Archive for the ‘Chile’ Category

  Leave a comment

Do Puerto Natales – szkoły przetrwania ciąg dalszy…  5.04- 12.04.2012

 

Rozpoczynał się kolejny tydzień naszego pedałowania przez zimną, jesienną Patagonię. Zazdrościliśmy tym, którzy w tej niegościnnej krainie mieli szczęście przebywać latem lub wiosną, kiedy jest cieplej a niebo wciąż nie jest zakryte chmurami, przynoszącymi opady. Wilgoć, zimno i wiatr to najgorsi wrogowie rowerzysty, a jeśli ci wrogowie nie opuszczają cię tygodniami, to trzeba mieć w sobie naprawdę wiele samozaparcia, żeby z nimi walczyć.  Nie myśleliśmy więc o tym, ile kilometrów jeszcze przed nami ale o tym, że za kilkanaście dni powinniśmy dotrzeć do lodowców i po raz kolejny w tej podróży podziwiać przepiękne widoki…

 

W Porvenir schowaliśmy się przed huraganowym wiatrem za budynkiem straży pożarnej, na reprezentacyjnym trawniku, na którym stał zabytkowy wóz strażacki. Byliśmy dozgonnie wdzięczni strażakom, że pozwolili nam na taką „fanaberię” i obiecaliśmy, że wcześnie rano usuniemy namiot z trawnika. Nie było zresztą innej opcji bo obudził nas odgłos nieziemskiego szarpania naszym „domem”. W nocy wiatr zmienił kierunek i gdyby nie nasz własny ciężar pewnie namiot wraz z nami znalazłby się z  powrotem w budzie na pustkowiu, z której uciekliśmy wczoraj 🙂  Rozpoczęliśmy natychmiastową ewakuację a ponieważ zwijaliśmy obozowisko po raz kilkusetny w trakcie tej podróży, mimo huraganowego wichru działaliśmy sprawnie, szybko i bez słów.

Uliczkami  spieszyli do pracy ludzie opatuleni w zimowe kurtki, a wicher miotał obłokami kurzu i śmieci, uderzając nimi wściekle o ściany budynków i o nas rzecz jasna. Mimo wczesnej pory trafiliśmy na otwarty mały sklepik, z którego rozchodził się cudowny, aromatyczny zapach pieczywa! Weszliśmy zaraz do środka, by kupić trochę jedzenia i ogrzać nasze zziębnięte ciała. Uprzejma starsza Pani przygotowała nam empanady na ciepło i byliśmy już niemalże w euforii. Ale jak to bywa, szczęście czasem krótko trwa.  Wkrótce trzeba było wyjść na zewnątrz i ruszać do portu. A tam wichura tylko czekała, żeby nas dorwać w swoje szpony! Droga do portu prowadzi wzdłuż wybrzeża i chociaż odległość wynosi nie więcej niż jakieś 5 km, to jak nietrudno sobie wyobrazić, nawet tego dystansu nie byliśmy w stanie przejechać. Co więcej – sam marsz w połączeniu z pchaniem roweru był niesamowitym wyzwaniem. Wlekliśmy się w wichurze, zataczając i próbując utrzymać równowagę, dławiąc się własnymi kołnierzami, które wiatr wtłaczał nam do ust lub zaciskał na gardle blokując oddech…

Mieliśmy szczęście. Poprzedni kurs promu był odwołany ze względu na sztorm. Nam na szczęście udało się odpłynąć za 5500 pesos chilenos na osobę. Rower przewieziono gratis. Żegnaliśmy więc Ziemię Ognistą – zimną, odludną, smaganą wiatrem krainę i zaraz zapadliśmy w sen – byle tylko jakoś przetrwać ten rejs na wzburzonej wodzie bez choroby morskiej.

 

W Punta Arenas, znaleźliśmy kemping przy hostalu Independencja ( cena 2500 pesos na osobę). Mimo przejmującego zimna na podwórku stało kilka namiotów, nie byliśmy więc jedynymi desperatami, choć oprócz nas tylko młodzież miała zacięcie do biwakowania… W końcu była już prawie Wielkanoc i mało kto miał ochotę spędzać taki dzień w zimnym namiocie. Nam wystarczyło, że mieliśmy osłonę przed wiatrem, dostęp do ciepłego prysznica w hostalu i dostęp do kuchni! Jednakże pierwszeństwo korzystania z tego zacnego pomieszczenia mieli goście hostalu. Mogliśmy zatem obserwować niefrasobliwość i brak wyobraźni grupki Niemców oraz angielskiej lady, którzy to przeciągali w nieskończoność swoje biesiady i dyskusje przy stole zakrapiane winem, nie bacząc na tłoczących się po kątach bądź przy kuchence „ludzi z namiotów”, którzy usiłowali sobie przyrządzić jakiś posiłek a w dodatku byli zziębnięci…

Odwiedziliśmy też kościół w Punta Arenas. Symboliczny Grób Pański był znacznie skromniejszy niż te przygotowywane w polskich świątyniach, zwykle udekorowane mnóstwem żywych kwiatów, podczas gdy tutaj nie było ani jednego. Wiele było za to grzejników w kościele, poustawianych między ławkami, tak że nikt z przybyłych nie musiał marznąć. W Polsce ciepło w kościele zwykle bywa pobożnym życzeniem i zdaje się, że to właśnie grzejniki sprawiły iż podziwialiśmy ten grób przez dłuższy czas J Wieczorem natomiast na ulicach miasta odbywała się procesja. Uczestnicy nieśli pochodnie oraz figurę Jezusa i Matki Bożej. Śpiewano też pieśni, które wydały nam się ładniejsze niż nasze polskie – raczej żywe niż smętne i bardziej melodyjne, choć usłyszeliśmy też popularną „Barkę”, którą i u nas chętnie się śpiewa.

Niestety z powodu świąt nie udało nam się zrobić żadnych zakupów w tutejszych lumpeksach, zwanych „Ropa Americana”, na które liczyliśmy. To, co zostało z naszych ubrań po tylu miesiącach podróży, nie chroniło już ani przed deszczem ani tym bardziej przed zimnem. Na razie trzeba się jednak było zadowolić tym, co mieliśmy i następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę przez patagońskie pustkowia. Przy wyjeździe z miasta trafiliśmy jednak na sklepy „zona franca” (strefy wolnocłowej), które były otwarte i jako wielkanocny prezent w jednym z nich, kupiliśmy sobie termos. Miło robiło się na samą myśl, że teraz w ciągu dnia będziemy się wreszcie mogli napić gorącej herbaty! Od wielu dni bardzo nam tego brakowało. Wkrótce wyjechaliśmy z miasta na pastwę wiatru, który znów smagał nasze twarze i przewracał rower. I tak pedałując spędzaliśmy kolejne godziny. Po przejechaniu ledwie 35 km byliśmy już mocno zmęczeni. Na szczęście trafiliśmy na posterunek policji na pustkowiach, gdzie chilijscy carrabinieros zaoferowali nam miejsce na nocleg w jednym z małych domków, przeznaczonym do remontu. Stanowił dla nas świetne schronienie – nie trzeba było rozstawiać namiotu i mieliśmy spokój z wiatrem.

Wicher wył całą noc, szarpał dachem i oknami. Przywykliśmy już do tego wycia, chociaż czasem, kiedy człowiek budził się w nocy odgłos wiatru hulającego po otaczających nas pustkowiach napawał niepokojem. Myślało się wtedy z obawą czy rano będzie można jechać, ile jeszcze kilometrów do najbliższej ludzkiej osady, czy wystarczy nam jedzenia albo czy namiot wytrzyma szarpiącą nim wichurę.

Słysząc odgłos wiatru nie spieszyliśmy się rano. Zjedliśmy solidne, wielkanocne śniadanie ale wiedzieliśmy, że przy takim wietrze pedałowanie wymaga tyle wysiłku, że nie będziemy w stanie jechać dłużej niż kilka godzin. Jednak takiej Wielkanocy nie mieliśmy jeszcze na swoim koncie. Wkrótce trzeba było prowadzić rower gdyż wiatr uniemożliwiał jazdę. O jego sile niech świadczy fakt, że nawet na zjeździe rower trzeba było pchać! A przecież z całym załadunkiem oraz łącznie z nami ważył ponad dwieście kilogramów i mimo wszystko wiatr powstrzymywał go przed zjazdem ze wzgórza! Mieliśmy przy tym wrażenie, że uduszą nas nasze własne kurtki, pozapinane pod szyją. W tą wielkanocną niedzielę przebyliśmy 25 km a średnia prędkość wynosiła 5km/h. To był najgorszy wynik od początku podróży. Nawet przy stromych podjazdach w Andach, mocno załadowanym rowerem nie jechaliśmy tak wolno!

Jednak ku naszemu zadziwieniu w ciągu kolejnych dwóch dni wiatr był znacznie słabszy. W te pędy zwijaliśmy obozowisko i ruszaliśmy w drogę by jak najwięcej przejechać. Gorąca herbata z termosu skutecznie nas rozgrzewała a w otoczeniu zaszły sprzyjające nam zmiany. Pojawiały się wzgórza i grupy drzew, które wytłumiały wiatr. Zadziwiały nas również papugi, które żyją w tych rejonach. Były co prawda mniej barwne lecz poza tym niczym nie różniły się od swoich pstrokatych koleżanek i cieszyły nasze oczy. Te ptaki zawsze kojarzyły nam się ze zdecydowanie cieplejszymi okolicami ale jak widać radziły sobie i w tym klimacie. Czasem spotykaliśmy też stadka strusi, które pędząc wzdłuż drogi, zawsze przywoływały uśmiechy na naszych zmarzłych twarzach. Niestety kiedy wiatr wreszcie nieco odpuścił, dopadła nas awaria. W drodze złamała się rura pod siodełkiem Przemka. Nie było to wprawdzie zdarzenie na tyle poważne by uniemożliwić nam jazdę ale wystarczające by uczynić ją zupełnie niekomfortową.  Trzeba było maksymalnie obniżyć siodełko i w takiej niewygodnej pozycji „ na żabę” musieliśmy jechać dalej. Po drodze była mała wioska Moro Chico ale bez sklepu rowerowego, który pomógłby rozwiązać nasz problem. Mimo tych niedogodności liczył się tylko fakt, że mniej wiało i zrobiliśmy zawrotny dystans 80 km! Następnego dnia niestety wiatr powrócił w towarzystwie opadów. Nie był na szczęście tak silny byśmy nie mogli jechać, choć bolały nas dłonie i pośladki od jazdy w niewygodnej pozycji na obniżonym siodełku Przemka a co za tym idzie również mojej kierownicy. Wieczorem dotarliśmy jednak do Puerto Natales.

 

Puerto Natales

To małe miasteczko położone nad morzem. Raczej spokojne i bez wielkiego ruchu samochodowego, choć w sezonie z pewnością sporo tu turystów. Wokoło wiele hostali, biur podróży i sklepików z pamiątkami a także market, w którym można się zaopatrzyć w żywność. Są również sklepy ze sprzętem turystycznym i biwakowym (oczywiście w zawrotnych cenach) a nawet pralnie samoobsługowe. Jest więc wszystko, czego może potrzebować potencjalny turysta. Stąd też wyrusza większość zorganizowanych wycieczek do Torres del Paine.

Zadomowiliśmy się na jednym z kempingów w mieście, w cenie 3500 pesos na osobę. Tym razem byliśmy jedynymi biwakującymi w przenikliwym zimnie, w związku z tym mieliśmy swobodny i stały dostęp do toalety i prysznica a i w kuchni w hostalu nie było tłoku, więc nie mogliśmy narzekać. W mieście znalazł się też sklepik rowerowy, gdzie udało się kupić nieszczęsną rurę do siodełka oraz kilka innych, niezbędnych rzeczy, co oczywiście zaraz nadszarpnęło nieco nasz budżet. Nie mieliśmy jednak serca odmówić kilku nowych części naszej „biciklecie”, która tak wytrwale przemierzała z nami Patagonię,. W związku z tym zrezygnowaliśmy z zakupu nowej odzieży dla siebie lecz wybraliśmy się wreszcie do przybytków zwanych „ Ropa Americana”, gdzie udało nam się wyszukać kilka ciepłych ubrań trekkingowych w dobrych cenach. Pospacerowaliśmy też trochę po mieście ale zimno raczej do tego zniechęcało. Mieliśmy również czas na odpoczynek wieczorem, na syty, gorący posiłek przygotowany w ciepłej kuchni i na gorący prysznic przed spaniem a potem buch do śpiwora 🙂

Reklamy

Posted Listopad 3, 2014 by D&P in Chile

Tagged with , , ,

  Leave a comment

Droga powrotna – Tierra del Fuego po raz drugi 25.o3-4.04.2012

Świadomość, że czeka nas jeszcze wiele tygodni jazdy przez bezludne, zimne i wietrzne pustkowia pojawiała się złowieszczo w naszych głowach we wszystkich najtrudniejszych momentach. Oprócz wysiłku fizycznego, jaki wkładaliśmy w codzienne pedałowanie Patagonia wymagała od nas ogromnej wręcz determinacji. Nie mieliśmy jednak wyboru. Jeśli już dojechaliśmy na „koniec świata” teraz trzeba się było z niego jakoś wydostać. Czasem zasypialiśmy wspominając gorące, brazylijskie noce lecz odgłos wycia wiatru, zamiast tropikalnej muzyki świerszczy nie pozwalał nam zapomnieć gdzie jesteśmy…

 

Noc spędziliśmy w lesie około 2 km przed Przełęczą Garibaldiego a poranek był nieprzyjemnie chłodny i wilgotny. Zmierzaliśmy w stronę Tolhuin w pochmurnej pogodzie. Momentami pojawiało się jednak słabe słońce i wtedy otaczający nas jesienny krajobraz naprawdę zachwycał. Wystarczyło jednak, że słońce z powrotem schowało się za chmury i zaczął padać deszcz a świat wydawał się miejscem bardzo nieprzyjaznym. Wieczorem, gdy dotarliśmy do miasteczka spotkała nas jednak cudowna niespodzianka. Być może los zsyłał nam takie podarunki by podtrzymać naszą wolę jazdy 🙂

Podjechaliśmy zziębnięci pod Panaderię La Union, żeby kupić pieczywo, kiedy niespodziewanie sprzedawca poinformował nas, że piekarnia ma darmowy pokój dla rowerzystów! Dostaliśmy smaczny obiad, miejsce do spania i możliwość wzięcia gorącego prysznica. Nawet nie marzyliśmy o czymś tak wspaniałym. Wieść o Panaderii La Union jest stale przekazywana wśród przemierzających te pustkowia rowerzystów. Nam też wspominano o niej wiele miesięcy temu ale z czasem ta informacja wyleciała nam z pamięci i tego dnia gościnność właściciela była dla nas czymś najbardziej niespodziewanym, co spadło jak „grom z jasnego nieba”.  Na ścianie w pokoju dla rowerzystów, który znajdował się pośród worków z mąką, widniało mnóstwo wpisów. Były to podziękowania dla Emila – właściciela piekarni od podróżników rowerowych, którzy byli tu przed nami. Znalazła się również księga, pełna  podziękowań ludzi, którzy tak jak my, z zimnej, wietrznej krainy, znaleźli się nagle w ciepłym, suchym miejscu i w dodatku dostali pożywny, ciepły posiłek. My również zostawiliśmy swój wpis z podziękowaniami dla człowieka o otwartym sercu, który każdego roku uszczęśliwia swoją gościnnością dziesiątki przemierzających te niegościnne rejony rowerzystów.

Rano ruszyliśmy dalej. Las się przerzedził a wiatr stał się znów bardziej dokuczliwy. Znaliśmy już drogę, którą przecież pokonywaliśmy po raz drugi, dzięki temu łatwiej nam było rozplanować jazdę. Wiedzieliśmy, że nie możemy wyjechać poza granicę drzew przed nocą, ponieważ nie znajdzie się tam już miejsca osłoniętego od wiatru, w którym dałoby się postawić namiot. Minęliśmy kapliczkę Difunty Correra, około 10 kilometrów za Tolhuin, gdzie jest blaszany domek, nadający się na obozowisko dla tych, którzy jadąc w przeciwnym kierunku, nie zdążyliby dotrzeć do Panaderii La Union. Po południu zatrzymaliśmy się na nocleg przy granicy drzew. Przejechaliśmy tego dnia niewielki dystans ale czuliśmy zmęczenie a dalej były już tylko pustkowia i wiatr, wiatr, wiatr…

Następny dzień upłynął na zmaganiu się z wichurą.  Po wyjechaniu poza ostatnie grupy drzew na otwarty teren, mimo, że pedałowaliśmy z całych sił, nasze tempo znowu spadło do zaledwie 6-7 km na godzinę.  W miarę jak mijały kolejne godziny dnia wiatr miał tendencję do nasilania się. W dodatku zmienił się nieco kierunek i już nie dmuchało nam centralnie w twarz ale lekko z boku. Paradoksalnie to jeszcze bardziej utrudniło nam życie. Przemek męczył się całymi godzinami by utrzymać duży tandem na kursie i musieliśmy robić częste przerwy bo z wysiłku drętwiały mu ręce. Silniejsze podmuchy kilkakrotnie przewróciły rower. Jednak wychodziliśmy z upadków bez szwanku i za każdym razem kiedy się pozbieraliśmy, uparcie jechaliśmy dalej. Najbardziej jednak szkodziły nam nadjeżdżające z naprzeciwka wielkie tiry. Kiedy się zbliżały w twarze uderzała nas ściana wiatru tak silna, jakby trafiało się głową w mur. Potem samochód odcinał na chwilę wiejący ukośnie z naszej lewej strony wicher, co powodowało takie zawirowania powietrza, że nie byliśmy w stanie kontrolować roweru, który za każdym razem tracił równowagę i się przewracał. Jedynym sposobem na uniknięcie wywrotki było zatrzymywanie się na widok każdej zbliżającej się wielkiej ciężarówki. Ale to niestety bardzo nas spowalniało. 

Kolejne dwa dni spędziliśmy u naszej zaprzyjaźnionej rodzinki w Rio Grande. Ciepło, jedzenie, ciasto, pranie i prysznic. Wszystko w samą porę bo Przemka przewiało i właśnie brało go zaziębienie. Dwa dni komfortu wystarczyły by stanął na nogi. W rewanżu ostatniego dnia przygotowaliśmy całej rodzinie polskie śniadanie: bliny, sałatka warzywna z majonezem i twarożek z zielonym szczypiorkiem. Byli bardzo zaskoczeni ilością jedzenia! Wcale nas to nie dziwiło – znamy już argentyński zwyczaj posilania się kawą i jakąś drożdżówką lub dwoma tostami z dżemem J Potem pożegnaliśmy naszych argentyńskich przyjaciół, nigdy nie zapomnimy ich życzliwych serc.

Powrót na wietrzną pampę szybko przywrócił nas do rzeczywistości… Słońce wschodziło coraz później, dopiero około 8.00 robiło się jasno. Zanim zdołaliśmy wygrzebać się z ciepłych śpiworów, przygotować gorący posiłek a potem złożyć obozowisko i spakować wszystko na rower nierzadko dochodziła już godz.11.00 Wyjazdy o tej porze stały się normą. Codzienna jazda w ciągłym wietrze sprawiała, że starczało nam sił na 5-6 godzin pedałowania, potem byliśmy totalnie zmęczeni. Do tego czasami przepadywał deszcz a nasze ubrania, czy raczej to co z nich zostało, nie stanowiły już przed nim żadnej ochrony. Nakładaliśmy więc foliowe peleryny, które wicher tarmosił jak żagle i w takich oto „gore-texach” toczyliśmy się dalej i dalej. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do granicy w San Sebastian. Strażnik graniczny uprzejmie zaprosił nas do poczekalni, gdzie mogliśmy spędzić noc. W środku było ciepło, była możliwość skorzystania z kuchenki i dostatecznie dużo miejsca by rozłożyć na podłodze to, co zostało z naszych nędznych materacy. Znowu mieliśmy chwilę wytchnienia.

Zasypialiśmy przy szumie wichru a obudziło nas prawdziwe wycie! Na szczęście udało się wjechać do Chile bez drobiazgowej kontroli i nie zabrano nam niczego do jedzenia. W Chile obowiązują surowe przepisy dotyczące przewozu żywności i zawsze jest to poważny problem dla rowerzysty. Zdarza się, że dojechanie do następnego miejsca, w którym można się w cokolwiek zaopatrzyć zajmuje kilka dni a przecież trudno jechać przez tyle czasu bez posiłków. Po ponad 3 godz. jazdy tego dnia przejechaliśmy ledwie 25 km ale kiedy znaleźliśmy blaszaną budę przy drodze i zatrzymaliśmy się na posiłek, stało się coś niezwykłego. Wiatr nagle przestał wiać! Ruszyliśmy natychmiast „z kopyta” do przodu i jechaliśmy bez przerwy aż do wieczora. Wiatr nadal był bardzo słaby więc założyliśmy latarki i postanowiliśmy jechać w nocy. Jednak nasza radość nie trwała długo. W pewnym momencie wiatr nagle przypomniał sobie o swoim obowiązku i ruszył do ataku. Na domiar złego zaczął padać deszcz. Byliśmy w prawdziwych tarapatach, jednak wkrótce udało nam się dotrzeć do budy na skrzyżowaniu dróg. Okazało się jednak, że koczował w niej już rowerzysta z Anglii, jadący w przeciwną stronę. Jednak buda dawała trochę schronienia przed wiatrem i z niemałym trudem udało nam się rozbić za nią namiot, który opierając się szarpiącym podmuchom wytrzymał jakoś do rana… Niestety rano wiatr zmienił kierunek i złożenie namiotu to była prawdziwa szarpanina w wichrze, który przypominał już niemalże huragan! Siła wiatru nas przerażała… Anglik opuścił budę i zniknął nam z oczu błyskawicznie bo wiało mu prosto w plecy. Zebraliśmy więc cały dobytek, zajęliśmy jego miejsce w budzie i zrobiliśmy sobie ciepły posiłek. O jeździe nie mogło być mowy! My mieliśmy kierunek centralnie pod wiatr, a jego natężenie było tak duże, że nie można było ani prowadzić roweru ani nawet samodzielnie iść w stronę, w którą mieliśmy jechać. Nie było więc wyboru – pozostawało siedzieć w budzie i czekać aż wiatr w końcu trochę osłabnie…

Czekaliśmy tak cały dzień zmarznięci i w kiepskich nastrojach ale wiatr ani myślał zelżeć. Musieliśmy podjąć jakąś decyzję ale sytuacja wyglądała kiepsko. Wszystkie nasze zapasy jedzenia mogły nam wystarczyć jeszcze na jeden dzień a do ostatniej miejscowości na Tierra del Fuego o nazwie Porvenir, mieliśmy jeszcze około 80 km. Tymczasem wiatr mógł tak wiać przez kolejnych kilka dni… Wiedzieliśmy, że noc będzie bardzo zimna i to przerażało mnie jeszcze bardziej, ponieważ zawsze najgorzej radziłam sobie właśnie z niską temperaturą. Jednak i tym razem los wybawił nas z opresji – późnym popołudniem na odludnej , pustej drodze pojawiła się ciężarówka z drewnem. Kierowca zgodził się zabrać nas do Porvenir. Pakowanie roweru i naszych bagaży na stertę drewna to był nie lada wyczyn i baliśmy się, żeby kierowca się zniechęcił i nie zostawił nas z powrotem w tej budzie. Na szczęście Chilijczyk był cierpliwy a nawet pomagał nam w tym całym cyrku i w huraganowym wietrze. Kiedy ruszyliśmy pojawiłą się refleksja, że po raz pierwszy w tej podróży musieliśmy wsiąść do samochodu gdyż po prostu nie byliśmy w stanie dalej jechać. Pomimo naszej determinacji Patagonia pokazała nam kto tu rządzi… Jeszcze nie byliśmy jednak na tyle szaleni aby narażać swoje zdrowie. Przed nami wciąż było wiele miejsc, które chcieliśmy zobaczyć. Mimo wszystko czuliśmy jakieś rozgoryczenie lecz później okazało się, jak bardzo słuszną podjęliśmy w tej sytuacji decyzję – wiatr, który zatrzymał nas w drodze do Porvenir wiał jeszcze przez trzy dni a jego siła wynosiła przez ten czas ponad 100 km na godzinę!

Posted Październik 31, 2014 by D&P in Argentyna, Chile

Tagged with , , , , , ,

  Leave a comment

Ziemia Ognista – kraina wiatru (dorga do Rio Grande) 15.03 – 18.03

Isla Grande de Tierra del Fuego czyli Ziemia Ognista jest wyspą, którą cieśnina Magellana odziela od stałego lądu. To właśnie tu znajduje się legendarne miasteczko Ushuaia, zwane przez podróżników „końcem świata”. Podobno nazwę nadał wyspie Magellan, który przybywając tu drogą morską, ze swego statku widział płonące na nabrzeżu ognie. To Indianie zamieszkujący Tierra del Fuego grzali się przy ogniskach. Doskonale ich rozumiemy…

Zastanawiam się jak opisać podróż rowerem przez Ziemię Ognistą i Patagonię komuś, kto tego nie doświadczył. Kiedy powiem, że wyspę Tierra del Fuego trudno jest pokonać na dwóch kółkach bo wieje tam silny wiatr, to będzie prawda. Wtedy jednak obraz tego, czego doświadcza człowiek przemierzający te trawiaste pustkowia byłby blady i niewiele warty. Jak opisać poczucie zupełnego odosobnienia, ciągłe zmaganie się z zimnem i wiatrem, który prawie nigdy nie cichnie i wiele samotnych nocy na pustkowiach, spędzonych w dziurach w ziemi lub prowizorycznych schronieniach przy nieustającym wyciu wichru… To był początek najbardziej wyczerpującego nas psychicznie i fizycznie etapu podróży. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi, że w takich okolicznościach przyjdzie nam jechać przez kolejne dni, tygodnie, miesiące…

Dzięki życzliwości starszej pani i jej dwóch synów wyspaliśmy się w ciepłym miejscu. Rano, ledwo wstaliśmy a już gospodarze częstują nas gorącą aromatyczną kawą, ciastkami i przygotowanymi bezpośrednio na piecu tostami z dżemem. Poruszeni taką gościnnością powtarzamy tylko „muchas gracias” i wcinamy tosty aż nam się „uszy trzęsą”. Zastanawiamy się jak to jest żyć tutaj na tym porośniętym wyłącznie trawą i smaganym wiatrem odludziu. Starsza pani ma przyjaciela Zorro – pięknego srebrnego lisa, którego dokarmia i który dał się jej oswoić. Południowe krańce kontynentu to niezwykle trudne miejsce do życia, które wciąż pozostaje jednym z najrzadziej zaludnionych obszarów na świecie. Jednak my już wiemy, że właśnie to sprawia, że tutejsi ludzie są życzliwi i mają otwarte serca.

Pożegnaliśmy ciepło gospodarzy, zrobiliśmy wspólne zdjęcie i ruszyliśmy w dalszą drogę przez pampę. Ponieważ wciąż zmierzaliśmy w stronę Ushuaia wiatr był jeszcze sprzyjający. Nie widzieliśmy po drodze żadnego człowieka ani samochodu lecz mijaliśmy stadka strusi nandu, guanako i gęsi. Darmowy prom zabrał nas na wyspę i tak oto całkiem sprawnie znaleźliśmy się na Ziemi Ognistej. Po drodze trafiliśmy nawet na mini sklepik, gdzie kupiliśmy małe „ co nieco” za resztę chilijskich pesos, jakie mieliśmy jeszcze przy sobie pozostałe z poprzedniego pobytu w tym kraju. Dotarliśmy do drogi odchodzącej do Cerro Sombrero ale ponieważ mieliśmy jeszcze trochę zapasów jedzenia zdecydowaliśmy się jechać dalej bez  wjeżdżania do miasteczka. Wkrótce jednak skończył się asfalt, droga zrobiła się kiepska i musieliśmy zmienić opony na terenowe by móc dalej jechać. Wkrótce z prawdziwym zaskoczeniem odkryliśmy mały domek, który pojawił się nagle wśród pustki. Ku naszej radości okazało się, że to „refugio” czyli darmowe schronienie postawione przy drodze dla przypadkowych, zbłąkanych podróżnych, przez „Municipalidad Primavera” co w naszym tłumaczeniu oznacza coś w rodzaju zarządu gminy. Warunki w tym rejonie bywają naprawdę ciężkie i takie schronienie może się przydać również podróżującym samochodem czy motorem, kiedy wiatr staje się tak silny, że zagraża bezpieczeństwu. Najbardziej jednak przydaje się przejeżdżającym tędy rowerzystom! Zaraz zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Resztę dnia spędziliśmy na ciągłym pedałowaniu przez wietrzne łąki i jak na zamówienie po południu dotarliśmy do kolejnego refugio. Było w lepszym stanie niż poprzednie. Wewnątrz oprócz stolika znajdowało się piętrowe łóżko i mały piecyk zrobiony ze starej beczki. Wieczorem siedzieliśmy przy świecach i jedliśmy rozgrzewający gorący posiłek w zupełnie nierealnej scenerii. Na zewnątrz było bardzo zimno. Spoglądaliśmy z niepokojem w niebo, gdyż wiedzieliśmy że prognozy zapowiadały trzy dni opadów. Jednak niebo było bezchmurne i pełne gwiazd a wokół oprócz szumu wiatru nie było słychać żadnych innych dźwięków.

Niestety rano, dokładnie tak jak zapowiadano, niebo się zachmurzyło i wkrótce zaczął padać deszcz. Nie było szans na dalszą jazdę. Nasze wątpliwej jakości ubrania przeciwdeszczowe były już tak zniszczone, że wystarczyłoby 10 minut jazdy w deszczu by nas przemoczyć. To byłby najgorszy scenariusz – znaleźć się w przemoczonych ubraniach na  pustkowiu z wiejącym wiatrem bez żadnego schronienia. Nie ma wtedy szansy nawet na zjedzenie posiłku a w momencie kiedy przestanie się pedałować organizm natychmiast zaczyna się wychładzać i po kilku minutach nie jest się już w stanie ani jechać ani zrobić niczego innego. Nie było nam do śmiechu, gdyż nie mieliśmy takich zapasów aby w razie konieczności spędzić tu trzy dni! Nastrój poprawił nam gorący posiłek. Jednak po południu przestało padać i choć chmury nadal zakrywały niebo, spakowaliśmy rower i ruszyliśmy w dalszą drogę. Było chłodno, wilgotno i nieprzyjemnie. Wokoło ani jednego drzewa, ani domu ani oczywiście człowieka. Wiatr, który rano nieco osłabł, teraz zaczął się wzmagać i w końcu wiało już jak zwykle – czyli nie było mowy o postoju na posiłek ani o postawieniu namiotu. Jechaliśmy i wypatrywaliśmy z nadzieją na horyzoncie jakiegokolwiek schronienia ale niczego nie wypatrzyliśmy. Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Cullen, która widniała na naszej mapie. Mieliśmy nadzieję, że tu nareszcie uda się gdzieś postawić namiot. Niestety i ta nadzieja zawiodła. W około nie było żadnych domów mieszkalnych ani żadnych ludzi tylko zakłady wydobywające gaz. Nie było też żadnego sklepiku a wszystkie zabudowania gazowni otoczone były płotem. Ruszyliśmy więc dalej szukając choćby pagórka czy rozpadliny w ziemi, która stanowiłaby jakąś ochronę przed wiatrem ale niczego takiego nie było. Jednak i tym razem szczęście nas nie opuściło! Chociaż sytuacja wyglądała kiepsko i zbliżał się wieczór, to nagle w szczerym polu pojawił się mały metalowy barak! Ściany zrobione były z blachy ze starych beczek a wokoło zalany był wodą po wczorajszych opadach. Miał jednak dach chroniący przed deszczem i ściany przed bezlitosnym wiatrem. W środku było zimno i wilgotno jak w piwnicy ale nie wiało, co od razu sprawiło nam ogromną ulgę. Był też piecyk z beczki ! Rozstawiliśmy namiot w środku i marzyliśmy, żeby się ogrzać. Znaleźliśmy kilka desek i kawałków drewna a Przemek porąbał maczetą w drzazgi kawałek polana i wkrótce w piecyku zapłonął ogień. Na zewnątrz szybko zapadł zmrok. Siedzieliśmy w namiocie i słyszeliśmy dobiegające z zewnątrz wycie wiatru , który szarpał blaszakiem aż metalowe ściany trzeszczały. Jak to dobrze mieć „jakiś dom”, choćby taki jak ten stary blaszak – myśleliśmy, patrząc w ciepłe płomienie w piecyku.

W nocy padał deszcz i rano znów było chłodno i wilgotno. Obudziło nas wycie wiatru, który nie odpuszczał ani na chwilę. Dalsza droga była kręta a wicher raz był sprzyjający a innym razem wiał z boku wyrzucając nas co chwilę na środek drogi. Wokoło nie było nic tylko czasem guanako i dzikie gęsi. Dojechaliśmy jednak do miejsca, gdzie rosły krzaki przypominające trochę naszą kosodrzewinę i dzięki temu mogliśmy zrobić postój a nawet ugotować coś ciepłego na palniku. Pod wieczór, po całym dniu jazdy przez rozległą, zimną i wietrzną pampę, dojechaliśmy do przygranicznej chilijskiej wioski San Sebastian. Było tam dosłownie kilka domów, restauracja, hostel i kamping. Niestety nie mieliśmy już prawie chilijskich pesos, więc kamping nie wchodził w grę. Poszliśmy do restauracji zapytać czy możemy gdzieś postawić namiot. Właścicielka się zgodziła i mogliśmy usadowić nasz „dom” za małym budynkiem, w którym spali pracownicy gazowni.

Obudził nas kolejny zimny i wietrzny dzień ale na osłodę pracownicy przynieśli nam trochę jedzenia i słodyczy. Byliśmy im bardzo wdzięczni bo nasze zapasy były już na wyczerpaniu. Po śniadaniu zaczęliśmy zaraz szykować się do drogi, tym czasem w restauracji zjawił się właściciel i bezceremonialnie strofował żonę, za to że pozwoliła nam postawić namiot za darmo i kazał nam się zaraz zabierać. Uwijaliśmy się szybko i cieszyliśmy się, że „dziad bez serca” nie zjawił się wczoraj bo nie wiadomo gdzie byśmy tę noc spędzili! Do granicy mieliśmy jakieś 500metrów i przekroczyliśmy ją bez problemu, w wyjącym zapamiętale wichrze. Całe szczęście. Nie chodziło o to, że nie lubimy Chile ale  w kieszeniach mieliśmy jedynie argentyńskie pesos, które dawały nadzieję na to, że uda nam się kupić coś do jedzenia. Wkrótce dojechaliśmy do argentyńskiego punktu kontroli granicznej i wioski San Sebastian w Argentynie. Niestety scenariusz się powtórzył. Kilka domów i brak jakiegokolwiek sklepu. Tak więc sytuacja była już jasna – trzeba było dojechać do miasta żeby zwyczajnie mieć co jeść. Na szczęście po drodze była stacja, gdzie mogliśmy nabrać wody. Pogoda też nie była najgorsza i przez cały długi dzień jazdy mieliśmy w większości sprzyjający wiatr, który wiał od północno-zachodniej strony wyspy. Droga od czasu do czasu zbliżała się do oceanu. Wówczas miała miejsce dość niezwykła dla nas sytuacja – wiatr wiejący od strony lądu okazywał się silniejszy od tego znad Atlantyku i zdmuchiwał pianę z białych grzywaczy  z powrotem do morza! Tak więc pod siłą wiatru fale cofały się z powrotem do oceanu. Pedałowaliśmy cały dzień ile sił w nogach. Wietrzne, trawiaste pustkowia nie stwarzały zresztą pokusy żeby zatrzymać się na odpoczynek czy nawet posiłek. O zmierzchu, bardzo zmęczeni, dotarliśmy wreszcie do większego miasta Rio Grande, co do którego mieliśmy pewność, że będą w nim sklepy. Problemem byoł tylko miejsce na spanie ale na razie myśleliśmy tylko o jedzeniu. Miasto położone na pustkowiach przy Oceanie Atlantyckim jest narażone na ciągły wicher, dlatego wszędzie przy domach widzieliśmy masywne płoty, mury lub ekrany osłaniające przed wiatrem. Byliśmy głodni, bardzo zmęczeni a nasze twarze skazane na ciągłe znoszenie wichury wyglądały jak poparzone. Jednak, jak już wielokrotnie w tej podróży, nagle znajdowało się szczęśliwe rozwiązanie. Zupełnie jakby świat sprzyjał nam w spełnieniu marzeń, stawiając na naszej drodze przyjaznych ludzi, o istnieniu których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Przemek zapytał napotkaną kobietę z zakupami o to, gdzie jest sklep i tak trafiliśmy pod dach wspaniałych ludzi – rodziny Andradów. Zrobiliśmy zakupy żywieniowe a potem spędziliśmy wieczór na dwudziestych pierwszych urodzinach najmłodszej córki gospodarzy wraz z rodziną i przyjaciółmi. Wszyscy bawili się świetnie i wspólnie – młodsi i starsi na zupełnie bezalkoholowej imprezie. Od razu polubiliśmy rodzinkę. Siedzieliśmy w ciepłym, przytulnym miejscu, opychaliśmy się przepysznym ciastem urodzinowym solenizantki i byliśmy niezmiernie szczęśliwi, że wreszcie nie słyszymy i nie czujemy tego nieznośnego wiatru!

Posted Styczeń 10, 2014 by D&P in Argentyna, Chile

Tagged with , , , , , ,

  Leave a comment

Jak spotkaliśmy Cezara i zamiast w Rio Mayo znaleźliśmy się w Rio Gallegos… 10 – 14.03.2011 

Pewnego dnia, wiele lat temu, w jakimś pięknie wydanym albumie zobaczyliśmy zdjęcie lodowca Perito Moreno i oboje bardzo zapragnęliśmy go zobaczyć. Tak właśnie powstało jedno z naszych marzeń – które inspirowało nas do tej podróży. Teraz byliśmy gdzieś na odludziu w południowej Argentynie i dzieliło nas od niego już „tylko” niecałe dwa tysiące kilometrów. A jednak rozmyślaliśmy, liczyliśmy i wiedzieliśmy, że żadnym sposobem nie uda nam się dojechać rowerem do lodowca a potem do Ushuaia przed nadejściem zimy.  Przez kolejne dni wciąż byliśmy w rozterce…

Dwie samotne sosny, pod którymi stał namiot szumiały nad naszymi głowami. Wstaliśmy późno pomimo ładnej pogody. Niestety późne wstawanie już weszło nam w krew. Poranki stały się takie zimne, że nie miało się wystarczająco silnej woli by wyjść ze śpiwora póki słońce nie ogrzeje trochę powietrza. Nasze ciała, które nie zawierały już ani grama zbędnego tłuszczu ciężko przystosowywały się do chłodów a organizm ciągle domagał się jedzenia. Jednak jadąc przez wietrzne pustkowia, człowiek nie ma możliwości na częste zatrzymywanie się na posiłek.

Wyjechaliśmy późno ale jazda szła dobrze i mieliśmy wreszcie bardziej sprzyjający wiatr.  Zmierzaliśmy w stronę miejscowości Esquel. Wokoło rozciągały się pustkowia bez żadnych wiosek ale po drodze minęliśmy rzekę i od czasu do czasu pojawiły się gdzieś jakieś drzewa. Rosło tam też mnóstwo jeżyn oraz pięknych, czerwonych głogów. Lokalni w okolicach swoich wiosek zbierają te owoce specjalnymi grzebieniami a potem produkuje się z nich aromatyczne konfitury. Popołudniem dotarliśmy do miasteczka, choć planowaliśmy wcześniej rozłożyć obozowisko ale nie trafiliśmy na żadne dobre miejsce. Na przedmieściach natknęliśmy się na manifestację. Zrozumieliśmy tylko, że ludzie protestowali przeciwko jakiejś kopalni – zbyt mało znamy język, żeby wywnioskować czy kopalnia znajduje się w tym miasteczku czy też chodziło o kopalnię, która miała zostać wybudowana w Chile a Argentyńczycy obawiali się, że to właśnie ich rejon najbardziej ucierpi. Szkoda byłoby, bo to całkiem sympatyczne miejsce. Spokojne, położone w otoczeniu gór, bez dużego ruchu. Chcieliśmy się tu zatrzymać choćby na jeden dzień i poleniuchować chwilę w tej zupełnie ”surrealistycznej” atmosferze dziwnej oazy zagubionej gdzieś na wietrznej pampie. Niestety czas naglił. W miasteczku były markety i mogliśmy się porządnie zaopatrzyć w jedzenie, choć bardzo brakowało nam w Argentynie naszej ulubionej instytucji rynku czy bazaru, gdzie można kupować świeże artykuły wprost od rolników za przyzwoitą cenę. Potem trzeba było zaraz wskakiwać na rower i wracać do RUTA 40, którą jechaliśmy na południe. Przy wyjeździe z miasteczka natknęliśmy się jeszcze na kamping. Jednak cena 30 pesos/osoba jak dla nas była dość wysoka i zdecydowaliśmy się jechać dalej by rozbić się jednak gdzieś na dziko. Odpowiednie miejsce na nocleg wypatrzyliśmy około 6 km za miastem. Wcześniej trzeba było jeszcze pozować do zdjęcia przygodnie napotkanemu tubylcowi, który okazał się również rowerzystą podróżującym niegdyś z sakwami a nawet przyczepką! To prawdziwy rodzynek w tych okolicach. Potem spotkaliśmy motocyklistę, z którym trzeba  było zrobić kolejne zdjęcia i pogawędzić chwilę, kalecząc ordynarnie język hiszpański. Dostaliśmy paczkę yerba mate na pożegnanie. Niestety nie mieliśmy sprzętu do spożywania tego napoju ale „co się odwlecze to nie uciecze”, jak to się mówi. Wreszcie zostaliśmy sami, poszliśmy w upatrzone miejsce i rozbiliśmy sobie obozowisko, zjedliśmy kolację, napiliśmy się kawy, schrupaliśmy ciastka a potem odpoczywaliśmy.

Obudziła nas pogoda pochmurna i zimna a w drodze przepadywał deszcz. Okolica była już bez drzew – tylko wzgórza pokryte trawą i kolczastymi krzewinkami a po obu stronach drogi, ciągnące się tysiącami kilometrów płoty, które nie wiedzieć czemu mają służyć. A więc panorama, którą oglądaliśmy już od tygodni. Do następnej większej wioski Rio Mayo mieliśmy ponad 300 kilometrów. Jednak po drodze według mapy miały być jeszcze dwie mniejsze, więc liczyliśmy, że uda nam się kupić coś do jedzenia. Miasteczka żadnego nie było już w planie przez najbliższe 2000 km 🙂 Odczucie pustki i oddalania się od cywilizacji było coraz bardziej dotkliwe i myślę, że to właśnie podróżujący tędy rowerzyści doświadczają go najbardziej. Świadomość całkowitej samotności i konieczności polegania tylko na sobie staje się dominującym uczuciem. My jednak byliśmy drużyną i oprócz wiatru słyszeliśmy jeszcze siebie nawzajem i odgłosy naszego roweru. Po południu zbliżyliśmy się do rzeki Tecka, przy której rosły grupki drzew i to w dodatku przed płotem, tak że mogliśmy sobie postawić namiot w miejscu osłoniętym od wiatru. Pod drzewami była miękka, zielona trawa a za płotem, przez który można było się przecisnąć – rzeka z czystą wodą. Wokół pustka i cisza a powietrze jeszcze na tyle ciepłe, że na upartego można było się umyć , natrzeć pachnącym balsamem a potem wypić kawę i tradycyjnie zjeść ciasteczka. Zapomnieliśmy na chwilę o naszych problemach i byliśmy szczęśliwi.

Następnego dnia dotarliśmy do pierwszej z dwóch mniejszych wiosek, również o nazwie Tecka. Udało się znaleźć jakieś małe sklepiki i uzupełnić zapasy żywieniowe. Jednak od momentu wyjazdu ze wsi rozpoczęła się prawdziwa męczarnia. Czekał nas piętnastokilometrowy podjazd i silny, zimny wiatr boczny. Męczyliśmy się strasznie żeby utrzymać rower na kursie i mimo jazdy pod górkę musieliśmy poubierać kurtki bo hulający po pustkowiach wicher bez przeszkód nas przewiewał. Po 5 godzinach wykańczającej jazdy mieliśmy przejechane ledwo 50 km! Zatrzymaliśmy się na chwilę za wałem z ziemi by zjeść posiłek i odpocząć chwilę od wiatru. Potem jednak mieliśmy więcej szczęścia – wjechaliśmy między wzgórza, które trochę nas osłaniały i udało nam się przejechać jeszcze 20 km. Pojawiło się nawet jakieś rancho od czasu do czasu ale znajdowały się one z dala od drogi a bramy wjazdowe pozamykane były łańcuchami.

Ranek był jeszcze bardziej zimny ale wiedzieliśmy, że mamy już niedaleko do rzeki i drugiej wsi. Zaczęliśmy dzień od zmiany opony. Wczoraj nie „trzasnęła” tylko dzięki temu, że w środek Przemek włożył dwie stare dętki jako podkładki. W dodatku dziura powstała w miejscu, gdzie dętka była załatana i ta właśnie łatka nas uratowała! Gdyby opona pękła poprzedniego dnia bylibyśmy załatwieni. Wicher przewiałby nas totalnie zanim byśmy ją zmienili na nową.

Wkrótce dotarliśmy do wioski Gubernator Costa. Wioska była lepiej zaopatrzona niż poprzednia – bez problemu zrobiliśmy zakupy a w „panaderii” kupiliśmy mnóstwo świeżych, pachnących bułeczek. To było wreszcie to miejsce, w którym wiatr stawał się sprzyjający – czekaliśmy na nie od dawna. W tym miejscu muszę napisać kilka słów wyjaśnienia w związku z wiatrem! Otóż podróżując przez Amerykę Południową w kierunku z północy na południe po stronie zachodniej – równolegle do Pacyfiku mamy do czynienia ze stałym kierunkiem wiatru. Oczywiście mogą się zdarzać drobne odchylenia spowodowane pogodą lub ukształtowaniem terenu jednakże generalnie i niezmiennie wiatr wieje z południowego zachodu. To znaczy, że jeżeli podróżuje się tak jak my z Kolumbii do Argentyny, trzeba być przygotowanym na to, że wiatr będzie niesprzyjający. Silniej zaczęliśmy odczuwać to w Ekwadorze i w trakcie całej podróży na południe kontynentu musieliśmy borykać się z bardziej lub mniej silnym wiatrem, który utrudniał nam życie i wiał po skosie w twarz, skutecznie spowalniając nas w drodze. Wiedzieliśmy jednak o tym, że w Patagonii, w pewnym momencie wiatr staje się bardziej sprzyjający – zmienia kierunek na północno zachodni i zaczyna wiać po skosie w plecy. Nie jest to oczywiście układ idealny, ponieważ przy mocnych podmuchach, rower często zostaje dosłownie wyrzucany na środek drogi i nie łatwo jest utrzymać kierunek jednakże ten wiatr pozwala jechać szybkim tempem. Tak więc właśnie dotarliśmy do tego miejsca. Wiatr zaczął nas wspomagać. Ruszyliśmy w stronę Rio Mayo z zamiarem przejechania możliwie jak największego dystansu ale… jak to w życiu bywa – spotkaliśmy kogoś na naszej drodze i zdarzenia potoczyły się nieco inaczej.

Zanim dotarliśmy do Rio Mayo na pustej drodze pojawiła się mała, nie załadowana ciężarówka. Kierowca zatrzymał się i spytał czy nas gdzieś nie podwieźć. I tak poznaliśmy Cezara – przyjacielskiego wesołka z Chile, który właśnie wracał do domu z miasta Iquiqe. Cezar mieszkał w Puerto Natales na południu Chile, gdzie jego żona prowadziła pensjonat. On zaś sprowadzał na zamówienie samochody z północy kraju, pokonując takim zakupionym przez klienta autem kilka tysięcy kilometrów, z jednego końca rozciągniętego jak wąż Chile, na drugi. Część drogi biegła oczywiście przez Argentynę aby uniknąć drogiej przeprawy promowej i tu właśnie nasze drogi się skrzyżowały. No więc staliśmy na drodze mocno zaskoczeni i zastanawialiśmy się czy chcemy zabrać się z tym gościem. Oczywiście chcieliśmy podróżować rowerem ale czy spotkanie z Cezarem nie było rozwiązaniem naszych problemów? Tak więcposzliśmy na żywioł i zdaliśmy się na los, który dał nam szansę. Załadowaliśmy rower i bagaże na pakę a sami wskoczyliśmy do kabiny. To była świadoma decyzja ze wszystkimi jej konsekwencjami: dotrzemy do Ushuaia na czas, to, co przejedziemy samochodem pokonamy rowerem w drodze powrotnej ale wszystko ma swoją cenę – wiatr znów nie będzie nam sprzyjał…

Odbiliśmy z RN 40 w stronę oceanu. Patrzyliśmy na krajobraz, który umykał w szalonym  tempie. Godzina jazdy samochodem, to około półtora dnia jazdy rowerem! Przejechaliśmy setki kilometrów a teren wciąż był taki sam i pejzaż nic się nie zmieniał. Jednak podróżując samochodem nie doświadczyliśmy takiego poczucia wyizolowania i nie musieliśmy się martwić o jedzenie, wodę i spanie. Tak więc w jednej chwili zniknęły wszystkie nasze troski. Po prostu siedzieliśmy sobie wygodnie i patrzyliśmy jak droga ucieka spod kół. Dojechaliśmy do wybrzeża Atlantyku a potem do miejscowości Calleta Olivia. Częściowo prowadził Przemek zmieniając Cezara, który był w drodze już od 4 dni. W Calleta Olivia zatrzymaliśmy się na nocleg na stacji benzynowej, gdzie w dodatku był ciepły prysznic.

Kolejny dzień jechaliśmy tylko z krótkimi przerwami na stacjach benzynowych. Przejechaliśmy ponad 700 km a po drodze minęliśmy tylko trzy miasteczka i krajobraz wciąż był taki sam – pampa, pampa i jeszcze raz pampa, bez jednego drzewa! Jazda na rowerze tym odcinkiem byłaby bardzo trudna – duże odległości, silny wiatr, niewiele wody po drodze a jeśli już trafi się rzeka, to woda w niej jest brudna – nie to co w górach, gdzie potoki spływają do rzek z topniejących śniegów. Koniecznie trzeba by mieć filtr, gdyż chlorowanie nie rozwiązałoby problemu. Miejsce na namiot też nie łatwo znaleźć bo wszędzie płasko i żadnej ochrony przed wiatrem.

Dzięki Cezarowi dojechaliśmy do Rio Gallegos, pokonując w dwa dni prawie 1500 km. To zaoszczędziło nam min. trzy tygodnie jazdy! Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do granicy z Chile przez którą udało nam się przemycić zapasy jedzenia na dalszą jazdę. Niestety do Chile nie wolno wwozić wielu produktów żywnościowych, co stanowi poważny problem dla rowerzystów, ponieważ w okolicy nie ma gdzie uzupełnić zapasów, jeśli nie posiada się chilijskiej gotówki. Kierowaliśmy się do wioski Cerro Sombrero. Zimno było jak skurczybyk! Po całym dniu w samochodzie byliśmy wykończeni bezruchem. Jeszcze kilka takich dni siedzenia w cieple a rozchorowalibyśmy się gdyby przyszło nam wreszcie spać w namiocie. Tak więc byliśmy wdzięczni Cezarowi ale taki tryb życia nam nie służył.

Ponakładaliśmy ciepłe ubrania. Wokoło oczywiście pampa, wiatr i nadchodzący wieczór. Jechaliśmy drogą prowadzącą do promu odpływającego na Isla Grande Tierra del Fuego, na której południowym krańcu leży Ushuaia. Nagle w zapadającym zmroku dostrzegliśmy dom. Przemek poszedł zapytać czy moglibyśmy dostać trochę wody a ludzie przygarnęli nas z tego wietrznego pustkowia do ciepłego domu. Usiedliśmy w kuchni przy piecu, dostaliśmy kawę i tosty z dżemem, potem obiad, dostęp do komputera z Internetem i łóżko do spania. Po raz kolejny szczęście się do nas uśmiechnęło.

  1 comment

Wigilia w Calamie 21.12 – 26.12.2011

Droga z Ollague prowadzi do Calamy, jedynego większego miasta w pobliżu granicy z Boliwią. Wiedzie przez pustkowia, gdzie nie ma wsi ani sklepików lecz solne pustynie, wulkany i małe słone jeziorka. Wkrótce skończyły się resztki asfaltu i znów musieliśmy jechać po piachu i „tarce”. Pojawiły się natomiast problemy z tylnim kołem naszego roweru. Kiepskiej jakości opona, kupiona w Peru zaczęła pękać i choć jeszcze się nie rozpadła rower tracił stabilność. Zatrzymaliśmy się na skraju kolejnej solnej pustyni. Przemek wymieniał oponę a ja  przygotowałam kolejną porcję naleśników. Brak jakichkolwiek przekąsek i konieczność ciągłego gotowania utrudniała nam życie. W dodatku niedostatek wody w tych okolicach stawiał nas przed wyborem – myć naczynia czy się napić… Jechaliśmy powolnym tempem a wokół ani domów, ani drzew ani ludzi. Czasami jakieś kępy traw wysuszonych  pojawiały się gdzieś na piachu ale zieleni od dawna już nie widzieliśmy i powoli zaczynało nam jej brakować. Z żywych istot spotykaliśmy tylko vikunie i stadka ślicznych, różowych flamingów na małych, płytkich jeziorkach. Dwukrotnie trafiliśmy na małe osady na tych pustynnych terenach, gdzie stacjonowali robotnicy drogowi i dzięki temu udało nam się zdobyć wodę a w jednej z nich ponownie udało nam się dogadać z kucharką. Kobieta  przygotowała nam ciepły posiłek, za który zapłaciliśmy boliwijską walutą. Jednak kiepskie jedzenie, jakim musieliśmy się zadowalać od prawie dwóch tygodni, brak owoców i warzyw, sprawiały, że nie mieliśmy zbytnio energii do jazdy a przy tym warunki nie najlepsze. Otwarte przestrzenie, silny wiatr i złej jakości droga. Problemów z kołem również się nie pozbyliśmy i gnębiły nas przez kolejne dni. Opona, którą musieliśmy założyć zamiast tej rozlatującej się, nie radziła sobie w takim terenie i przy takim obciążeniu. Więc co jakiś czas dawała o sobie znać i trzeba ją było łatać. Około 40 kilometrów przed Calamą zaczął się asfalt i mogliśmy wreszcie trochę przyspieszyć.  W końcu dotarliśmy do wioski – oazy na pustyni, zwanej Chiu Chiu. Po prawej stronie drogi był duży kanion a kiedy podeszłam do jego krawędzi – stanęłam w bezruchu, poruszona widokiem. Poniżej była rzeka i żyzna, zielona dolina, gdzie rosły różne rośliny uprawne. Od ponad tygodnia nie widzieliśmy żadnych zielonych roślin, więc widok wydawał mi się tak piękny, że stałam przez chwilę, patrząc z zachwytem na krainę pode mną. Chiu Chiu to bardzo spokojna, miła, pełna zieleni wioska. Wjechaliśmy do niej w Wigilię rano, bez śniadania, gdyż nasze zapasy żywności praktycznie się wyczerpały. We wsi były hostale i sklepiki z żywnością ale nie było wymiany pieniędzy ani bankomatu 😦 To byłoby miłe miejsce na spędzenie świąt lecz po prostu nie mieliśmy gotówki. Trudne chwile przeżyliśmy gdy weszliśmy do jednego ze sklepików nieźle już wygłodzeni a tam zapach świeżych bułeczek, banany, pomidory, jogurt. Mogliśmy tylko popatrzeć na wszystkie te smakołyki a potem trzeba było wskoczyć na rower i gnać jeszcze 30 km do Calamy żeby wreszcie dojechać do jakiegoś bankomatu lub wymiany pieniędzy. Jechaliśmy więc głodni i myśleliśmy o bigosach, pierogach, barszczach i innych pysznościach, które przygotowywano właśnie w tysiącach polskich domów. W końcu jednak dotarliśmy. Calama to niewielkie lecz dobrze prosperujące miasteczko. W pobliżu znajduje się największa na świecie kopalnia miedzi, która przynosi miastu zyski. Na ulicach widać porządne samochody i ogromne centra handlowe, wielkości tych jakie mamy w stolicy, choć Calama liczy niewiele ponad 100 tys. mieszkańców. Właśnie pod jednym z takich marketów się zatrzymaliśmy gdy dojechaliśmy do centrum i wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu. Zakupy to była po prostu makabra. W sklepie setki ludzi przepychało się z wypchanymi po brzegi koszami, robiąc zakupy na święta – a ja w tym tłumie, między regałami uginającymi się od wszelakiej żywności, głodna jak przysłowiowy wilk, próbowałam wybrać coś do zjedzenia na szybko przed sklepem i zrobić zakupy na wigilię. Po odstaniu w długiej, kilometrowej kolejce do kasy, wyszłam wreszcie przed market, gdzie Przemek siedział przy rowerze, wyjęłam z siatki świeżutkie, pachnące bułeczki i jogurt, na które rzuciliśmy się jak wygłodniałe zwierzęta. Koniec postu! Pojechaliśmy na kamping z zapasami pysznego jedzenia, owoców i słodyczy w sakwach. I choć cena noclegu we własnym namiocie – 35 zł za osobę może zwalić z nóg, nie zważaliśmy na nic. W końcu to Święta Bożego Narodzenia! A więc prysznic, pyszna rybka na wigilijną kolację, owoce, słodycze, darmowe WI – FI i basen… Czy można było chcieć czegoś więcej? Byliśmy po prostu szczęśliwi. I tak „balowaliśmy” przez trzy dni. Jednak w końcu trzeba było ruszyć w drogę – a przed nami znów była pustynia…

Posted Styczeń 8, 2012 by D&P in Chile

  Leave a comment

Ollague – zajrzeć w paszczę bestii… 18 – 20.12.2011

Oddaliśmy klucz do hostalu i ruszyliśmy w stronę Ollague w Chile. Po drodze na „ziemi niczyjej”, pomiędzy dwoma przejściami granicznymi odbywał się niedzielny rynek, na którym Boliwijczycy sprzedawali różności a mieszkańcy Ollague wędrowali po zakupy. Stare jak świat zjawisko, kiedy jeden z najtańszych krajów na kontynencie graniczy z jednym z najdroższych… Pomyślałam o ludziach, których spotykaliśmy po drodze. O tym, że właściwie w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy bardzo do siebie podobni. Boliwijczyk obgryzający kurze łapki w tanim „commedorze” i  zamożny Europejczyk w eleganckiej restauracji – wszyscy lubimy spotkać się z rodziną lub przyjaciółmi, wspólnie zjeść coś pysznego i porozmawiać, bez względu na to, na jakiej szerokości geograficznej się znajdziesz. Czy to nie wystarczający powód żeby zapomnieć o wszelkiej nietolerancji w kwestiach, w których jednak się różnimy? Niektórym ludziom chciałoby się powiedzieć – wybierz się w podróż i zobacz jak żyją inni…
Do Chile wjechaliśmy bez problemu, trzeba było wypełnić jeden mały świstek, dostaliśmy pieczęć do paszportu i po sprawie. Niestety żeby nie było zbyt różowo wkrótce wynikł  problem. Okazało się, że ani na przejściu granicznym ani w wiosce nie można wymienić pieniędzy. Na jedzenie w sklepiku mogliśmy jedynie popatrzeć bo ani za dolary ani za resztkę bolivianów nic nam sprzedać nie chcieli. Nadal pozostawały nam jedynie makarony, ryż i naleśniki. Mogliśmy sobie natomiast nabrać wody do zbiorników w przychodni, gdzie była toaleta z umywalką 🙂 Bez pieniędzy nie mieliśmy tu czego szukać, wkrótce opuściliśmy więc wioskę. Droga z resztkami asfaltu znacznie lepsza niż w Boliwii wiodła na południe i przechodziła wprost u podnóża dymiącego subtelnie wulkanu Ollague. I nagle zatrzymaliśmy rower. W oddali Przemek dostrzegł wyraźną ścieżkę prowadzącą na wulkan! No i to nas skusiło. Oboje pomyśleliśmy o tym samym i nie wahaliśmy się zbyt długo. Zrobiliśmy w tył zwrot i wróciliśmy z postanowieniem wdrapania się na wulkan i zajrzenia do krateru.
W sakwach mieliśmy jeszcze spory zapas nieszczęsnych makaronów, zupek i mąki na naleśniki. Wystarczający by przeżyć jeszcze kilka dni. Drogą skierowaliśmy się więc wprost pod wulkan. Potem pchaliśmy rower w górę do jego podnóża i rozglądaliśmy się za miejscem odpowiednim na nocleg. Przemek wypatrzył doskonałe miejsce za małym wzgórzem, przy korycie wyschniętej rzeki. Osłonięte przed wiatrem dużym głazem i murkiem z kamieni. Namiot i rower były stąd praktycznie niewidoczne, choć wątpliwe było by ktoś chadzał tędy po pustkowiach. Następnego dnia wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Przemek gotował makaron na palniku a ciepły blask płomienia oświetlał wnętrze namiotu i sprawiał, że chłód poranka był mniej dokuczliwy. Zjedliśmy ciepłą zupkę na śniadanie a pudło makaronu zabraliśmy ze sobą na drogę. Wzięliśmy też picie i kilka ubrań do plecaka, reszta dobytku została w obozowisku pod głazem. Droga na wulkan to idący zboczem trawers. Nie ma na niej żadnych trudności do pokonania, choć czasami jest częściowo zasypana przez osuwające się kamienie. Jedyną trudnością pozostaje więc wysokość i spory dystans do przebycia. Nie mieliśmy jednak ze sobą dwóch plecaków, by móc zabrać namiot i zatrzymać się po drodze na nocleg. Zresztą wymagałoby to większego przedsięwzięcia i zabiegów organizacyjnych, bo nie moglibyśmy zostawić naszego „dobytku pod gołym niebem”. Trzeba więc było wejść na wulkan i zejść do obozowiska w ciągu jednego dnia. Podejście na górę ową trawersująca ścieżką zajęło nam osiem godzin i było naprawdę męczące, szczególnie dla mnie gdyż ciągła wspinaczka na tej wysokości powodowała, że stale „ brakowało mi oddechu”. Na sam szczyt mieliśmy do pokonania 1800 m od naszego obozowiska, które znajdowało się na wysokości 4000 m. n.p.m. Niby nie jest to dużo ale zważywszy na dużą wysokość, na której należy poruszać się znacznie wolniej, to jednak spora odległość, tym bardziej, że musieliśmy zostawić sobie wystarczający limit czasowy aby zdążyć wrócić do obozowiska przed zmrokiem. Dla nóg odwykłych od chodzenia i organizmów, które od ponad tygodnia kiepsko były karmione, był to jednak spory wysiłek. Im byliśmy wyżej, tym rozleglejszą mieliśmy panoramę na otaczające górskie szczyty, wulkany oraz pustynie. W drodze przechodziliśmy przez połacie, pokryte czystą siarką, której woń towarzyszyła nam przez całą drogę. Wreszcie zmęczeni dotarliśmy na górę w okolice krateru. Głazy wokół krateru pokryte były zielono – żółtym osadem siarki a dym wydobywający się z wulkanu śmierdział jak tysiące zgniłych jaj. Niestety nie udało nam się zajrzeć w samą paszczę bestii. Krater znajdował się bowiem na zboczu, które dość stromo opada w dół i gdzie bardzo łatwo ześlizgnąć się w przepaść. Poza tym opary drapały w gardło i szczypały w oczy. Byliśmy jednak dostatecznie blisko by poczuć gorący oddech wulkanu a dodatkowo wchodząc na niego poprawiliśmy swój własny rekord wysokości. Do tej pory najwyższym miejscem, na które weszliśmy była przełęcz Thorung La w Himalajach (wys. 5416 m. n.p.m.) natomiast wulkan Ollague ma ponad 5800 m. n.p.m. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy skalnej szczelinie, z której również wydobywały się wulkaniczne opary ale w mniejszej ilości, dzięki czemu można do niej podejść i dokładnie się przyjrzeć a nawet ogrzać buchającą parą. Ziemia w pobliżu ziejącej oparami siarki szczeliny też była nagrzana i przyjemnie było na niej posiedzieć, zwłaszcza, że na niebie pojawiły się chmury, z których zaczął padać śnieg. Droga powrotna z wulkanu do obozowiska dłużyła się w nieskończoność. Po ogromnym wysiłku dotarłam na miejsce bardzo zmęczona. Przemek był trochę wcześniej, zdążył już ugotować wodę i zrobił gorącą czekoladę do picia. Siedzieliśmy zmęczeni w namiocie popijając czekoladę a wulkan nad nami dymił sobie, dymił i dymił…
Następnego dnia  leniwie powłócząc nogami wróciliśmy do wioski, żeby nabrać wody. Przypadkiem trafiliśmy do małej restauracyjki, gdzie kobieta zgodziła się ugotować nam obiad za boliviany. Pożywne jedzenie postawiło nas trochę na nogi po wczorajszym wysiłku. Wioskę opuściliśmy dopiero późnym popołudniem gdyż korzystając z darmowego WI – FI wysyłaliśmy życzenia świąteczne do znajomych. W drodze znów mijaliśmy Ollague, który spokojnie sobie puszczał nieduże smużki dymu. Tym razem spoglądaliśmy na niego z szacunkiem. Tam wczoraj byliśmy  – mówimy do siebie i już wiemy dlaczego tak nas bolą nogi 🙂

 

1. Przez wietrzną pustynię Chiguana w stronę Ollague           2. W drodze na wulkan Ollague           8. Jak przy piecu...

Posted Styczeń 8, 2012 by D&P in Chile

%d blogerów lubi to: