Archive for the ‘Brazylia’ Category

  Leave a comment

NA ZAKONCZENIE…

Kilka faktów z podróży:

Czas trwania: 540 dni

Dystans przejechany rowerem: 26 563 kilometry

Liczba odwiedzonych krajów: 10

Największa wysokość na którą wjechaliśmy rowerem: 5000 m n.p.m (Boliwia)

Największa wysokość pokonana pieszo: 5800 m n.p.m (wulkan Ollague, Chile)

Najdłuższy podjazd: 113 km ( podjazd z Casmy do Huaraz w Peru, z poziomu morza na przełęcz 4300 m n.p.m)

Najdłuższy przejechany dystans w ciągu jednego dnia: 140 km (Kolumbia)

Największa osiągnięta prędkość: 84 km/h (Brazylia)

Największy odcinek, podczas którego pchaliśmy rower: ok. 95 km (Brazylia)

Całkowity koszt wyprawy dla 2 osób: ok. 50 tys. zł ( mniej więcej 1400 zł miesięcznie na osobę).

Salvador – kiedy kończy się droga… 23-26.09.2012   Leave a comment

To był już właściwe koniec… Wjechaliśmy do Salvadoru i pętla na mapie naszej podróży się zamknęła. Po 540 dniach wyprawy, wróciliśmy dokładnie w to samo miejsce, z którego wyruszaliśmy półtora roku temu. Przez ten czas dawaliśmy z siebie wszystko i teraz mogliśmy poczuć ogromną satysfakcję z tego, że nam się udało! Chyba właśnie nadszedł ten moment, kiedy przekonaliśmy siebie i może jeszcze inne osoby, które śledziły naszą historię, że wielka wyprawa rowerowa możliwa jest nie tylko bez sponsorów, zaplecza technicznego i medialnego wsparcia ale nawet bez całego kosztownego wyposażenia markowych producentów i wysokiej klasy sprzętu! Tak,to prawda – przejechaliśmy ponad 26 tys. km po Ameryce Południowej na zwykłym tandemie, w tanich spodenkach z Lidla i temu podobnych i przez półtora roku żyliśmy w namiocie! Ubrania się rozpadały a rower był zużyty ale wszystkie dni spędzone w drodze były jedną z najwspanialszych przygód w naszym życiu! Jednak spoglądaliśmy na siebie jakby trochę oszołomieni – czy to możliwe, że to już koniec? Koniec spania w namiocie, gotowania na palniku, oszczędzania wody, napraw roweru i codziennego wysiłku wkładanego w pedałowanie i jeśli to koniec, dlaczego zamiast cieszyć się z nadchodzącego powrotu do domu, czuliśmy że bardzo będzie nam tego wszystkiego brakowało?

Dotarliśmy na kemping – ten sam, z którego 18 miesięcy temu wyruszaliśmy w drogę! Ledwo utrzymywaliśmy wtedy równowagę na załadowanym tandemie a teraz znaliśmy każdy jego odgłos, każde skrzypnięcie a każda rzecz w sakwie miała swoje miejsce… Podróż potrafi być doskonałą nauczycielką życia. Myślę, że czytając ten blog, tak jak my zauważycie jak bardzo bycie w drodze nas zahartowało, nauczyło nie przejmować się problemami a zamiast tego doceniać i cieszyć się tymi nawet bardzo małymi rzeczami. Nasz licznik rowerowy wykazał 26 563 kilometry i choć nie o liczby w tym wszystkim chodzi, to jednak przejechany dystans pokazuje, że to nie sprzęt lecz determinacja człowieka są najważniejsze w osiągnięciu celu.

Ostatnie dni spędziliśmy na kempingu przygotowując do drogi rower, który postanowiliśmy mimo wszystko zabrać oraz te nieliczne rzeczy, nadające się jeszcze do dalszego użytkowania. W senne, słoneczne popołudnia słuchaliśmy szumu palm nad głowami i patrzyliśmy w niebo. Po ostatniej kąpieli w oceanie, wyruszyliśmy na salwadorskie lotnisko.

Samolot wystartował i rzucaliśmy ostatnie spojrzenia na Brazylię. Czułam dziwny ucisk w gardle ale pocieszałam się faktem, że przecież niedługo zobaczę się z rodziną i przyjaciółmi. Jednak po głowie nieśmiało kłębiła się myśl czy uda nam się jeszcze kiedyś pojechać na taką wyprawę. Przemek chyba wiedział co czuję i oznajmił bez skrępowania:

  • W następną podróż musimy pojechać na dłużej!

Uśmiechnęłam się rozbawiona:

  • Przecież jeszcze nawet nie dolecieliśmy do domu!

Przytulił mnie do siebie i też się roześmiał.

  • Ale mam nadzieję, że w kwestii rowerowych wypraw nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa – stwierdziłam spoglądając na niego

  • No nie! – zaprzeczył stanowczo – tylko następna podróż musi potrwać dłużej i trzeba będzie kupić nowy rower – dorzucił

  • I palnik… – dodałam

  • I namiot

Tak oto bez skrupułów i opamiętania zaczęliśmy rozwijać się w tej dyskusji o naszej kolejnej wyprawie, która miała kiedyś nadejść. Nie powstrzymywaliśmy się wcale – bo czym byłoby życie bez marzeń…

Warszawa powitała nas ciepłą i słoneczną pogodą i kiedy zobaczyliśmy pudło z rowerem, serca zabiły nam radośniej 🙂 Udało się – dotarł! Wydano nam karton i nikt się nawet zapłaty nie dopominał. A to niespodzianka! LOT, nie chciał od nas przyjąć opłaty za rower ani przelewem, ani kartą ani nawet w swoim własnym biurze w Polsce, upierając się, że za przewóz z Frankfurtu do Warszawy musimy zapłacić gotówką w Salvadorze, gdzie nikt nie mówi po angielsku. Najwidoczniej nasz rodzimy przewoźnik ze swoimi przestarzałymi praktykami, sam się w tym wszystkim pogubił i w konsekwencji przewiózł rower za darmo !!!

Czekała nas jeszcze przeprawa z celnikami, którzy z pewnością bardziej widzieli w nas obdartusów niż podróżników, szczególnie patrząc na Przemka, który mógł się „poszczycić” półrocznym zarostem. Zaprosili nas zaraz na rewizję z bagażami. Dodatkowo podpadliśmy kiedy podczas prześwietlania torby, zapytali nas co to jest wskazując na monitorze jakąś dziwaczną bryłę a my sami już nie pamiętaliśmy co tam mamy… Niezła była heca kiedy Przemek na życzenie celnika otworzył  tę torbę z rupieciami i najpierw wydobył z niej wielką, brazylijską maczetę a dopiero potem bryłę siarki z wulkanu Ollague, którą wziął sobie na pamiątkę 🙂 Celnik popatrzył z powątpiewaniem i raczej nie był skłonny uwierzyć w naszą historyjkę, z pewnością podejrzewając, że przemycamy z Ameryki Południowej jakieś mocniejsze używki. Zabrał siarkę i poszedł z nią na  oględziny ale widocznie nic w niej ciekawego nie znalazł, bo po pewnym czasie wrócił i nam ją oddał 🙂 Wreszcie mogliśmy spokojnie wracać do domu.

brazylia rowerem

To już koniec naszej przygody! Pozostaje zatem tylko napisać: do następnego razu 🙂

  Leave a comment

Ostatnie dni w drodze 12- 22.09.2012

Droga prowadziła wśród eukaliptusowych i sosnowych lasów oraz pośród krzewów i drzew, z których wiele obsypanych było żółtymi i fioletowymi kwiatami. W Brazylii rozkwitała wiosna. Słońce chyliło się ku zachodowi a w powietrzu unosił się nieznany, intensywny zapach. Nagrzana słońcem roślinność wydzielała olejki eteryczne, które intrygowały nasze zmysły. Była to woń lekka, świeża i energetyzująca, pełna swoistych aromatów liści i drzew, które zlewały się w jedną całość. Była jak tęsknota w sercach, które czuły, że coś wyjątkowego w naszym życiu powoli się kończy i jak ulotne pragnienie by nasza wędrówka rowerem po świecie trwała dłużej a najlepiej by nie skończyła się nigdy…

Niestety drugiego dnia jazdy, po opuszczeniu Vario de Minas, okolica diametralnie się zmieniła.  Suche, gorące powietrze niosło ze sobą woń spalenizny a po obu stronach jezdni sterczały sczerniałe krzaki i rozciągały się szare, wypalone przez pożar obszary. Od wielu tygodni nie padał deszcz i roślinność była już bardzo sucha. Kilkakrotnie widzieliśmy ogień płonący niedaleko drogi a zagrożenie pożarowe na terenach przez które jechaliśmy było bardzo wysokie. Lokalne pożary, które niejednokrotnie mijaliśmy, stanowiły dla nas spore niebezpieczeństwo. Wysuszona trawa płonęła tak szybko, że gdyby pożar zaskoczył nas w nocy, nie mielibyśmy absolutnie żadnych szans na ewakuację namiotu a co najwyżej na ucieczkę na asfalt! Tego dnia nocleg spędziliśmy na pogorzelisku. Wciąż ciepły popiół wskazywał, że ogień przeszedł w tym miejscu niedawno, najwyżej kilka godzin wcześniej. Nie było to przyjemne miejsce ale jednak bardziej bezpieczne gdyż tutaj, w razie powrotu ognia, już nie bardzo pozostało cokolwiek, co jeszcze mogłoby się palić. Jednak ze spalonej ziemi dobywał się charakterystyczny swąd i ciepło, które sprawiało, że w namiocie panował niesamowity upał. Siedzieliśmy przy wieczornym posiłku, czując, że gdzieś w okolicy przechodzi kolejny pożar i wiatr przynosił do nas woń dymu. 

Nazajutrz, tuż po wyruszeniu w drogę na naszym liczniku wybiło 26 tys. kilometrów 🙂 Wiedzieliśmy, że to był definitywnie ostatni tysiąc. Pagórkowate ukształtowanie terenu w Brazylii, wyczerpujący klimat oraz kiepski stan naszego mocno wysłużonego już roweru, wykluczały przejechanie kolejnego tysiąca, jaki dzielił nas jeszcze od Salvadoru, w ciągu niecałych dwóch tygodni. Tego dnia znów mieliśmy dwa przymusowe postoje – na łatanie dętki i wymianę szprychy… Jazda autobusem była nieunikniona. 

Ten dzień nadszedł wkrótce. Kiedy minęliśmy Montes Claros, zatrzymaliśmy się na posiłek w cieniu drzewa. Najpierw musieliśmy stoczyć walkę z natarczywym psem, który natrętnie ujadał, krążąc wokół nas. Poskutkowało dopiero kiedy Przemek rzucił w jego stronę dużym kawałem drewna. Potem walczyliśmy z mrówkami, krążącymi nerwowo pod drzewem, które w trymiga  gotowe były wynieść nasze drugie śniadanie do mrowiska. Dalsza jazda stałą się jednak bardzo nieprzyjemna. Wyjechaliśmy na większą drogę, której nawierzchnia była fatalna a za to natężenie ruchu ogromne. Pomimo niedzieli i pory siesty drogą sunął niekończący się sznur ciężarówek, które na każdej górce spowijały nas chmurą gorących spalin! Na poboczu roiło się od dziur i garbów, co natychmiast poskutkowało pęknięciem jednej ze szprych. Byliśmy zniesmaczeni i zgodnie postanowiliśmy, że skoro i tak trzeba wsiąść do autobusu  – to zdecydowanie nadszedł ten właśnie moment… Następnego dnia dotarliśmy do dworca w  małym miasteczku Francisco Sa. Okazało się, że tego dnia w kierunku Salvadoru miały jechać dwa autobusy. Pani w kasie nie potrafiła nam udzielić odpowiedzi czy zatrzymują się w określonych miejscowościach ale patrząc na mapę byliśmy przekonani, że obydwa muszą jechać właśnie tą drogą. Ostatecznie nie było aż taki istotne, gdzie wysiądziemy – mieliśmy jeszcze wystarczający zapas czasu. Przygotowaliśmy rower i bagaże do drogi, usiedliśmy na ławeczce i grzecznie czekaliśmy. Koniec końców po kilku godzinach oczekiwania udało nam się zapakować do opóźnionego o 3 godziny autokaru, jadącego do Recife. Przemek przeprowadził błyskawiczną akcję przekonania kierowcy, że nasz rower się zmieści do bagażnika. Potem trzeba było jeszcze zadzwonić po panią kasjerkę, która zamknęła okienko i poszła do domu na obiad by przyszła nam sprzedać bilety! Wreszcie upchaliśmy cały dobytek do autokaru i mogliśmy jechać.

Przed 3.00 nad ranem dotarliśmy do miejscowości Milagres, dokąd mieliśmy kupione bilety. Pora była niesprzyjająca do jazdy w mieście więc rozłożyliśmy matę i na zmiany przespaliśmy się na dworcu do rana, pośród sklepików z pamiątkami, w których ekspedientki też drzemały w oczekiwaniu na kolejne autobusy. Kiedy tylko się rozjaśniło ruszyliśmy w drogę. Pogoda była cudowna – temperatura nie przekraczała 30 st. a niebo zasnute było chmurkami! Kilka kilometrów za miastem była stacja benzynowa, gdzie zrobiliśmy sobie postój na posiłek i prysznic.

Klimat zmienił się na bardziej wilgotny i w miarę jak zbliżaliśmy się do Salvadoru, tym bardziej okolica stawała się zielona. Przy drodze pojawiały się kramiki, gdzie miejscowi sprzedawali swoje wyroby – dzbany i miski z gliny oraz kapelusze z trzciny. Do Salvadoru pozostało poniżej 300 km. Jechaliśmy więc niespiesznie, by na kilka dni przed wylotem dotrzeć do kempingu.

Staraliśmy się unikać dróg z dużym nasileniem ruchu by ostatnie dni pedałowania nie za nadto nam się uprzykrzyły. Minęliśmy misteczko Cachoeira a potem dotarliśmy do Madre de Deus, na wybrzeżu. Pokusiliśmy się o wjazd do miasta i odwiedzenie plaży i ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że było to najbrzydsze miejsce jakie mieliśmy okazję napotkać w drodze. Próżno było tu szukać uroczego, nadmorskiego klimatu. Cała miejscowość byłą właściwie jedną wielką rafinerią. Ponad ulicami ciągnęły się rurociągi a nad głowami dymiące lub wręcz buchające ogniem kominy. Mimo, że plaża w miasteczku owszem – była, to jednak cała miejscowość wywarła na nas tak niemiłe wrażenie, że z ulgą wyjechaliśmy na okoliczne, pokryte zielenią pola i nie próbowaliśmy już wjeżdżać do kolejnych nadmorskich miejscowości!

Po kilku dniach jazdy ruch jednak bardzo się nasilił i zbliżaliśmy się do wielkiego Slavadoru. Przedmieścia były tuż przed nami.

Posted Maj 7, 2015 by D&P in Brazylia

Tagged with , ,

  Leave a comment

25 tysięcy kilometrów w drodze do Parnaiby 22-31.08.2012

Wdawało nam się, że każda noga waży co najmniej tonę! Powietrze było gorące a ciśnienie zbyt niskie. Droga do Campo Grande wciąż prowadziła wzdłuż obrzeży Pantanalu. To była strefa śmierci… Trzy szare, nieruchome sylwetki, tkwiły na poboczu w pełnym słońcu przyciągając muchy. Widok bardzo nas poruszył. Zeszliśmy z roweru i staliśmy przez chwilę w milczeniu jak nad grobem, czując żal z powodu wszystkich tych bezsensownych śmierci. Cała rodzinka kapibar, rodzice i mała kapibara, straciła życie zapewne pod kołami pędzącej wielkiej ciężarówki. Tragedia musiała się rozegrać niedawno, właśnie tego słonecznego dnia, kiedy zwierzęta beztrosko wyszły z zarośli na drogę. Teraz ich zastygłe w bezruchu ciała z nieruchomymi oczyma dołączyły do innych – trupów pancerników i mrówkojadów, których na tym poboczu widzieliśmy już wyjątkowo wiele…

Wkrótce dotarliśmy do Aquidany. W mieście kupiliśmy sobie termos do zimnej wody, jakich używają tutejsi kierowcy. Dostęp do chłodniejszej wody w trakcie jazdy był dla nas dużą ulgą. Droga do najłatwiejszych nie należała. Pobocze było raczej kiepskie a na jednym ze stromych zjazdów nieźle nami „zatrzęsło”. Pędząc w dół trafiliśmy na wystające progi, które miały odprowadzać wodę z jezdni. Mając niesprawne hamulce, wjechaliśmy na nie z całym impetem naszym ważącym ponad 200 kg tandemem! Szczęśliwie jednak wyszliśmy cało z opresji i my i rower. Zgubiliśmy tylko olej do smarowania łańcucha i podskoczyło nam ciśnienie 🙂 Niestety nie zanosiło się na to byśmy mogli gdzieś tu kupić klocki do hamulca tarczowego. W sklepikach rowerowych, gdy Przemek pokazywał stary, zużyty klocek z naszego hamulca by wyjaśnić czego potrzebujemy, sprzedawcy nawet nie wiedzieli do czego to służy… Tymczasem rower – nasz wierny towarzysz coraz dotkliwiej odczuwał trudy tak długiej wędrówki i coraz więcej nosił na sobie blizn. Po południu pojawił się problem z pedałem Przemka, który zaczął się obluzowywać. Próby dokręcenia go nie dały rezultatu, gdyż gwint w korbie do niczego się już nie nadawał. Pedał był bowiem założony z niewłaściwej strony, co było naszą częstą praktyką przy tandemie, pozwalającą rozwiązać problem korzystania ze standardowej korby (nie tandemowej, w której gwinty są odwrotne). Przyklejenie pedała również nie przyniosło efektu. Wypatrzyliśmy więc miejsce na obozowisko, mając nadzieję, że przez noc klej lepiej zwiąże i jakoś damy rade dojechać do kolejnej miejscowości. Niestety zawiedliśmy się. Jednak miasteczko było już blisko i kiedy wreszcie do niego dotarliśmy, zaraz przy samym wjeździe natknęliśmy się na „bicikleterie”. Trzeba oczywiście było kupić całą korbę oraz nowy komplet pedałów, gdyż stary był już tak zabrudzony klejem, że nie sposób było go wyczyścić. Do kompletu dorzuciliśmy nową oponę, gdyż aktualnie używana w każdej chwili mogła się rozpaść. Kosztowało nas to w sumie ponad 200 zł. Przemek zajął się naprawą roweru a sprzedawcy mu asystowali, podsuwając niezbędne narzędzia i wkrótce mogliśmy ruszyć dalej. Droga wiodła teraz w kierunku Campo Grande. W trakcie jazdy, mijający nas autem sympatyczni Brazylijczycy, wręczyli nam dwa lunch-box’y – gotowy obiadek wprost do ręki sprawił nam nie małą frajdę. 

Zbliżaliśmy się do Campo Grande. Na rozległej, otwartej przestrzeni, która rozciągała się przed nami, zobaczyliśmy duże miasto, pełne zabudowań, wieżowców i ulic. Obydwoje natychmiast poczuliśmy wewnętrzną niechęć. Mieliśmy świadomość, że przejazd przez tak duże miasto zajmie nam z pewnością cały dzień i nieźle nas wymęczy. Stanie w korkach, na światłach, rondach, szukanie drogi wyjazdowej i uważanie na złodziei – wszystko to spowodowało, że podjęliśmy natychmiastową decyzję o nie wjeżdżaniu do miasta lecz ominięciu go obwodnicą, na której właśnie się znajdowaliśmy. W międzyczasie zatrzymał się mijający nas samochód z TV Campo Grande. Wysiadł z niego korpulentny jegomość i młoda, ładna dziewczyna, którzy mieli zamiar przeprowadzić z nami wywiad. Jednakże bardzo szybko ostudziliśmy ich zapał, gdyż po portugalsku nie potrafiliśmy się nawet przedstawić… Mimo tego, nie obeszło się bez pozowania do zdjęć a dziewczyna, która mówiła trochę po angielsku spisała wszystkie fakty dotyczące naszej podróży w notatniku. W taki oto sposób udzieliliśmy drugiego wywiadu w trakcie naszej wyprawy 🙂

Dalej kierowaliśmy się w stronę miejscowości Parnaiba. Coraz częściej nasze myśli krążyły wokół powrotu do kraju. Trudno było nam sobie wyobrazić jak wrócimy teraz do życia w cywilizowanym świecie. Czy po tylu miesiącach włóczęgi, mieszkania w namiocie, codziennego obcowania z przyrodą i swobodnego przemierzania wielkich przestrzeni, będziemy jeszcze potrafili być szczęśliwi w mieście? Mieliśmy wiele obaw i wątpliwości ale byliśmy świadomi, że czas naszej wielkiej przygody powoli dobiegał końca i niestety nie mogliśmy zrobić nic by ten koniec odsunąć. Pantanal był ostatnim punktem na naszej liście miejsc do odwiedzenia i teraz pozostawało już tylko pedałowanie w stronę Salvadoru, choć i tak wiedzieliśmy, że będziemy musieli jeszcze skorzystać z jakiegoś środka transportu by dotrzeć tam na czas. Cieszyliśmy się jeszcze wolnością, błękitnym niebem, zielonymi lasami, bezkresną przestrzenią wokół nas i towarzystwem hałaśliwych papug lecz obydwoje nosiliśmy w sobie świadomość, że były to już ostatnie tygodnie naszego życia w drodze. 

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Aqua Clara, gdzie Przemek wymienił dętkę a ja zrobiłam zakupy na dalszą drogę. Potem pedałowaliśmy dalej w kierunku Parnaiby drogą drugorzędną, na której ruch znacznie się zmniejszył a okolica była bardzo przyjemna – pełna drzew i zieleni. Spokojny, cichy wieczór dobiegał końca. W trawie cykały świerszcze a słońce zbliżało się szybko do linii horyzontu. W jego purpurowym blasku na jezdni i czerwonej ziemi, kładły się nasze długie cienie. Bez trudu znaleźliśmy miejsce na nocleg za kępami wysokich traw. Cisza wieczoru i głosy przyrody przypominały nam, że takie chwile ceniliśmy najbardziej. Nie było tu wprawdzie sklepu z bułkami i dostępu do prysznica – woleliśmy jednak umyć się wodą z butelki i zjeść czerstwe pieczywo z sakwy w zamian za wyjątkowy przywilej spania z dala od cywilizacji.

Do Parnaiby dotarliśmy po dwóch dniach a w drodze na naszym liczniku wybiła jubileuszowa liczba 25 tysięcy przejechanych rowerem kilometrów 🙂

Posted Maj 7, 2015 by D&P in Brazylia

Tagged with , , ,

  Leave a comment

W Pantanalu – kajmany, kapibary i moskity 🙂 13 – 21.08.2012

Ciężkie, duszne i gorące powietrze, przepełnione sennym brzęczeniem owadów zdawało się zastygnąć w bezruchu. Bezlitosne słońce, które od wielu dni niepodzielnie władało lazurowym niebem powoli wędrowało jednak w stronę horyzontu. Nadszedł wreszcie niecierpliwie wyczekiwany moment, kiedy temperatura powolutku zaczęła opadać. Wprost nad naszymi głowami przeleciał tukan, miękko trzepocząc skrzydłami i usiadł na pobliskim drzewie. Słońce podświetlało jego okazały dziób, który przybrał płomienną czerwono-pomarańczową barwę i wyglądał niemal jak latarnia na tle nieba. Ptak zabrał się za wyjadanie owoców, przechylając głowę to w prawo, to w lewo i zręcznie posługując się swoim wielkim dziobem.

Stałam z rowerem na opustoszałej jezdni z niemiłosiernie rozgrzanym asfaltem a Przemek skrupulatnie racjonował wodę do picia z plastikowej butelki. Nie mieliśmy jej w nadmiarze… Przy wyjeździe z miejscowości Bodoquena napełniliśmy wszystkie zbiorniki na stacji benzynowej, znajdującej się na rogatkach miasteczka. Dalej ciągnął się długi zjazd. Zdecydowaliśmy się jechać, mimo problemów z klockami hamulcowymi ale rower zaraz się rozpędził a asfalt wkrótce stał się dziurawy i wyboisty. Przy prędkości ponad 60 km/h trudno było utrzymać kontrolę nad tandemem na takiej nawierzchni. Zaraz na początku zgubiliśmy pierwszą butelkę z wodą, później drugą a baniak spadł z przyczepki i ciągnął się za nami przypięty taśmą. Byliśmy już niemal na dole kiedy Przemkowi udało się wreszcie powstrzymać nasz pędzący rower sandałem Keen’a lub raczej tym, co z niego zostało… (zaczynał się rozpadać, zastępując hamulec w każdej awaryjnej sytuacji). Niestety zbiornik był już przedziurawiony i musieliśmy go wyrzucić, udało nam się jednak odzyskać jedną butelkę, która została na drodze kilkaset metrów dalej. Woda z butelki była nagrzana, przez co wydawała się niesmaczna ale dzięki temu, piliśmy tylko tyle, żeby zaspokoić pragnienie.

Następnego dnia minęliśmy Mirandę – ostatnie miasteczko na trasie, gdzie można było zrobić większe zakupy żywnościowe.  Im bardziej zbliżaliśmy się do Pantanalu, tym bardziej zauważaliśmy, że wkraczamy do świata przyrody i krainy pełnej zwierząt. O tej porze roku obszar obejmujący około 200 tys. km² powierzchni mokradeł i bagien był całkowicie pozbawiony opadów i panowała w nim pora sucha. Wielkie rozlewiska skurczyły się do niedużych sadzawek i bajorek, które stanowiły teraz jedyne źródła wody dla żyjących w tym rejonie zwierząt. Lasy pełne były ptaków a przy drodze napotkaliśmy strusie nandu, mrówkojada, jelenie i przede wszystkim kapibary, kąpiące się w jeziorkach na trawiastych równinach. Gorące powietrze dawało się jednak mocno we znaki i działaliśmy trochę jakby na zwolnionych obrotach. Kiedy tylko znaleźliśmy zacienione miejsce i mogliśmy zrobić sobie postój na posiłek zaraz zaczynały nas kąsać komary albo gzy. Najliczniejszą jednak grupą zwierząt w Pantanalu o tej porze roku wydawały się być kajmany. Z początku nie byliśmy świadomi ich obecności ale następnego wieczora po wyjeździe z Mirandy mieliśmy bliskie spotkanie z jednym z nich, które szybko uświadomiło nam jak licznym są tutaj gatunkiem! Jadąc przez trawiaste obszary wypatrzyliśmy przy drodze wjazd na fazende i postanowiliśmy w tym miejscu zatrzymać się na nocleg. Było tu poletko miękkiej trawy a wysokie kępy roślin doskonale osłaniały nas od drogi. W oddali mieliśmy natomiast bajorko z wodą. Szybko rozłożyliśmy obozowisko a ponieważ słońce nie zdążyło jeszcze się schować za drzewami, korzystając z dostępności wody, postanowiliśmy się umyć, zanim nadejdzie pora komarów. Wzięłam więc butelkę i ruszyłam do sadzawki po wodę. Przemek ostrzegł mnie z przekąsem żebym uważała na krokodyle. Prawde mówiąc wzbudziło to tylko dobroduszny uśmiech na mojej twarzy. Brzegi jeziorka były błotniste, co utrudniało nabranie wody. Wprawdzie zaraz w pobliżu brzegu z wody wystawał kamień ale znając swoje kiepskie poczucie równowagi wolałam na niego nie wskakiwać, żeby nie wylądować zamiast tego w błocie. Nabrałam więc wody, tam gdzie udało mi się sięgnąć i wróciłam do obozowiska na „prysznic”. Przemek wziął drugą butelkę i ruszył moim śladem, wkrótce jednak wrócił i kategorycznie zażądał, żebym z nim poszła nad stawek, bo nie uwierzę. Wróciłam więc nad brzeg a Przemek pokazał mi kajmana we wodzie kilka metrów od brzegu. Trochę powątpiewałam, że to łeb bestii ale gdy Przemek rzucił kamykiem w jego stronę, nie było już żadnych wątpliwości. Gad natychmiast zanurzył się w wodzie i wydać było przez chwilę jego ogon i tylne łapy. A co zabawniejsze – okazało się, że ten „kamień” przy brzegu, na który nie chciałam wskoczyć też gdzieś zginął… 

W trakcie dalszej jazdy przez Pantanal okazało się, że kajmany są wszędzie. Zamieszkiwały każde, nawet najmniejsze jeziorko oraz rzekę. Wysychające mokradła stłoczyły je w niewielkich zbiornikach wodnych, gdzie zwierzęta cierpliwie czekały na nadejście pory deszczowej.

Po wieczornej toalecie zabraliśmy się zaraz za przyrządzanie kolacji, jednak nasze zapędy zostały szybko ostudzone przez komary. Ich liczebność w Pantanalu przekraczała ilość kajmanów, kapibar i wszystkich innych zwierząt razem wziętych! Nie radziły sobie z nimi kadzidła ani krem na komary – insekty kąsały przez ubranie, wchodziły we włosy i oczy. Jedynym skutecznym rozwiązaniem byłby spray, który nadawałby się do użytku również na odzież i włosy. Niestety tego nam zabrakło. Trzeba było wyłączyć palnik i ratować się ucieczką do namiotu. Wewnątrz najpierw musieliśmy wykończyć wszystkie komary, którym udało się wtargnąć do środka, przez tę chwilę, kiedy siatka była otwarta.Kiedy już się z tym uporaliśmy z przerażeniem patrzyliśmy na całe chmary tych krwiopijców, które unosiły się w przedsionku namiotu i słuchaliśmy ich wściekłego brzęczenia.Siatka namiotu pokryta była dziesiątkami komarów, próbujących za wszelką cenę wedrzeć się do środka i wypić z nas krew! Byliśmy przekonani, że o kolacji możemy zapomnieć i będziemy musieli iść spać głodni, jako że niemożliwe było otwarcie włazu nawet na moment, choćby po to by sięgnąć po stojącą w przedsionku namiotu sakwę i wyjąć z niej paczkę ciastek. Okazało się jednak, że mamy sprzymierzeńców… W pewnym momencie zauważyliśmy, że nagle ilość brzęczących komarów zmniejszyła się o połowę. Trochę nas to zdziwiło, gdyż na dworze wciąż było bardzo ciepło i niemożliwe, żeby komarzyska chowały się po kątach przed zimnem. Wkrótce jednak sprawa się wyjaśniła – w pobliżu namiotu usłyszeliśmy charakterystyczne piski i wszystko było jasne. Na łów wyleciały ze swych kryjówek nietoperze! Zaczęły krążyć i pikować na wszystkie strony tuż przy otwartym głównym włazie a nawet w przedsionku namiotu i wyłapywać insekty, które jeszcze nie uciekły. Natychmiast ruszyliśmy im z pomocą – uderzaliśmy w ścianki namiotu i siatkę przy wejściu do sypialni, żeby komary nie mogły siadać na ścianach tylko musiały wzbijać się w powietrze i żeby nietoperze mogły jeść, jeść i jeść… Po pewnym czasie powietrze oczyściło się na tyle, że można było się ubrać w kurtkę przeciwdeszczową i wyjść na zewnątrz by dokończyć gotowanie. A gdy już wróciliśmy do namiotu i siedzieliśmy bezpiecznie za siatką pałaszując kolację, zrobiło się całkiem ciemno i przyszła pora na spektakl w wykonaniu innych mieszkańców tej polanki. Niespodziewanie wszędzie wokół zaczęły nagle migotać małe, tańczące w powietrzu światełka, jakbyśmy znaleźli się w jakiejś zaczarowanej krainie. To była pora świetlików.

Zanim dotarliśmy do drogi biegnącej przez Pantanal, tak zwanej Estrada Parque, przekraczaliśmy rzeczkę Rodrigues, gdzie znów mieliśmy okazję do bardzo bliskiego spotkania z kajmanami, które wywarło na nas niezatarte wrażenie. Zwierzęta wylegiwały się w słońcu nad brzegiem, nie wykazując nami najmniejszego zainteresowania. Były ospałe i rozleniwione, co pozwalało podejść do nich na odległość dosłownie metra (!) przyglądać się i fotografować do woli i choć widywaliśmy już krokodyle w Azji oraz w Afryce, nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji aż tak bliskiego kontaktu z tymi stworzeniami w naturalnym środowisku.

Estrada Parque była piaszczysta, porośnięta z obu stron wysokimi krzakami, które zatrzymywały wszelki ruch powietrza i potęgowały jeszcze uczucie gorąca. Nad drogą unosił się kurz, który wysuszał usta i gardło. Po przejechaniu ośmiu kilometrów dotarliśmy do mostu na rzece Miranda, przy którym znajdował się kemping dla rybaków. Ku naszej radości właściciel zaoferował nam postawienie namiotu gratis 🙂 Zamierzaliśmy teraz przeznaczyć kilka dni na odpoczynek, zresztą przy takich temperaturach trudno było cokolwiek innego robić. Zaczęliśmy od napicia się zimnego piwa… Do leniuchowania nie musieliśmy się zmuszać. Na zwolnionych obrotach, spowodowanych upałem funkcjonowali wszyscy wokół – wędkarze albo siedzieli z wędkami albo w kuchni pod dachem, wypijając niezliczone ilości piw. Miejscowi z niewielkiej sąsiedniej wioseczki siedzieli w cieniu nad rzeką lub „dyndali” w hamakach koło domów. Nawet dzieci były mniej ożywione, nie biegały, nie skakały lecz siedziały w cieniu drzew mango i rozmawiały. Życie płynęło bardzo powoli, nikt się nie spieszył a czas zdawał się biec wolniej. Oczywiście korciło nas mimo wszystko by trochę rozejrzeć się po okolicy ale nie bardzo się to udało. Ścieżki piesze, na które się natknęliśmy, zwykle po krótkim czasie kończyły się w gąszczu, z którego nie można było wybrnąć inaczej, jak tylko wrócić tą samą drogą. Wyprawa rowerem w głąb drogi prowadzącej przez park, niestety mijała się z celem, gdyż po obu jej stronach wciąż ciągnęły się prywatne tereny, ogrodzone płotem, więc po kilkunastu kilometrach zawróciliśmy i zrezygnowaliśmy z planu jazdy do Corumby przez park. Pojechaliśmy też do pousady „Passo do Lontra”, usytuowanej w lesie oraz do centrum dla turystów zwiedzających Pantanal ale i tutaj nie było żadnych dłuższych pieszych szlaków przez las. Turystyka w Pantanalu, podobnie jak i w Bonito definitywnie nastawiona jest na zamożnego turystę, którego trzeba zawieźć, nakarmić i zapewnić mu noclegi a za to wszystko oczywiście skasować górę pieniędzy. Jakąkolwiek samodzielną eksplorację terenu parku dość skutecznie się utrudnia… Zdecydowaliśmy się więc zapłacić za krótką objazdową wycieczkę po parku tak zwane „jeep safari”, która okazała się totalnym niewypałem. Przewieziono nas samochodem główną drogą parkową do następnej turystycznej fazendy, oddalonej ok. 20 km od wspomnianej Passo do Lontra ale żeby wejść na tamtejsze ścieżki trzeba było jeszcze słono zapłacić – nie mieliśmy ze sobą nawet takiej kwoty 😦 Mimo wszystko kilkudniowy pobyt w Pantanalu pozwolił nam na odpoczynek i liczne spotkania ze zwierzętami, które miały miejsce podczas naszych dzikich noclegów i krótkich spacerów wokół rzeki. Napatrzyliśmy się na kapibary, małpy, mnóstwo kolorowych ptaków, widzieliśmy też sporą anakondę, którą pokazali nam miejscowi nad rzeką a ja doświadczyłam bardzo bliskiego spotkania z ogromnym ptakiem żabiru, który kompletnie zaskoczył mnie swoimi rozmiarami –  był tylko niewiele niższy ode mnie!!! Ptaki te osiągają 140 cm wysokości a rozpiętość ich skrzydeł wynosi nawet 260 cm! Kiedy jednak wspominamy pobyt w Pantanalu to miejsce zawsze najbardziej kojarzy nam się z niezliczoną ilością kajmanów 🙂

.

  Leave a comment

Bonito i nurkowanie Succuri 6.08-12.08.2012

Jechaliśmy drogą w palącym słońcu, przy której nie było drzew ani odrobiny cienia. Ruch był niewielki a popołudnie tak senne i leniwe, że wydawało się jakby czas przestał płynąć. Sporadyczne podmuchy wiatru wprawiały w ruch ziarenka kukurydzy, leżące na poboczu, które toczyły się po asfalcie, błyszcząc w słońcu jak małe bursztyny. Czuliśmy jak ubrania lepią się do skóry a zmęczone upałem i wysiłkiem nogi, kręciły pedałami już chyba tylko z przyzwyczajenia. Otaczały nas pola i brazylijskie „fazendy”. Nadszedł czas, gdy po szesnastu miesiącach pedałowania wróciliśmy do Brazylii, kraju w którym rozpoczęła się nasza rowerowa wędrówka wokół kontynentu. 

Po przejechaniu granicy w Punta Pora od razu otoczyła nas rzeczywistość, stworzona przez społeczeństwo znacznie bardziej zamożne. Mnóstwo sklepów, kliniki dla zwierząt, salony urody i fitness, porządne samochody na ulicach a do tego język portugalski, który w naszych uszach brzmiał całkowicie obco. Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę jak podczas roku podróżowania zaznajomiliśmy się z hiszpańskim i jakie poczyniliśmy postępy bez żadnego wkładu w naukę! Potrafiliśmy przecież jakoś porozumieć się z ludźmi, odpowiedzieć na proste pytania i uzyskać potrzebne nam informacje – to zmieniało naprawdę wiele. Kiedy natomiast wieczorem zatrzymaliśmy się na nocleg przy małym, drewnianym sklepiku, którego właściciel usilnie próbował z nami porozmawiać, z przykrością stwierdziliśmy, że nie rozumiemy z tego nic… Jednakże, jak pamiętaliśmy z naszych pierwszych doświadczeń,  Brazylia i jej mieszkańcy jawili nam się jako ludzie pełni pozytywnej energii. I gdy teraz wróciliśmy tu po ponad roku, z radością odkryliśmy, że to wrażenie pozostało niezmienione. „ Brazileiros”, wiadomo – przyjacielscy ludzie – i na kolejnym noclegu, w szkółce leśnej, przy produkcji sadzonek, oprócz miejsca na namiot dostaliśmy możliwość skorzystania z prysznica, a do tego obiad i zimne piwo 🙂 W pamięci pojawiały się chwile i obrazy z początków podróży, kiedy gościnność Brazylijczyków zadziwiała nas wielokrotnie. Gdzieś w odległych jej zakamarkach zaczęły też przypominać się nam pojedyncze słowa z ich języka.

Nie zabrakło również interakcji międzyludzkich całkiem zabawnych! W dużym mieście Dourados, Przemek nieświadomy, że pod aparycją zakurzonego, zarośniętego wędrowca, wciąż jeszcze kryje się jego urok osobisty, stał się obiektem bezpruderyjnych zalotów 🙂 Podczas gdy ja przepadłam w markecie spożywczym by uzupełnić zapasy na dalszą drogę, pewien seksowny młodzian usilnie namawiał Przemka na spotkanie w swoim mieszkaniu. Nie kryjąc pożądania owo brazylijskie „ciacho” zachwalało swoje przyrodzenie z dumą twierdząc, że posiada „buena penis”. Cóż … jednak Przemek był nieczuły na jego wdzięki, mimo, że został nawet poklepany po własnym penisie! Za to z wielkim entuzjazmem machał do mnie ręką kiedy wyszłam ze sklepu by się ów amator amorów na mój widok opamiętał 🙂 Były jednak i pozytywne efekty spotkania – seksowny młodzieniec narysował szczegółową mapkę, dzięki której bez problemu wyjechaliśmy z miasta. I jak tu Brazylijczyków nie lubić?

W ciągu następnych dni, minęliśmy kolejne miejscowości na trasie: Itapora i Maracaju. Dalej skierowaliśmy się w stronę turystycznej miejscowości Bonito aby dotrzeć do jednej z krystalicznie czystych rzek, znajdujących się w tamtym rejonie. Nie mając dokładnej mapy, zjazd na Rio Prata przegapiliśmy i późnym popołudniem znaleźliśmy się w Bonito. Jest to ekoturystyczna miejscowość, wokół której znajduje się sporo różnych atrakcji lecz niestety w wysoce wygórowanych cenach. Z pewnością nie jest to oferta skierowana do niskobudżetowych obieżyświatów. Pozostawało nam ruszyć w stronę rzeki Succuri, chociaż mieliśmy pojęcie, że koszt tej przyjemności niski nie będzie. 

Czerwona droga, raczej piaszczysta prowadziła do prywatnej fazendy, gdzie miała swój początek rzeka Succuri. Roślinność pokryta była rdzawym pyłem, który wzbijał w górę każdy przejeżdżający tamtędy pojazd. Jeden nocleg spędziliśmy przy drodze, oblepiając się całkowicie czerwonym kurzem. Mieliśmy za to okazję podziwiać z bliska pająka tarantulę, którego norę odkryliśmy obok namiotu oraz przepiękne kolorowe ary i tukany. Upał nie odpuszczał i kiedy następnego dnia dotarliśmy do małej plaży nad jeziorkiem aż nam się oczy zaświeciły na myśl o kąpieli. Szybko przywołała nas jednak do rzeczywistości cena wstępu na plażę – równowartość 70 zł!!! Trzeba by było spędzić na plaży cały dzień by miało to jakiś sens ale wówczas koszty byłyby wyższe. Przy wejściu na plażę znajdowała się bowiem tablica informacyjna, bez skrupułów zakazująca wnoszenia na teren kąpieliska własnej żywności i napojów, w które należało się zaopatrywać w lokalnej restauracyjce. Prawdziwy terror, zmyślnie napędzający krwiopijczą, turystyczną machinę… W minutę już nas tam nie było! Jednak przyjemność snurkowania w Succuri, jak się można było domyślać trzepnęła nas po kieszeni znacznie bardziej. To był najdrożej spędzony dzień w trakcie  podróży ale tez, bez owijania w bawełnę, najbardziej luksusowy. Za wstęp na fazendę i nurkowanie trzeba było zapłacić ponad 200 reali, co było wydatkiem większym niż załatwienie tego samego przez biuro w Bonito! Jednakże nie był to czas na oszczędzanie a tym bardziej na wracanie do miasta. Uiściliśmy należność w kasie by momentalnie przenieść się do całkiem innego świata. Świata dla turystów z pełnym portfelem, do którego dwóch obdartusów z rowerem zdecydowanie nie pasowało i gdzie wzbudzaliśmy… zainteresowanie czy raczej zaskoczenie? Mniejsza z tym – zapłacone trzeba było korzystać. Zaczęliśmy od długiego prysznica w czystych kabinach z pachnącymi środkami higienicznymi. Następnie wliczony w cenę obiad – szwedzki bufet z mnóstwem surówek, przystawek i nieograniczoną ilością dokładek 🙂 a po posiłku basen i leżaki w cieniu tropikalnego ogrodu. To był bajkowy świat. Zamiast zakurzonej, piaszczystej drogi nagle  mieliśmy wokół siebie rajski ogród, pełen ptaków i szumiących wodnych kaskad oraz turystów, którzy przybywali tu porządnymi autami lub małymi awionetkami. Nurkowanie w Succuri to zdecydowanie fajne doświadczenie. Maski, rurki oraz piankowe kombinezony dostarczane przez organizatora były dobrej jakości i w doskonałym stanie, dzięki czemu obserwacja podwodnego świata to prawdziwa przyjemność. Prąd w rzece jest niezbyt szybki i samoistnie unosi snurkujących. Kryształowo czysta woda nigdy nie ulega zmąceniu i sporej wielkości ryby można obserwować z bliska, zupełnie jak w wielkim akwarium. Bardzo żałowaliśmy, że nasza kamera straciła swoje wodoodporne właściwości i nie było szansy utrwalić tego na filmie. Cały spływ trwa ok. 1 – 1,5 godziny, w związku z tym piankowe kombinezony raczej się przydają, szczególnie rowerzystom, nie posiadającym nadmiernych zapasów tłuszczu pod skórą 🙂 

Bajkową fazende opuściliśmy późnym popołudniem. Bez wątpienia ten dzień znacznie odbiegał od standardu, do którego przyzwyczajony jest rowerzysta w podróży ale z pewnością ta odrobina luksusu nam nie zaszkodziła 🙂

  Leave a comment

Puerto Iguazu – wielkie starcie „my kontra dętka” 9-16.07.2012

Droga do Iguazu wystawiła naszą cierpliwość na wielką próbę. Trudności, z którymi musieliśmy sobie radzić w ciągu wielu miesięcy podróży, wykształciły w nas mocno opanowaną postawę i kreatywne podejście do wszelakich problemów. Mówiąc wprost nie przejmowaliśmy się zbyt wieloma sprawami jednak niewiele rzeczy może być tak deprymujących dla rowerzysty jak powtarzające się awarie roweru! I właśnie z tym, nie pierwszy raz niestety, przyszło nam się zmierzyć.

Problemy zaczęły się wkrótce po opuszczeniu Obery. Mimo chłodnej i pochmurnej pogody wyjechaliśmy wcześnie ale w drodze zatrzymała nas awaria koła. Jechaliśmy w pagórkowatym terenie i tuż przed wjazdem do miasteczka Dos de Mayo pękła kolejna szprycha. Do miasteczka wiódł stromy podjazd więc pchaliśmy rower pod górę, żeby oszczędzić pozostałe szprychy ale na niewiele się to zdało. Braki były już zbyt duże i skutkiem tego koło nieźle zwichrowane zaczęło ocierać o ramę. Dotarliśmy pod opustoszały market na skraju miasteczka, który zamknięty był z powodu obchodzonego tu święta 9 lipca. Usiedliśmy na pustej ławeczce i nie pozostawało już nic innego jak tylko zabrać się za wymianę szprych i centrowanie koła by doprowadzić nasz rower do stanu używalności. W dzień świąteczny, w podziurawionych ubraniach, zrzuciliśmy cały nasz brudny załadunek z roweru i na chodniku przed sklepem Przemek ze stoickim spokojem zabrał się za nie wiadomo już którą w trakcie tej długiej podróży naprawę. A trzeba dodać, że nie było to łatwe zadanie, gdyż szprychy jakie jeszcze znalazły się w zakamarkach przyczepki były oczywiście w różnych rozmiarach i trzeba było tworzyć różne kombinacje, żeby je jakoś dopasować. Spędziliśmy mnóstwo czasu przy markecie Austral ale w końcu Przemkowi udało się „postawić rower na nogi”. Mieliśmy nadzieję, że dotrzemy do Iguzau bez kolejnych napraw ale czas miał pokazać, ze bardzo się myliliśmy. Tymczasem następnego dnia, po mozolnej i nieco leniwej jeździe dotarliśmy do „storczykowego” miasteczka Monte Carlo. Zatrzymaliśmy się przy informacji turystycznej, żeby popatrzeć na mapę a tam zjawiła się zaraz, ni stąd ni zowąd, miła pani oferująca nam nocleg w pobliskich kabanas za przystępną cenę 40 pesos. Przemkowi się na to oczy zaświeciły i jechać dalej nie chciał, mimo, że z 40 pesos zrobiło się 60 a na liczniku mieliśmy zawrotny dystans niecałych 40 km! Jednak biorąc pod uwagę, że gorący prysznic mieliśmy okazję wziąć 9 dni temu (!) zostaliśmy w domku. Od ostatniego noclegu pod dachem minęły natomiast ponad dwa miesiące i może dlatego tak dziwnie nam się spało w łóżku i wierciliśmy się przez całą noc.

Kolejnego dnia wyjechaliśmy wcześnie i przemierzaliśmy pagórkowatą drogę wśród plantacji ostrokrzewu i tartaków. Wkrótce jednak tylne koło przypomniało nam o swoim istnieniu… Zaczęło z niego uchodzić powietrze i co kilka kilometrów wymagało dopompowania. Opona też wyglądała kiepsko. W takich okolicznościach jazda szła opornie i w końcu znów trzeba się było zabrać za naprawę.  A więc ponowne: rozpakowanie całego roweru, zdjęcie koła i załatanie dętki i zapakowanie wszystkiego z powrotem. Jednak udało nam się przejechać ledwie kilka kilometrów, kiedy z opony w kole znów zrobił się kompletny flak! Ponowny postój i ponowna reperacja. Okazało się, że łatki nie trzymają. Przemek nakleił nowe ale i te nie były dobrej jakości i powietrze nadal trochę schodziło. Byliśmy pewni, że jutro ten problem znów nas gdzieś zatrzyma 😦 Niestety nasze obawy szybko się sprawdziły. Rano, po noclegu w lesie, w tylnym kole roweru powietrze znowu zeszło całkowicie! Cóż było robić… Ja zajęłam się śniadaniem a Przemek łataniem dętki po raz trzeci! Wyjechaliśmy nieco później niz planowaliśmy. Jednakże pogoda była nienajgorsza i mieliśmy nadzieję, że dziś bezwzględnie dotrzemy do Puerto Iguazu ale i tym razem się pomyliliśmy.

Wkrótce dotarliśmy do miasteczka Wanda, które znane jest w okolicy z kopalni minerałów. Dla nas było jednak ciekawe z innego względu – miejscowość Wanda została utworzona przez Polaków. Przy wjeździe do miasteczka przybyszów pozdrawia polski napis „witamy” a w odległości nie większej niż kilometr, znajduje się drewniany kościółek o nazwie Częstochowa, wybudowany przez polskich osadników w 1945 roku. Już wcześniej Argentyńczycy mówili nam, że w prowincji Missiones mieszka wielu Polaków i rzeczywiście dostrzegaliśmy swojsko brzmiące nazwiska na samochodach firm przewozowych czy linii autobusowych. Miasteczko Wanda i kościółek Częstochowa, to były jednak absolutnie niezaprzeczalne dowody polskiego osadnictwa w tym rejonie. Niestety my mieliśmy  problemy. Dętka znowu straciła powietrze i nie nadawała się do jazdy. Kolejny postój przy drodze i łatanie. Najlepszym rozwiązaniem byłby oczywiście wjazd do miasteczka i kupno nowej dętki ale na nasze nieszczęście właśnie rozpoczynała się siesta i na otwarcie sklepów musielibyśmy czekać aż do godziny 17.00. W końcu ruszamy dalej ale po przejechaniu kilku kilometrów problem powraca i jesteśmy dokładnie w tej samej sytuacji: dętka bez powietrza, jazda niemożliwa, łatanie po raz czwarty! Kiedy po przejechaniu ledwie kilometra sytuacja znów się powtórzyła, czułam, że jestem u kresu wytrzymałości. To był jakiś zupełny obłęd. Ileż razy można łatać tę samą dętkę?! Mieliśmy ostre spięcie w naszym duecie – ja postanawiam zatrzymać jakieś auto i zabrać się stopem do Iguazu by kupić tam w końcu nową dętkę i zakończyć tę farsę ale Przemek „z uporem maniaka” bierze się za piąte łatanie. Siedzimy przy drodze – on zakleja dziurę a ja czuje jak dosłownie zalewa mnie frustracja. Masakra. Jazda na tandemie wymaga współdziałania i choć wydaje nam się, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, bywały takie momenty, które nieźle targały naszymi emocjami! 

W między czasie Przemek wpadł na pomysł by zamienić dętki – tę felerną dać na przednie koło, żeby w razie kolejnej awarii uniknąć konieczności ciągłego rozpakowywania roweru i odpinania przyczepki – by zdjąć przednie koło wystarczy tylko zdjąć przednie sakwy. Ostatecznie tak właśnie zrobiliśmy i po piątym łataniu ruszamy dalej. Koło nie traci powietrza, więc oddalamy się od zjazdu na Wandę w stronę Iguazu. Ale licho nie śpi! Wkrótce wymieniona dętka w tylnym kole po prostu się przebiła!!! Nie do wiary! Postój, rozpakowanie roweru i łatanie po raz szósty… Głodni i wściekli dojechaliśmy do wioski Libertad, gdzie po zakupieniu żywności rozpytywaliśmy miejscowych o sklep rowerowy. Było już jasne, że tego dnia do Puerto Iguazu nie dojedziemy a trzeba było położyć wreszcie kres temu szaleństwu! Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w wiosce są polscy księża. Trochę już zdesperowani, przechodząc przy kościele, zapukaliśmy więc do drzwi plebani i do księdza, który się pojawił, przemówiliśmy po polsku „dzień dobry” wprowadzając go w spore zadziwienie. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, gdzie możemy zakupić dętki a przy okazji ksiądz zaproponował nam miejsce na namiot przy kościele i ciepły prysznic. To był wreszcie jakiś pozytywny zwrot sytuacji 🙂

Mieliśmy nadzieję, że następnego dnia sprawy ułożą się lepiej ale… 

Rano nieszczęsna dętka w przednim kole (ta felerna) została wymieniona na nową. Tylna (przebita poprzedniego dnia) mogła być tylko załatana, gdyż niekompatybilny wentyl nie pozwolił na wymianę a niestety innych modeli w miasteczku Libertad nie było. Podziękowaliśmy księdzu, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Wkrótce poczuliśmy pewną ulgę. Jechało się dobrze, rower nie sprawiał problemów, mieliśmy dobre tempo. Droga zrobiła się niemal płaska. Indianie w drewnianych chatach sprzedawali plecione ręcznie kosze oraz sadzonki storczyków, minęliśmy zaporę i jezioro Urugway. Wreszcie gdy już niemal uwierzyliśmy, że nam się uda, gdy dotarliśmy do skraju miasteczka Puerto Iguazu nagle traaach i dętka, w tylnym oczywiście kole, przebita! Oznaczało to, ni mniej ni więcej, tylko jedno: postój, rozpakowanie bagaży i siódme łatanie w ciągu 3 dni! Przemek bierze się za naprawę, ja ruszam w miasto na poszukiwanie kempingu, który miał być przy głównej drodze. Niestety tym razem nie powiodło się nikomu. Przemek nie dał rady załatać dętki a ja nie znalazłam kempingu ani nie udało mi się uzyskać informacji gdzie on jest 😦

Nie mieliśmy wyboru, nie mogliśmy przecież stać przy drodze, trzeba było rower bez powietrza w tylnym kole, wyprowadzić na górkę, którą prowadziła droga przy wjeździe do miasta by znaleźć jakiś nocleg. Wkrótce jednak sytuacja jeszcze się pogorszyła. Ostatecznie dowiedzieliśmy się, że kemping już nie funkcjonuje a w między czasie, jak można było się spodziewać, pozbawiona powietrza dętka porwała się na strzępy pod ciężarem roweru. Znowu utknęliśmy. Rower strasznie ciężki i trudno ciągnąć go z uszkodzonym kołem. Do centrum jeszcze kawałek drogi a w dodatku pora siesty – nic nie da się kupić. Czekanie na otwarcie sklepów a potem naprawa roweru potrwałyby do wieczora a my nie mieliśmy świateł by jeździć po zmroku. Poza tym trzeba było jeszcze znaleźć jakiś nocleg w przystępnej dla nas cenie, co mogło się okazać trudne zwłaszcza, że w pobliżu widzielismy drogie kompleksy i hotele z basenami, gdzie za postawienie namiotu żądano od nas równowartość 100 zł…

W pewnej chwili jednak Przemek, który ma zwyczaj kolekcjonowania zbędnych rzeczy, przypomniał sobie, że wczoraj nie wyrzucił starej dętki lecz mamy ją jeszcze w przyczepce. Wiadomo było, że kolejne łatanie nie miałoby sensu ale w pobliżu zauważyliśmy „gomerie” ( wulkanizator) i była szansa, że może w warsztacie coś jeszcze z tą nieszczęsną dętką zrobią. Ku naszej radości udało się. Dętkę załatano a my po raz kolejny musieliśmy rozpakować rower i zająć się tylnym kołem. To była siódma naprawa. Uff…Wreszcie jednak postawiliśmy na swoim i rower znów był gotowy do jazdy. Na kemping dotarliśmy już po zmroku, dzięki pomocy lokalnego rowerzysty, który poprowadził nas nad rzekę, w zachodnim krańcu miasta. Jednak miejsce noclegowe wiele tańsze niż przy hotelu nie było a do tego znaleźliśmy się daleko od centrum. Kemping był naprawdę fajny. Położony w tropikalnym ogrodzie, nad rzeką Parana, za którą rozciąga się już terytorium Paragwaju. My jednak potrzebowaliśmy czegoś tańszego i bliżej centrum, tym bardziej, że w chwili obecnej na rower nie można było liczyć. 

Spędziliśmy na kempingu jedną noc a rano z „duszą na ramieniu” wróciliśmy do centrum. Na szczęście koła wytrzymały i ostatecznie zatrzymaliśmy się w hostalu Pop Natura, który miał ogród, gdzie można było zostawić rower i znajdował się niedaleko dworca autobusowego, skąd odjeżdżały busy do wodospadów. Mimo, że było po sezonie cena wynosiła 60 pesos/osoba za nocleg w dormitorium. Jednak turystów wokoło mnóstwo, więc nie było powodu by obniżać ceny a najtańsze noclegi trzeba rezerwować z wyprzedzeniem! Zadomowiliśmy się na łóżkach przy oknie, przez które bez problemu mogliśmy wpakować nasz dobytek do środka 🙂

Puerto Iguazu, jak się można było spodziewać, to typowo turystyczne centrum z restauracjami, hotelami dla turystów, sklepikami z pamiątkami i naganiaczami. Na obrzeżach miasta znajduje się także schronisko dla zwierząt, które przywracane są tutaj do naturalnego środowiska. Park jest udostępniony do zwiedzania dla turystów w cenie 50 pesos za osobę. Poza centrum rozciąga się natomiast sieć uliczek, gdzie toczy się codzienne życie zwykłych mieszkańców tego miejsca, nie związanych z turystyką. Tutaj większość dróg jest bez asfaltu a zamiast restauracji i sklepów z pamiątkami królują małe sklepiki spożywcze i zwykłe „comedory”. Niestety sklepu rowerowego nie udało nam się znaleźć, tymczasowo jednak problem koła został rozwiązany ale na zwiedzanie wodospadów postanowiliśmy się jednak wybrać autobusem.

%d blogerów lubi to: