej ubrania i jakieś drobne przekąski, gdyż żadne śpiwory, namioty, gary ani zapasy żywieniowe by się tam nie zmieściły. No ale za to portfel musieli mieć duuużo zasobniejszy od naszego J Biorąc pod uwagę ilość bagażu było oczywiste, że śpią  w hotelach i żywią się w restauracjach a nie „koczują” pod namiotem, tak jak my. Rozmawialiśmy chwilę i Francuzi powiedzieli nam, że nie widzieli ani Chimbarazo ani Cotopaxi, który jest w chmurach. No i rzeczywiście wkrótce dotarliśmy do rejonu Parku Narodowego Cotopaxi a wulkanu nie było widać. Dopiero po kilkunastu minutach w górze, miedzy chmurami zamajaczyła na chwilę śnieżna kopuła i stąd wiedzieliśmy w którym miejscu się znajduje. Postanowiliśmy dać mu szansę i zaczekać do następnego dnia, żeby zobaczyć „bestię’. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na nocleg, mimo, że była dopiero 14.00. Kiedy rozkładaliśmy namiot na tyłach stacji Przemek stwierdził: „widzisz, a Francuzi nie mają takiego komfortu – nie mogą się zatrzymać, gdzie im się podoba” Faktycznie, trudno się było z nim nie zgodzić 🙂 No i mieliśmy nosa z tym miejscem na nocleg. Po południu chmury się rozstąpiły i wulkan pokazał się nam w całej okazałości a wieczorem pijąc gorące kakao podziwialiśmy go oświetlonego promieniami zachodzącego słońca z wejścia do naszego namiotu. To był dopiero komfort i to wszystko za darmo 🙂 Tej nocy spaliśmy na wysokości 3514m n.p.m.

Ponieważ następnego dnia po widoku na Cotopaxi zostało nam tylko wspomnienie zrezygnowaliśmy z wejścia do parku. Wstęp kosztuje 10 $ a jak za chodzenie we mgle to raczej wygórowana cena. Wsiedliśmy więc na rower i przez dwadzieścia kilometrów „turlaliśmy” się na dół z górki. Zatrzymaliśmy się w niezbyt urodziwym mieście – Latacunga. Wreszcie przyszedł czas na opuszczenie Panamericany!

MAMY PROBLEM Z NASZYM LAPTOPEM. ZLAPALISMY JAKIEGOS WIRUSA POPRZEZ PENDRIVE Z CAFEJKI INTERNETOWEJ. UNIEMOZLIWIA NAM PRZEGRANIE ZDJEC Z KARTY APARATU DO KOMPUTERA. ZABLOKOWAL NAM DOSTEP DO FUNKCJI ADMINISTRATORA I NP NIE MOZEMY WEJSC W OPCJE FOLDEROW. WYSKAKUJE NAPIS NIE MASZ UPRAWNIEN ADMINISTRATORA. PROGRAM ANTYWIRUSOWY W OMPIE JUZ STRACIL WAZNOSC. CZY PODLACZAC SIE DO INTERNETU DO WI-FI I AKTUALIZOWAC PROGRAM ANTYWIRUSOWY? NIE CHCEMY STRACIC ZDJEC I FILMOW KTORYCH MAMY W SUMIE OK 40 GB!! pOTRZEBYJEMY FACHOWEJ RADY CO Z TYM FANTEM ZROBIC. W PRZECIWNYM RAZIE NIE BEDZIE RELACJI ANI ZDJEC AZ DO POWROTU DO POLSKI 😦

Posted Wrzesień 9, 2011 by D&P in Ekwador

  8 komentarzy

Mokre i zimne piekło Dantego czyli jak dotarliśmy do Ekwadoru … 22.08-31.08.2011

Nie było innego wyjścia jak tylko poszukać jakiegoś noclegu w mieście. Musieliśmy kupić prowiant na dalszą drogę a już nadchodził wieczór, w dodatku znów zaczęło kropić. Młoda dziewczyna sprzedająca owoce poczęstowała nas ananasami a potem zaprowadziła do taniego hotelu. Zapłaciliśmy 8000 pesos za dwie osoby czyli niecałe 13 zł! No ale jaka cena, taki standard i choć nam naprawdę wtedy niewiele było potrzeba, to jednak ten przybytek nawet naszych skromnych wymagań nie zaspokoił. Pokój znajdował się w pomieszczeniu przerobionym z garażu, w którym oprócz łóżka poniewierał się duży, ogrodowy grill i stara lodówka z nadpsutym jedzeniem w środku. Ścianki pomiędzy pokojami zrobione były z cienkiej dykty, która nie sięgała nawet do sufitu, a więc nie było żadnego wyciszenia dźwięków z sąsiednich pomieszczeń. Obok nas pracowała pilnie pani, która przyjmowała klientów i chcąc nie chcąc musieliśmy się przysłuchiwać wszystkim towarzyszącym temu procederowi odgłosom. Łóżko stało zaraz przy ścianie i raz po raz jakiś rozochocony kochanek w szale namiętności z głośnym hukiem uderzał w ściankę z dykty… W kolejnym zaś pokoju jakaś mocno „uduchowiona” rodzinka na cały regulator wysłuchiwała religijnych pieśni z płyty i głośno śpiewała. Najpierw myśleliśmy, że może rodzice celowo zagłuszają odgłosy pracującej pani, żeby dzieci nie słyszały ale nie – rano kiedy była cisza a my smacznie spaliśmy rodzinka znowu włączyła swój repertuar robiąc nam wczesną pobudkę a potem ojciec, też bardzo głośno, żeby przekrzyczeć hałasujące dzieci czytał fragmenty z Biblii. Nie wiemy co było dalej w repertuarze, bo czym prędzej się spakowaliśmy i opuściliśmy to miejsce  Deszcz znów padał całą noc i cały dzień. Zrobiliśmy zakupy w mieście i poszliśmy jeszcze skorzystać z Internetu a potem w deszczu ruszyliśmy w drogę. Zaraz za miastem zaczął się dosyć stromy podjazd a na domiar złego po kilku kilometrach jazdy skończył się asfalt. No cóż … nie chcieliśmy jechać Panamericaną tylko spokojniejszą drogą, prowadzącą koło górskiego jeziora zwanego Laguna de La Coche, to teraz trzeba było ponieść tego konsekwencje. Jechaliśmy powoli w gęstej mgle i mżawce ale potem droga stała się tak kamienista, że pozostało nam tylko pchanie roweru pod górkę. Padało cały czas i ciężko było nawet znaleźć jakieś miejsce, żeby zjeść posiłek. W końcu trafiliśmy na ławkę pod daszkiem. Po chwili postoju zrobiło nam się zimno w kompletnie przemoczonych ubraniach i mokrych stopach w sandałach, gdyż kilkakrotnie trzeba było przechodzić przez spływające z gór potoki z lodowatą wodą. Zrobiliśmy sobie na palniku ciepły posiłek i zaraz musieliśmy maszerować dalej, żeby znowu nie zmarznąć. Na nocleg zatrzymaliśmy się przy drodze. Kiedy rozstawiliśmy namiot byliśmy już całkowicie zziębnięci i trzęśliśmy się jak galareta. Natychmiast przebraliśmy się w namiocie w suche ubrania i zrobiliśmy sobie ciepłe jedzenie. Dzięki temu rozgrzaliśmy się po wejściu do śpiworów a na zewnątrz zimno i wciąż padało. Następny dzień to była dokładnie powtórka – pchanie roweru od rana do popołudnia w deszczu i mgle, w sandałach. Oprócz tego repertuar powiększył się o jeszcze jedną „przyjemność” – rano, po wyjściu z ciepłych śpiworów, trzeba było się ubrać w mokre i zimne ubrania, które przemoczyliśmy wczoraj. Nie było sensu zakładać suchych, których mamy po jednej parze na zmianę, gdyż od rana padało i było wiadomo, że po pewnym czasie też będą kompletnie przemoczone. Makabra prawdziwa. Nie mieliśmy jednak wyboru. Trzeba było dotrzeć do granicy a do San Francisco, pierwszej wsi przy drodze nie było żadnych hoteli ani nawet domów. Na myśl o spaniu w całkowicie przemoczonym namiocie wstrząsał mną dreszcz. Mieliśmy jednak szczęście i tego dnia dotarliśmy do drewnianej chaty z werandą przy drodze, w której spędzało noce dwóch tubylców, pracujących w okolicy. Zgodzili się bez problemu, żebyśmy postawili namiot na werandzie, pod dachem. Wreszcie mogliśmy spokojnie się rozpakować i nie padało nam na głowę. Oczywiście najpierw musiałam zdjąć mokre rzeczy bo znów w momencie zrobiło się makabrycznie zimno. Wieczorem jednak przestało padać i namiot trochę się przesuszył. Zjedliśmy gorącą kolację ale ponieważ wciąż mieliśmy wilgoć wewnątrz namiotu, spaliśmy przy otwartym włazie, żeby go przewietrzyć. Ziąb ciągnął niesamowity od gór! Trzeba było ubrać na siebie dwa polary i ciągle chować głowę w kaptur, żeby nie zmarznąć w śpiworze. Brrr…  Na nasze szczęście rano wyszło słońce. Odsłonił się widok na otaczające nas góry. Wywiesiliśmy wszystkie przemoczone rzeczy na sznurku w słońcu i sami grzaliśmy się z prawdziwą przyjemnością. Potem znów pchaliśmy mozolnie rower w górę przez cały dzień bo nie dało się jechać po kamieniach. Tym razem jednak było znacznie przyjemniej bo świeciło słońce i mieliśmy piękne widoki na okolicę. Droga jest naprawdę fajna, jeśli jedzie się terenowym samochodem, pewnie nawet górskim rowerem bez bagażu dałoby się przejechać… Pnie się do góry lub schodzi na dół serpentynami wokół górskich zboczy oferując panoramiczne widoki na okolicę, jeśli tylko ma się szczęście na słoneczną pogodę… Pod wieczór szczęście uśmiechnęło się i do nas. Dwóch chłopaków mówiących nawet po angielsku, zatrzymało się i wzięło nas na pakę swojego samochodu. Podwieźli nas do San Francisco, gdzie zaczynał się asfalt. Tak więc ostatnie dwadzieścia kilometrów widokowej drogi do San Francisco przebyliśmy samochodem, natomiast przez ponad czterdzieści pchaliśmy rower… Do miasteczka dotarliśmy już po zmroku, znowu nieźle zziębnięci gdyż po drodze na pace trochę nas przewiało, pomimo wyjątkowo ładnej tego dnia pogody. Na wysokości ponad trzech tysięcy metrów wieczorem momentalnie robi się chłodno. W San Francisco zatrzymaliśmy się w hotelu, gdyż o szukaniu miejsca na namiot po ciemku i w zimnie nie było mowy. Zapłaciliśmy 15000 za pokój ale mieliśmy prysznic z ciepłą wodą i mogliśmy się rozgrzać. Zrobiliśmy też sobie ciepłe jedzenie na palniku w łazience. W trakcie konsumpcji naszej kolacji pękła decha i zarwało się łóżko! Aleśmy się uśmiali 🙂 Na szczęście zarwało się na samym dole, w okolicy naszych stóp i mogliśmy jeszcze na nim spać…

Rano znów obudził nas deszcz, potem trochę się przejaśniło ale później w trakcie jazdy znów kropiło. Do San Francisco zjechaliśmy ponad kilometr i teraz za leżącymi w dolinie wioskami czekał nas mozolny podjazd. Po ostrym, męczącym pedałowaniu wjechaliśmy na wysokość 2815 m n.p.m. Ponownie otoczyła nas mgła z mżawką i tak już do końca dnia. Namiot rozstawiliśmy na nocleg w ruinach domku przy drodze. Po raz kolejny byliśmy przemoczeni do przysłowiowej „suchej nitki” i zmarznięci. Na zewnątrz było 13 stopni. Rozgrzało nas tylko gorące jedzenie. Niestety rano było jeszcze gorzej Zapchała się dysza palnika i mogliśmy zapomnieć o grzaniu! A więc trzeba było wstać, ubrać się w wilgotne ubrania do jazdy i najeść się krakersami z marmoladą i ciastkami a potem spakować rzeczy i złożyć namiot, w deszczu i zimnie oczywiście. Czuliśmy się jak w jakiejś makabrycznej szkole przetrwania. Czekał już na nas dalszy ciąg podjazdu ale ponieważ znów skończył się asfalt, to ponownie trzeba było rower pchać pod górę, co jest znacznie bardziej męczące i zajmuje więcej czasu niż gdybyśmy jechali. Pożytek z tego był jednak taki, że w końcu się rozgrzaliśmy. Na górze była mała gar-kuchnia, gdzie sprzedawali „cuy asado” czyli pieczeń ze świnki morskiej. Brrr… Na szczęście były też tutejsze arepy, nie tak dobre jak te w Wenezueli, przypominały raczej nasze racuchy i była też gorąca kawa. Wreszcie coś ciepłego tego dnia! Po południu, po pokonaniu przełęczy o wysokości 3200 m n.p.m. dojechaliśmy do ślicznej Laguny de La Coche i zarazem do kolejnego odcinka asfaltu. Laguna de La Coche to jedno z największych jezior w Kolumbii. Jest bardzo ładnie położone pośród gór i znajduje się na nim wiele niewielkich wysepek, które są małymi rezerwatami ale należą do prywatnych właścicieli. W dole przy jeziorze znajdują się wioski, gdzie można wypożyczyć łódkę i popływać po jeziorze oraz zwiedzić wysepki. Nam jednak wystarczyło popatrzeć. W dolinie było tak zimno, że na myśl o pływaniu po jeziorze dostawaliśmy dreszczy. Po drodze kupiliśmy smaczny ser  i przy okazji spytaliśmy kobietę czy możemy postawić namiot na trawie obok jej domu ale nam odmówiła, mówiąc, że mamy zjechać do hotelu w wiosce bo jest za zimno. No to zjechaliśmy. Na dole ludzie w czapkach, rękawiczkach, opatuleni w grube wełniane peleryny a my zmęczeni, przemoczeni i zmarznięci i jedyny ciepły posiłek tego dnia to była kawa. Masakra! Zatrzymaliśmy się koło wulkanizatora i Przemek próbował pod ciśnieniem przepchać nieszczęsną dyszę od palnika ale nic z tego  Za to jak nas zaczęło trząść z zimna przez tę chwilę postoju, to od razu zaniechaliśmy spania w namiocie. Poszliśmy do hotelu i mimo kąpieli w gorącej wodzie, bez ciepłego jedzenia tak trudno było mi się rozgrzać, że spałam w łóżku w śpiworze i polarze. Kiedy następnego dnia rano usłyszeliśmy, że za oknem pada deszcz to po prostu nas wykręciło na samą myśl o wyjściu ze śpiworów! Poszliśmy rano do cafeterii gdzie była gar-kuchnia na piecu i kupiliśmy arepy i gorące mleko, które zrobiliśmy sobie z muesli na śniadanie, żeby nas za chwilę nie wstrząsneło zimno. Przemek wrzucił też nieszczęsną dyszę od palnika do pieca, żeby wypalić to, co ją zapchało. Ten zabieg przyniósł jako taki efekt, później znów było przepychanie pod ciśnieniem, opukiwanie i wreszcie się rurka udrożniła ale powstał inny problem – od podgrzewania w piecu zrobiła się w niej dziurka i teraz palił się duży płomień, bo z boku benzyna uciekała… Przemek stwierdził, że trzeba zalutować. Ale skąd my tu lutownicę mielibyśmy wziąć? Po wyjeździe z wioski znów wspinaliśmy się na górkę na ponad trzy tysiące metrów a zaraz potem zjazd na dół do miasta Pasto. No i mieliśmy tu spędzić przynajmniej jeden nocleg u faceta z „couch surfing” ale nie mogliśmy się z nim skontaktować bo w San Francisco i sąsiednich wioskach nie było prądu i Internet nie działał. Tak więc musieliśmy jechać dalej. Zatrzymaliśmy się tylko przy „panaderii” znaczy piekarni, żeby zjeść po obwarzanku i napić się kawy a potem znowu w górę, teraz już Panamericaną. Spaliśmy tego dnia w namiocie przy drodze. Palnik jako tako działał więc mogliśmy coś zjeść a temperatura na zewnątrz 10 stopni. A ja przecież tak nie cierpię zimna! Następnego dnia ponownie musieliśmy pokonać ponad 3200 metrów wzniesienia, żeby za chwilę mieć zjazd ponad 23km długości. Ten zjazd sprowadził nas na wysokość 1780 m n.p.m gdzie zrobiło się naprawdę ciepło! Lecz przejście graniczne znajduje się na wysokości 2900 m więc czekały nas kolejne podjazdy. W końcu po południu dojechaliśmy do granicy z Ekwadorem. Do odprawy czekała kolejka samochodów, jak u nas na przejściach w czasach komuny. Na szczęście my na rowerze przejeżdżamy poza kolejką. Bez żadnych problemów załatwiliśmy sobie pieczątki na granicy, choć wyglądaliśmy już jak obdartusy, gdyż po ponad tygodniu jazdy w ciągłym deszczu nie sposób było czegokolwiek wyprać i wysuszyć. Wjechaliśmy do Ekwadoru z nadzieją na lepszą pogodę. Od granicy znów pedałowaliśmy ostro do góry. Ponieważ zostały nam jeszcze pesos z Kolumbii a Przemek czuł się mocno zmęczony postanowiliśmy wydać je na hotel. Przy granicy, jak to zwykle bywa, można jeszcze płacić w walucie sąsiedniego kraju. Gdy wjechaliśmy na górę było już późno a jedyne, co znaleźliśmy przy drodze to był motel na godziny. Przemek był tak zmęczony, że nie miał ochoty szukać niczego innego, tym bardziej, że pokoje w motelu były niemalże luksusowe  Zapłaciliśmy więc 22000 pesos i mogliśmy zostać w tym przybytku rozkoszy na całą noc do godz. 8.00 rano. To był naprawdę pełen wypas! Duże łoże, czysta pościel, barek w pokoju, lustra na ścianie i na suficie. Kabina prysznicowa z gorącą wodą w pokoju i to w dodatku z przezroczystej pleksi,  żeby jeszcze bardziej rozgrzać kochanków przed uciechami cielesnymi. Na ścianie TV i video z płytą i filmem porno a na stoliczku prezerwatywy i karta dań, które można telefonicznie zamówić i dyskretnie podadzą ci przez okienko w drzwiach. No więc czego tylko dusza zapragnie…

A rano przed ósmą obudził nas odgłos deszczu za oknem…

 

Posted Sierpień 31, 2011 by D&P in Ekwador

%d blogerów lubi to: