Archive for the ‘Boliwia’ Category

  Leave a comment

Przez Uberlandię i Vario de Minas – naznaczeni trudami podróży 1-11.09.2012

Coraz bardziej odczuwaliśmy zmęczenie długą wędrówką. Niełatwe tereny do jazdy w Brazylii w połączeniu z wysokimi temperaturami eksploatowały nas jeszcze mocniej. Ogromny przejechany dystans i stosunkowo niewielka liczba dni odpoczynku podczas wyprawy odciskały swoje piętno zarówno na nas, jak i na rowerze. Bardzo brakowało już tej inspirującej motywacji, która przez wszystkie miesiące porywała nas, do nieraz ogromnego wysiłku i pozwalała cierpliwie znosić niedogodności i trudy napotykane w drodze. Czekało nas już tylko pedałowanie w kierunku Salvadoru a potem powrót do domu i choć cieszyliśmy się na spotkanie z bliskimi, prawda była jedna – wcale nie chcieliśmy wracać… Przez ponad 500 dni podróży wciąż pchała nas do przodu ciekawość świata i młodzieńczy entuzjazm. Wiedzieliśmy, że druga taka szansa może nam się już nie przydarzyć, więc czerpaliśmy z tej okazji pełnymi garściami i odpoczywaliśmy tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Czuliśmy, że potrzeba gruntownego odpoczynku byłaby niezbędna, gdyby nasza wyprawa mogła trwać dłużej, jak również wymiana roweru na nowy. Niestety nic nie było w stanie zmienić faktu, że wypracowane i pieczołowicie oszczędzane przez ponad dwa lata fundusze powoli się kończyły. Wciąż cieszyliśmy się jeszcze wolnością i swobodą przemierzania wielkich przestrzeni,  które napawały człowieka radością ale nasze myśli coraz częściej skupiały się na powrocie. Rower coraz gorzej znosił trudy wędrówki a nasze rodzime linie „LOT” od wielu tygodni rzucały nam kłody pod nogi, związane z jego transportem i w powietrzu „wisiało” podjęcie trudnej decyzji, czy nie trzeba go będzie jednak w Brazylii zostawić – ale jak można zostawić przyjaciela…

Droga za Parnaibą zrobiła się wręcz fatalna – pokryta muldami, jakby niedbale narzucono asfalt łopatą a na tym znajdowała się warstwa nierównych łat, jedna na drugiej. Pod wieczór dotarliśmy do mostu na olbrzymiej rzece Parana, którą przekraczaliśmy już po raz trzeci – w Argentynie, Paragwaju i obecnie w Brazylii. Wkrótce zmniejszyła się ilość drzew na trasie i jechaliśmy głównie pośród plantacji trzciny cukrowej. Mijaliśmy też prawdziwe „mrówcze metropolie”, na które składały się pola usiane kopcami budowanymi przez mrówki. Niektóre z tych okazałych budowli, osiągały ponad 2 metry wysokości! Na skraju jednego z trzcinowych pól znaleźliśmy sobie miejsce na namiot i wieczorem wypiliśmy wspólnie litrową butlę piwa, żeby uczcić 25 tysięcy przejechanych kilometrów 🙂

Pokonując cierpliwie „buracos na pista” (dziury na drodze) minęliśmy miejscowość Campina Verde. Podsycani ciągłym pragnieniem, od farmera sprzedającego pomarańcze przy drodze, kupiliśmy cały worek tych orzeźwiających owoców, gdyż jak to zwykle w takich przypadkach bywa, mniejszych porcji się nie sprzedaje i trzeba było niestety wrzucić dodatkowy ciężar na „plecy naszego wierzchowca”. Kolejnego dnia dotarliśmy do miasta Prata, położonego na pagórkowatym terenie, gdzie jeżdżenie ciężkim rowerem bez hamulców było raczej ryzykowne, do tego w samym centrum złapaliśmy jeszcze gumę w tylnym kole 😦 Okazało się, że przepuszcza łatka przyklejona kilka dni temu – trzeba więc było najpierw załatać łatkę, następnie zapakować rower, znaleźć sklepik rowerowy i kupić nową dętkę a potem raz jeszcze rozpakować rower, wymienić dętkę a na końcu oczywiście znowu wszystko spakować… Ledwo wyjechaliśmy z miasta, kiedy na stromym zjeździe pękła szprycha i w sumie mieliśmy już 5 uszkodzonych w tylnym kole. Jazda była już zbyt ryzykowna – pozostawało rozłożyć obozowisko i zabrać się za naprawę – po raz trzeci w ciągu tego dnia. 

Około czterdziestu kilometrów przed większym miastem Uberlandia ruch na drodze znacznie się wzmógł i jechało się nam bardzo nieprzyjemnie a nawet stresująco, biorąc pod uwagę fakt, że teren wciąż był pofałdowany i wciąż brakowało nam hamulców… Zanim dotarliśmy do miasta, w drodze spotkaliśmy entuzjastycznego Brazylijczyka, który zatrzymał auto i koniecznie chciał nam zrobić zdjęcia, powiedział, że mieszka w Uberlandii – to znaczy mówił znacznie więcej i szybko ale tylko kilka rzeczy zrozumieliśmy 🙂 Jednakże kiedy następnego dnia dotarliśmy do Uberlandii, wkrótce w tym całkiem sporym mieście, ni stąd ni zowąd,natknęliśmy się znowu na naszego nowego znajomego. Sandrao, który przyjechał na swoim porządnym rowerze, z daleka nas rozpoznał. Wyjaśnił nam gdzie znajduje się sklep, w którym mieliśmy nadzieję kupić wreszcie klocki hamulcowe. Niestety – po raz kolejny się zawiedliśmy. Sandrao był również zmartwiony, pojechał nawet do domu sprawdzić, czy nie znajdzie klocków w jakichś swoich zapasach ale i on takowych nie posiadał. Cóż było robić – pozostawało jechać dalej nie mając hamulców 😦 Życzliwy Sandrao w towarzystwie trzech swoich córek poprowadził nas przez miasto by wskazać nam drogę wyjazdową. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na pożegnanie i ruszyliśmy przed siebie. Jak się jednak okazało, nie było to jeszcze ostatnie spotkanie!  Następnego dnia, kiedy pedałowaliśmy już całkiem daleko od Uberlandii, nagle na drodze zatrzymał się samochód, z którego wysiadł nasz przyjaciel Sandrao! Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że facet przywiózł ze sobą potrzebne klocki hamulcowe oraz tarczę, wszystkie niezbędne narzędzia a nawet mechanika 🙂 W kilkanaście minut nasz rower został doprowadzony do porządku – mieliśmy założone nowe klocki i tarczę. Dostaliśmy drugi komplet na wymianę i w dodatku facet nie chciał od nas ani grosza! Zabrał sobie tylko na pamiątkę starą tarczę, która była już cienka jak listek, by pokazać przyjaciołom jak wygląda coś takiego po przejechaniu 25 tys. km 🙂 Byliśmy wdzięczni z całego serca i dziękowaliśmy serdecznie, a on na to: „nie mógłbym spać spokojnie, gdybym pomyślał, że jedziecie po tych górkach i dziurach bez hamulca!”. Powtórzę więc zatem raz jeszcze: Jak tu nie kochać Brazylijczyków?

Zmierzając dalej w stronę Vario de Minas często napotykaliśmy na lokalne pożary. Mniejszymi ogniskami zapalnymi nikt się tu specjalnie nie interesował, dopóki nie zagrażały ludziom lub domom. Płonące trawy, zarośla czy nawet drzewa nie były tu niczym niezwykłym. Jednak nam, podróżującym rowerem, utrudniały życie. Gryzący dym oślepiał a żywy ogień, płonący przy samym poboczu, zmuszał nas do jazdy środkiem drogi i to na „pełnej mocy silników”, byśmy się nie usmażyli. Dziękowaliśmy w myślach, że przynajmniej nie musimy się już borykać z problemem hamulców. Jednak dotkliwy upał sprawiał, że mieliśmy ochotę na leniuchowanie w hamaku pod drzewem a nie pedałowanie w słońcu po górkach. Niestety czas nas gonił coraz bardziej. Znów mieliśmy po drodze problemy z tylnym kołem i trzeba było dokonać kolejnych napraw. Rower potrzebował gruntownego przeglądu i wymiany części na nowe, choć i tak dobiegał powoli kresu swoich możliwości. Na ramie pojawiło się poważne pęknięcie i wiedzieliśmy, że nawet jeśli ostatecznie uda nam się przetransportować go do Polski, po renowacji będzie się nadawał jedynie na relaksacyjne wycieczki bez bagażu… 

Po wyjeździe z Vario de Minas, znaleźliśmy sobie sympatyczne miejsce na nocleg. Było ciepło i spokojnie a niebo rozświetlone niezliczoną ilością gwiazd. Leżałam wygodnie na swojej macie wpatrując się w to niebo przez otwarty właz namiotu. Przemek siedział jeszcze na zewnątrz popijając kawę ze swojego wysłużonego kubeczka i patrzył w mrok. Zarys jego sylwetki widoczny był w nikłym blasku świeczki i patrząc na niego zastanawiałam się o czym teraz myśli. Pewnie nie o życiu i ludziach, tak jak ja, raczej o konstrukcji jakiejś rzeczy… To chyba dobrze, że jesteśmy jednak trochę różni i dobrze, że mimo wszelkich starć w drodze, znów udowodniliśmy sobie, jak zgraną potrafimy tworzyć drużynę. Słychać było jak wiatr szeleścił liśćmi palm, które rosły na pastwisku obok namiotu. Nadchodziła pora na sen.

Reklamy

  3 Komentarze

Niezwykły świat Eduardo Avaroa 27.12.2011-6.01.2012

Odkryliśmy jeden z podróżniczych krańców świata! Ukryty w południowym zakątku Boliwii pełen zachwycających krajobrazów  Rezerwat Eduardo Avaroa. Na naszym tandemie przemierzyliśmy piaszczystą drogą obszar od Laguny Verde do Laguny Colorada i był to dla nas  najtrudniejszy odcinek drogi w tej podróży. „Jak nie drzwiami, to oknem” – mawiają niektórzy i to powiedzenie chyba dobrze oddaje naszą determinację. Nie udało się dotrzeć do rezerwatu drogą przez pustkowia Boliwii, to dojechaliśmy tam z Chile bo nie poddajemy się łatwo 🙂
Przez pustynię dotarlismy rowerem do położonej na jej wschodnim skraju oazy – San Pedro de Atacama. Oaza zawsze cieszy i jest uroczym, przyjaznym miejscem, jednak San Pedro jest na wskroś turystyczne. Upakowane nachalnie w centrum biura podróży, sklepiki z pamiątkami i turystyczne restauracje trochę drażnią. Przez nie miejscowość straciła swój charakter a lokalni mieszkańcy zginęli w tłumie białych turystów. Przyciągają ich tu chyba liczne ciekawe miejsca znajdujące się wokół i łatwo dostępne, dzięki wspomnianej szerokiej gamie usług turystycznych. My nie czuliśmy w San Pedro klimatu oazy, zagubionej na skraju pustyni ale zostać tu na kilka dni było wygodnie i drogo… Dla nas mieścinka stała się doskonałą bazą wypadową do podjęcia kolejnej próby dotarcia do ukrytego w Boliwii świata Eduardo Avaroa. Na kampingu w San Pedro zostawiliśmy przyczepkę i wszystkie zbędne rzeczy i zaopatrzeni w zapasy wody, żywności, trochę ciepłych ubrań i nowy namiot, kupiony za grosze w markecie w Calamie, ruszyliśmy w kierunku Boliwii. Czekał nas od razu niezły podjazd z powrotem w wysokie góry. San Pedro jest położone na wysokości niewiele ponad 2400 m. n.p.m. i stroma drogą prowadzącą w kierunku granicy musieliśmy pokonać 2200 m. w górę na odcinku 40 kilometrów. Po drodze mijaliśmy pola minowe, które zabezpieczają granice pomiędzy dwoma państwami – biednym i bogatym i zaraz przypomniał mi się „mur berliński”, który pamiętam z czasów wczesnej młodości. Mało sympatyczny był to widok. Po kilku godzinach od wyjazdu z gorącego o tej porze roku San Pedro od razu dało się odczuć spadek temperatury i chłodny wiatr, a wiedzieliśmy, że w górach warunki będą jeszcze trudniejsze. W Boliwii trwała przecież w najlepsze pora deszczowa… Kiedy wdrapaliśmy się na przełęcz zobaczyliśmy odludną, piaszczystą drogę odchodzącą od pięknego chilijskiego asfaltu w stronę górzystych pustkowi, położonych u stóp wulkanu Lincancabur. Po przejechaniu kilku kilometrów dotarliśmy do samotnej „budy” w towarzystwie szlabanu, położonej na kompletnym pustkowiu. To było przejście graniczne do Boliwii w miejscowości Hito Cajon. Urzędnik wstawił nam pieczęć do paszportów i zaraz ostrzegł, że za wjazd do rezerwatu będziemy musieli zapłacić. Niemało bo 150 bolivianów od osoby, podczas gdy miejscowi płacą tylko 30! Na szczęście wiedzieliśmy o tym wcześniej i mieliśmy przygotowane pieniądze. Często jednak zdarza się, że nieświadomi tak wysokiej opłaty rowerzyści przybywający z drugiej strony, z zamiarem opuszczenia Boliwii, po prostu nie mają ze sobą wystarczającej ilości gotówki. Niespodziewanie przy szlabanie granicznym natknęliśmy się na innych indywidualnych turystów, co jest tu raczej rzadkością. To było bardzo miłe spotkanie bo turystami, podróżującymi starą, terenową Toyotą, okazali się nie Niemcy, Amerykanie czy Francuzi ale Czesi. Poczuliśmy się prawie jak byśmy spotkali „rodaków” i nawet mogliśmy sobie porozmawiać, bo przecież nasze języki są na tyle podobne, że możemy się nawzajem zrozumieć. Czesi zaopatrzyli nas w butelkę wody,  przejechaliśmy granicę i w silnym wietrze, podążyliśmy dalej przed siebie pustą drogą. Po około 7  kilometrach dojechaliśmy do zabudowań strażników rezerwatu. W pobliżu widzieliśmy już jasną taflę wody Laguny Blanca, położonej tuż przy wjazdu do rezerwatu. Uiściliśmy wspomnianą już opłatę wjazdową i podjechaliśmy rowerem do schroniska, żeby uzupełnić zapasy wody. Nie było z tym problemu – wodę, podobno nawet zdatną do picia, dostaliśmy za darmo. Laguna Blanca, mimo, że znacznie mniej popularna od sąsiedniej Laguny Verde też jest śliczna. W blasku słońca rzeczywiście wydawała się biała i już tutaj widzieliśmy, po raz pierwszy na terenie tego rezerwatu, piękne, różowe flamingi. Prowadząca przez rezerwat drogą, która do najlepszych nie należy, podążyliśmy w stronę Laguny Verde. Jednak nasz rower, bez przyczepki i części bagażu, radził sobie bardzo dobrze, pomimo, że jako tandem i tak zawsze będzie sporo cięższy od klasycznego roweru. W silnym wietrze, który tym razem wiał nam raczej w plecy (chwilowa zmiana kierunku jazdy z południa na północ kontynentu się opłaciła) dojechaliśmy do Laguny Verde, niewielkiej lecz przepięknie położonej u podnóża wulkanu Licancabur. Było zimno i w miejscu gdzie kamieniste zbocze przy jeziorze osłaniało nas nieco od wiatru postanowiliśmy rozbić namiot. 31 grudnia – noc sylwestrowa, najbardziej cicha i spokojna, jakiej doświadczyliśmy w życiu. Żadnych fajerwerków, toastów, wiwatów, tylko gwiazdy na niebie, szum wiatru i żadnego żywego ducha w pobliżu. To był nasz pierwszy biwak w jednym z bardzo niezwykłych miejsc na terenie Rezerwatu Eduardo Avaroa. A  tych wyjątkowych miejsc po drodze było mnóstwo. Właściwie cały obszar rezerwatu jest niezwykły, jest jak nieznana planeta, która zachwyca lecz dla indywidualnego turysty, tym bardziej niezmotoryzowanego jest raczej trudno dostępna. Często skrajne warunki klimatyczne, duże wysokości, kiepska droga i ograniczony dostęp do wody, szczególnie przed rowerzystą stawiają wysokie wymagania, którym trzeba sprostać jeśli chce się przemierzyć tą niezwykłą krainę rowerem. Lecz w nagrodę za wysiłek włożony w pedałowanie dostaniesz rozgwieżdżone niebo, laguny z tysiącami flamingów i biwaki w najbardziej niezwykłych miejscach na świecie…
Rano w słonecznym blasku laguna wydawała się jeszcze piękniejsza i bardziej malownicza. Jednak część turystów przybywająca nad brzeg jeziorka jeepami, w ramach zorganizowanych wycieczek bardziej interesowała się naszym namiotem i rowerem, które widzieli w oddali między głazami i po raz kolejny staliśmy się tematem zdjęć. Ruszyliśmy dalej a wokół otaczała nas otwarta przestrzeń i wysokie góry, tak malownicze, że można było by fotografować ten surowy krajobraz na wszystkie cztery strony świata. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów w górę i wdrapaniu się na wysokość ponad 4600 m. n.p.m. zaczął się zjazd. Przed nami znów wyłoniła się kolejna piękna panorama. Po wschodniej stronie rozrzucone w pustynnym piachu wielkie skały na Pustyni Salvadora Dali, wyglądające jak dziwnie rzeźbione wiatrem monolity. A w oddali przed nami spokojne wody Laguny Salada i biała połać solnej pustyni Chalviri. Nad nami przewalały się jednak ciemne chmurzyska zwiastujące deszcz, który na tak odkrytej przestrzeni w połączeniu z wiatrem, szybko by się z nami rozprawił. Na szczęście nie musieliśmy się spieszyć. Prowadząc rower przez smagane wiatrem pustkowie dobrnęliśmy do masywnej skały na skraju pustyni S. Dali. Okazało się, że oprócz tego iż miejsce jest po prostu piękne to doskonale chroni przed wiatrem a nawet deszczem. Rozbiliśmy więc namiot, zjedliśmy posiłek i przyglądaliśmy się jak tajemnicze sylwetki skalnych monolitów nikną w nadchodzącej od strony gór ścianie deszczu.
Laguna Salada, za to powitała nas piękna, słoneczna pogodą, mimo, że poranek był bardzo zimny a niebo pełne burzowych chmur. Przy Aguas Calientes (gorących źródłach) jest restauracyjka dla turystów, którzy przyjeżdżają tu jeepami i zatrzymują się czasem również na posiłek i mały sklepik z ciastkami. Dostaliśmy wodę od krzątającej się w kuchni Indianki z długimi warkoczami a w sklepiku zaopatrzyliśmy się w krakersy. Odjechaliśmy dalej od zabudowań i basenu z wodą termalną i nad brzegiem laguny zatrzymaliśmy się by zjeść posiłek. A tu niespodzianka – znajdujemy naturalne oczko wodne z ciepłą wodą i to w dodatku z przepięknym widokiem na góry, lagunę i flamingi. Czy można chcieć czegoś więcej? Zanurzyliśmy się w przyjemnej ciepłej i czystej wodzie na pół godziny cudownego relaksu, podziwiając świat wokół nas i ciesząc się, że po przejechaniu tylu tysięcy kilometrów trafiliśmy w to miejsce. Potem zjedliśmy ciepły posiłek i doładowani pozytywną energią ruszyliśmy w dalszą drogę. Gdy tylko oddaliliśmy się nieco od Laguny Salada, za zboczem góry rozpoczęła się wspinaczka na najwyższy punkt na drodze prowadzącej przez rezerwat i rozpoczęła się też ciężka walka z silnym wiatrem. Dostaliśmy się w pobliże deszczowej chmury i wicher pastwił się nad nami bezlitośnie. Po chwili zostaliśmy zbombardowani gradem, który boleśnie zacinał po twarzach a potem śniegiem. W takich warunkach nie daliśmy rady wyjechać na samą górę, zatrzymaliśmy kilka kilometrów od Sol de Maniana, przy zboczu które osłoniło nas przed wiatrem. Schowaliśmy się w naszym wątpliwej jakości namiocie, mając nadzieję, że wiatr go nie zmiecie.
Noc była mroźna i woda zamarzła nam w butelkach a rower i sakwy, które nie mieszczą się w małym namiocie pokrył szron. To było najwyższe miejsce, w którym do tej pory przyszło nam spac (wys. ponad 4850 m) Ale poranek znów był słoneczny i bez przeszkód dotarliśmy do Sol de Maniana. Tu znajdują się gorące wulkaniczne błota, z których wydobywają się opary siarki, podobnie jak to było na wulkanie Ollague. Teraz czekał nas zjazd do Laguny Colorada. Jadąc z góry widzieliśmy w oddali jej pomarańczowo zabarwioną wodę. Dostrzegliśmy też dużą, ciemną szczelinę w brunatnej pustynnej ziemi, ciągnącą się w kierunku laguny. Ta szczelina to malowniczy kanion, który wprost zapraszał by rozłożyć w nim obozowisko. I tak tez zrobiliśmy. A ledwo namiot stanął pod ścianą kanionu, nadciągnęły ciemne chmury i zaczął padać śnieg.
Rano kiedy tylko zrobiło się na tyle ciepło, że byliśmy w stanie wyjść z namiotu, wskoczyliśmy na rower i pojechaliśmy nad brzeg laguny. Wszystkie otaczające nas szczyty pokryte były śniegiem i widok był cudowny. Na lagunie błyszczącej w promieniach słońca dostrzegliśmy tysiące małych, jasnych punkcików. To flamingi. Mogliśmy im się przyjrzeć nieco lepiej gdy zatrzymaliśmy się nad brzegiem jeziora. Laguna Colorada z flamingami w porannym blasku słońca to jeden z najpiękniejszych widoków jakie mieliśmy okazję w życiu podziwiać.
Droga powrotna nie była łatwa. Mieliśmy zamiar przejechać do Chile w okolicach Laguny Colorada ale okazało się, że przejście graniczne, które widniało na naszej mapie w rzeczywistości nie istnieje. Wracaliśmy więc droga przez rezerwat lecz srogie warunki klimatyczne nie ułatwiały nam zadania, mimo, że znaliśmy już drogę. Na podjeździe z Laguny Colorada dopadła nas burza śnieżna, która uniemożliwiła nam dalsza jazdę już do końca dnia. Byliśmy na odkrytym terenie na wysokości ok. 4820 m. kiedy nagle zerwał się bardzo silny wiatr i zaczął sypać śnieg. Brak profesjonalnej odzieży na takie warunki dawał nam się we znaki lecz mimo zimna jechaliśmy dalej. Powstrzymały nas jednak pioruny, które zaczęły uderzać wokół nas, w bliskiej odległości a wokoło nie było absolutnie żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy się schować. Jazda w takiej sytuacji stała się zbyt niebezpieczna. Zeszliśmy z roweru, odstawiliśmy go kilka metrów dalej i okrywając się plandeką przed wiatrem i gęstym śniegiem przycupnęliśmy przy poboczu drogi, w nadziei, że nawałnica nie potrwa długo. Wystarczyło jednak dosłownie kilka minut w bezruchu, żebyśmy totalnie przemarzli i zaczęli dygotać z zimna. Wiedzieliśmy już, że jeśli w ciągu kilku minut się nie schronimy przed wiatrem to będzie z nami kiepsko. Myśleliśmy co tu zrobić, kiedy nagle w śnieżycy pojawił się jeep z turystami. Jednak „białe gęby” przemknęły tylko rozbawione w ciepłym samochodzie, mając ubaw z dwóch przemarzniętych rowerzystów, skulonych przy drodze. Rozbawione „ledwo sapiens” zrobiły nam zdjęcia przez szybę, jak dygoczemy z zimna. Znów byliśmy przez chwilę atrakcja turystyczną. A zwykła ludzka przyzwoitość, która nakazywała zapytać czy wszystko w porządku poszła w diabły…  Na szczęście  długa podróż nas zahartowała i przyzwyczaiła do tego, że powinniśmy liczyć  na siebie. Zeszliśmy kawałek w dół zbocza, oddalając się od drogi. Tam wiało nieco mniej i Przemek rozstawił namiot. Ja byłam już zbyt przemarznięta żeby mu pomóc. Kiedy schroniliśmy się przed wiatrem było już nieco lepiej ale obawialiśmy się czy ten namiot wytrzyma nawałnicę. Burza nie przeszła szybko – śnieg padał przez osiem godzin, a my jak rozbitkowie na tratwie siedzieliśmy w namiocie na jednym materacu i strząsaliśmy śnieg ze ścianek, żeby pod jego ciężarem nie połamały się maszty. Wreszcie około 11.00 w nocy, kiedy przestało padać, mogliśmy wyjść na zewnątrz, odkopać zasypane sakwy a potem ugotować sobie ciepła zupę na palniku. Przynajmniej wody mieliśmy pod dostatkiem, bo śniegu dookoła było mnóstwo i wystarczyło go tylko topić w garnku. Przemek nalał gorącej wody do zbiornika i mieliśmy tez coś w rodzaju termofora. I tak przetrwaliśmy do rana – w niewygodnych pozycjach (nie mogliśmy się ruszać bo wewnętrzne ścianki namiotu były całe mokre i nie chcieliśmy przemoczyć śpiworów) z butlą gorącej wody. A rano chmury się rozstąpiły, wyszło słonce i śnieg skrzył się przepięknie w jego blasku. Dojechaliśmy znowu do pustyni Salvadora Dali a nastepnego dnia do granicy w Hito Cajon. Jeszcze tylko kilka kilometrów podjazdu do asfaltu w silnym wietrze i dotarliśmy do głównej drogi, prowadzącej do San Pedro. Okoliczne góry nadal pokryte były śniegiem, a my spoglądaliśmy za siebie, gdzie pozostała piękna lecz surowa kraina. Byliśmy dumni z siebie, że mimo wszystko udało nam się dotrzeć na ten boliwijski kraniec świata rowerem. Czy „planeta” Eduardo Avaroa, zupełnie pozbawiona drzew i zielonej roślinności, za wyjątkiem burych traw i  porostów, która w dodatku bywa tak nieprzyjazna człowiekowi może być zachwycająca? Nas zachwyciła a Wy, nasi mili towarzysze podróży,  patrząc na zdjęcia  (które wkrótce zamieścimy, chyba 🙂 ) możecie się z nami zgodzić albo nie.
Wskoczyliśmy na nasz pojazd i ruszyliśmy przed siebie asfaltem, po którym koła toczyły się dziwnie lekko i równo. Czekało nas 40 kilometrów zjazdu do San Pedro. Rower ruszył jak koń z kopyta i jadąc w dół nabierał pędu. Z każdym przejechanym kilometrem czuliśmy jak zaczyna się robić coraz cieplej. Minęliśmy wszystkie ciężarówki na drodze. I zdawało się, że nasz tandem już nawet nie pędził lecz mieliśmy wrażenie, jakbyśmy lecieli w powietrzu. Jak pocisk lub strzała wystrzelona z łuku wokół której świszcze wiatr. Pędziliśmy do słonecznego San Pedro, do zielonych drzew, do cywilizacji i ciepłego prysznica…

rowerem w boliwii

  4 Komentarze

„Na naleśnikach i makaronie” przez boliwijskie pustkowia do Avaroa 12.12 – 17.12.2011

Obudził nas kolejny, słoneczny ranek na Salar de Uyuni. Wstaliśmy dosyć wcześnie, żeby zdążyć dojechać do skraju pustyni zanim wiatr zacznie być mocno dokuczliwy. Zjedliśmy resztki jedzenia jakie nam jeszcze zostały i ruszyliśmy w drogę. Trzeba było jak najprędzej dotrzeć do jakiegoś sklepu by uzupełnić zapasy żywności. Byliśmy jednak coraz dalej od cywilizacji, choć wtedy mieliśmy jeszcze nadzieję, że w kilku wioskach, które widniały na  mapie będzie można coś zjeść i znaleźć jakieś sklepiki. Jednak prawdę mówiąc ostatnim przyczółkiem cywilizacji w tym rejonie jest turystyczne miasteczko Uyuni, dalej na południe są już tylko pustkowia. Ale my nie za bardzo przepadamy za turystycznymi wioskami i choć początkowo planowaliśmy podjechać do Uyuni, to jednak widząc z pustyni szalejące w tym rejonie przez dwa dni burze zmieniliśmy plany.

Skraj pustyni i tak był podmokły, co powodowało, że nasz ciężki rower zapadał się w rozmiękłą sól a po obfitych deszczach mogło się okazać, że musieli byśmy pchać bicikletę, brodząc w słonej wodzie… Tak więc dojechaliśmy do skraju pustyni, gdzie znajduje się wioska Chuvica. Niewielka osada lecz wiedzieliśmy, że są w niej dwa solne hotele dla turystów więc liczyliśmy na to, że da się tam kupić coś do jedzenia. Niestety się nie dało 😦 Ledwo zjechaliśmy z solnej pustyni zaraz znów zaczęła się kiepska droga i rower zaczął brnąć w piasku. W brzuchach nam „burczało” po przejechaniu ponad 40 km na bardzo skromnym śniadaniu a do wioski trzeba było zboczyć z głównej drogi i przejechać kilka kilometrów po piachach. Gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, przywitała nas osada wyglądająca na zupełnie wymarłą. Żywego ducha nie było widać na uliczkach a o jakimś sklepie czy jedzeniu można było sobie co najwyżej pomarzyć. Znaleźliśmy jednak solny hotel. Weszliśmy do środka a tam mały sklepik, gdzie tylko ciastka i napoje w astronomicznych cenach można było nabyć. Nie mieliśmy jednak zamiaru grymasić – „chociaż ciastka zjemy, żeby mieć siłę napędzać rower do następnej wsi” – pomyśleliśmy sobie. Niestety panie z obsługi siedzące gdzieś na zapleczu hotelu nie kwapiły się by się nami zainteresować. Kiedy się przywitaliśmy wyjrzały tylko leniwie z pomieszczenia, w którym siedziały i obsłużyć nas nie miały zamiaru ani też zainteresować się czy może chcemy pokój w tym przybytku. Czekaliśmy kilka chwil z nosami przy szybie i oczami wlepionymi w ciastka na półkach ale nikt się nie zjawił. Wyszliśmy więc na zewnątrz, żeby sprawdzić czy nasz rower z bagażami, który zostawiliśmy kilkadziesiąt metrów dalej stoi spokojnie. Przyprowadziliśmy go pod hotel z nadzieją, że może panie pomyślą, że chcemy pokój i  łaskawie do nas wyjdą. Ale się mocno pomyliliśmy! Panie wykorzystały ten moment i zamknęły drzwi hotelu na klucz, żebyśmy się tam niepotrzebnie nie kręcili!!! Byliśmy zbulwersowani. No ale cóż widać tyle zarabiają na zorganizowanych wycieczkach, że nie interesują ich pojedynczy turyści i to jeszcze w brudnych od soli ubraniach, prosto z pustyni … Nie byliśmy jednak w stanie jechać dalej bez jedzenia. Na dnie naszej sakwy znalazły się jeszcze dwie zupki instant i trochę kukurydzy do prażenia a ponieważ we wsi była pompa z woda, rozłożyliśmy cały majdan przed „solną rezydencją” i zabraliśmy się za gotowanie posiłku. Jeśli zjawi się jakaś zorganizowana wycieczka niech widzą jak traktuje się turystów w Chuvica. Ale wycieczka się nie zjawiła, w ogóle żaden człowiek się nie pojawił, oprócz dwóch „uprzejmych pań”, które tylnim wejściem opuściły hotel i udały się na spacer.

Wieczorem wykończeni jazdą po fatalnej drodze, w silnym wietrze i w dodatku głodni doturlaliśmy się ostatkiem sił do ostatniej na naszej trasie większej wsi. Wieś ta zwie się Colcha K i jak większość miejsc z dala od cywilizacji rządzi się swoimi prawami. Było już po zmierzchu, gdy wjechaliśmy po dość stromym podjeździe na brukowaną uliczkę wiodącą do centrum. Dobijaliśmy się po drodze do dwóch domów, gdzie oferowano „alojamento” czyli pokoje na wynajem ale nikt nam nie otworzył. Dopiero za trzecim razem mieliśmy szczęście i właściciel nas wpuścił. Za pokój skasował po 20 bolivianos od osoby, choć zimna woda z kranu w łazience ledwo kapała. Jednak pokój był przynajmniej ciepły i suchy a na zewnątrz właśnie zaczynała się burza. Tak więc zostaliśmy na dwie noce w tym miejscu i na nasze szczęście w mieście było kilka małych sklepików z żywnością a nawet jeszcze tego samego wieczoru udało nam się zjeść ryż  z kurczakiem. Cały wieczór i noc lało i następnego dnia też przepadywało. Rano odbyliśmy ”rajd pieszy” po sklepach aby skompletować zapasy pożywienia na dalszą drogę a nie było to łatwe zadanie. Bułek ani żadnego pieczywa nie było bo właściciel jedynego we wsi sklepiku – piekarni wyjechał na kilka dni do Uyuni. W innych małych sklepikach trzeba się było długo i cierpliwie dobijać do drzwi, żeby sprzedawca cię wpuścił i obsłużył a i tak tylko czasami udało się w końcu kogoś dowołać. Sklepy otwiera się tu i zamyka wedle upodobania, po kilka razy dziennie lub też nie otwiera się wcale jeśli właściciel nie ma ochoty. W miasteczku nie było żadnej czynnej restauracji, gdzie można zjeść jakikolwiek posiłek. Jedynie przy głównym placyku w centrum kobieta przygotowywała coś do jedzenia na ciepło, wieczorem przez godzinę lub dwie ale też według upodobania własnego, bo gdy następnego dnia poszliśmy tam znów by zjeść jakiś obiad około godz. 18.00 było jeszcze za wcześnie a gdy wróciliśmy ponownie ok. 20.00 to „tania jatka” była już zamknięta. Makabra! Żadnych warzyw, owoców ani nawet kawałka mięsa nie dało się nigdzie kupić. Można było się jedynie krakersami zapychać albo jajecznicę smażyć… Pół dnia zajęło nam zrobienie zakupów na dalszą drogę i skończyło się na makaronie, ryżu, mące i mleku w proszku na naleśniki. Jednak w międzyczasie na rynku pojawiły się dwie kobiety, które sprzedawały makaron z mięsem i warzywami z garów na wózku. Konsumowało się to gdzieś na ławce a potem oddawało do zwrotu naczynia, które kobiecina płukała w misce z wodą, stojącą obok wózka. Mój Boże i co by na to powiedział Sanepid?! Na szczęście tutaj Sanepid nie mógł nam przeszkodzić, więc spokojnie napchaliśmy brzuchy resztki rzucając psom, krążącym wokół skwerku.

Następnego dnia rowerem załadowanym makaronami i wodą ruszyliśmy w dalszą drogę. Fatalną, rozjeżdżoną przez jeepy, co zmuszało nas do tego, że odcinkami znów musimy pchać ciężki rower w piachu. Po południu dotarliśmy do małej turystycznej wioski San Juan, gdzie jeszcze znajduje się kilka hostali dla turystów i kilka sklepików, w których można zrobić absolutnie ostatnie zakupy. Dostępne są podstawowe artykuły żywnościowe i trochę słodyczy ale niektóre (szczególnie w sklepiku dla turystów, gdzie zatrzymują się jeepy) osiągają zawrotne ceny. Można też tu kupić benzynę z karnistra, żeby mieć zapas do palnika. Nad nami przesuwały się ciemne chmurzyska i gdy zatrzymaliśmy rower przy sklepiku we wsi, tak zaczęło wiać piachem, jakby szła burza piaskowa. Schowaliśmy się w sklepie i jeszcze kupiliśmy trochę jedzenia, choć rower dosłownie uginał się już pod ciężarem. Jednak przed nami rozciągały się pustkowia i jeśli udałoby się nam zrealizować nasz plan, to czekało nas ponad 250 km jazdy a raczej pchania roweru w piachu, na dużych wysokościach, prawdopodobnie bez dostępu do jedzenia, co w takich warunkach mogło potrwać nawet ponad tydzień! Kilka kilometrów za wsią droga się nieco utwardziła bo znów wjechaliśmy na solne podłoże pustyni Salar de Chiguana. Trochę przyspieszyliśmy lecz dostaliśmy się pod burzową chmurę, z której wprawdzie jeszcze nie padało lecz wiał silny, boczny wiatr. Tak jechaliśmy aż do wieczora, gdy wreszcie na pustej, bezludnej, pozbawionej drzew, roślin i jakiegokolwiek schronienia przestrzeni zobaczyliśmy z daleka wał zastygłej lawy nieopodal wulkanu. Zjechaliśmy z drogi jakieś dwa kilometry i dotarliśmy do skalistego wału. Tu było znacznie ciszej, jednak w trakcie rozstawiania namiotu wiatr się zmienił i zaczął szarpać nim na wszystkie strony, że aż maszty trzeszczały. Rano wiatr ucichł i Przemek upiekł naleśniki, co jednak zabrało sporo czasu ale bez pieczywa, owoców i warzyw, byliśmy zdani tylko na gotowanie i smażenie.

Ruszyliśmy w drogę w stronę lagun w Rezerwacie Avaroa. Wkrótce dotarliśmy do ostatniej wioski na trasie, gdzie jest również stacja kolejowa. W związku tym liczyliśmy, że może tam jeszcze coś się sprzedaje i będziemy mogli uzupełnić zapasy choćby ciastek, które zjedliśmy od wczoraj. Okazało się jednak, że w wiosce nie dość, że niczym się nie handluje, to właściwie wioska w ogóle nie istnieje. Pozostało tylko kilka na wpół zrujnowanych domostw, w których od dawna już nikt nie mieszka i walący się budynek stacji kolejowej. Na szczęście jednak w Chiguana znajduje się posterunek wojskowy, w którym żołnierze łaskawie wyposażają przejeżdżających tędy, zbłąkanych rowerzystów w wodę. Napełniliśmy więc zbiorniki, przeszliśmy przez tory kolejowe i po przejechaniu pustyni Chiguana, dotarliśmy do zbocza góry, którym droga prowadzi na przełęcz. Zaraz też trzeba było zejść z roweru i zabrać się za pchanie bo droga to był sam piach, rozjeżdżony przez jeepy i kamienie. Ta droga to była prawdziwa pokuta! Ciągnięcie obładowanego roweru o wadze ponad 100 kg w piachu, pod górę na wysokości zbliżającej się do 4000 m. n.p.m. to po prostu męczarnia. Przebycie dystansu 5 km zajęło nam dwie godziny, byliśmy totalnie wyczerpani i wypiliśmy mnóstwo wody. A do najbliższych jeziorek mięliśmy ponad 60 km! Stało się więc jasne, że nie zdołamy do nich dotrzeć zanim skończy się woda. Potrzebny byłby nam znacznie większy zbiornik (na około 20 l) lecz tutaj nie było możliwości zdobycia czegoś takiego. Tutaj nie było możliwości zdobycia niczego – nawet tak podstawowych rzeczy jak wody i jedzenia. Zrezygnowani rozbijaliśmy więc namiot w wyschniętym korycie rzeki. Mieliśmy świadomość, że laguny pozostały poza naszym zasięgiem. Od tej strony dostępne mogą być tylko dla tych, którzy mają lekki rower i ograniczony do minimum bagaż oraz duży zbiornik na wodę, który niestety mocno obciąża. Jednak żeby tak podróżować niezbędne są większe zapasy gotówki. Tym razem więc nasza „samowystarczalność” po prostu ważyła zbyt wiele. Pozostało jechać do Avaroa, gdzie znajduje się przejście graniczne do Chile. Nie bardzo nam się takie rozwiązanie podobało, gdyż zamierzaliśmy pobyć dłużej w Boliwii a najchętniej zostać w tym kraju na święta ze względu na tanie koszty utrzymania. Nie było jednak wyboru – mogliśmy albo wracać Na Salar de Uyuni albo jechać do Chile. Ruszylismy więc z powrotem na pustynię Chiguana kierując się w stronę miejscowości przygranicznej Avaroa. Ale jeśli wydawać by się mogło, że to koniec naszych problemów z ciężką jazdą przez pustkowia, gdzie żyliśmy wyłącznie żywiąc się krakersami, naleśnikami i makaronie, to od razu wyprowadzam z błędu. Otóż to nie był koniec! Próbowaliśmy przejechać pustynię Chiguana na przełaj ale rower miejscami zapadał się w sól i trzeba się było wycofywać bo nawet pchać się go nie dało. Błądziliśmy jak w labiryncie w poszukiwaniu lepszej drogi. W dodatku zerwał się wyjątkowo silny wiatr, który szalał po całej pustyni. W końcu z niemałym wysiłkiem dobrnęliśmy do torów i trafiliśmy na drogę – przejechany po pustyni szlak, którym jeżdżą samochody. Wreszcie dałoby się normalnie jechać gdyby nie wiatr. Oczywiście wiało nam prosto w twarz ale dzięki temu mogliśmy jakoś jechać, gdyż w przeciwnym razie utrzymanie równowagi na rowerze byłoby absolutnie niemożliwe, tak samo jak i rozbicie w tej sytuacji namiotu na pustyni. Walczyliśmy więc z wiatrem, jadąc na najniższym możliwym biegu w tempie 6 km na godzinę! Nad całą pustynią unosiły się tumany kurzu i pyły. Wicher był tak silny, że trudno było nawet oddychać. Widzieliśmy w oddali pagórek, który w tej sytuacji był naszą jedyną nadzieją na schronienie. Zanim jednak do niego dotarliśmy minęło sporo czasu a my byliśmy totalnie wykończeni, mimo, że przejechaliśmy tego dnia tylko 20 km! Mieliśmy jedynie 0,5 l napoju do picia i żadnej więcej wody ale niestety nie było wyboru. Przy takim wietrze dalsza jazda nie wchodziła w grę. Rozstawiliśmy namiot w możliwie najbardziej zacisznym miejscu i poszliśmy spać, zagryzając krakersami i popijając po kilka łyków napoju. Rano wiatr ucichł, obudził nas słoneczny poranek i przenikliwe zimno. Musieliśmy poubierać kurtki i rękawiczki. Wypiliśmy resztkę wody, jaka nam została i dalej w drogę, póki nie wiało jeszcze tak mocno. Na szczęście do Avaroa mieliśmy blisko, niecałe 30 km.

Gdy dotarliśmy do wioski, składającej się z kilku domostw, budynku odprawy granicznej oraz biura dla kierowców, okazało się, że woda jest tu nie do zdobycia ale za to był mały sklepik, który na naszą prośbę właściciel otworzył. Kupiliśmy napoje i ciastka a ponieważ zostało nam jeszcze trochę bolivianów rozglądaliśmy się za jakimś „alojamiento” żeby się umyć po tej jeździe przez pustynię. Ostatecznie, za 50 bolivianów wylądowaliśmy w hostalu, który znajdował się naprzeciwko sklepiku i był przeznaczony dla kierowców, chcących przenocować przy granicy. Był to czysty, schludny domek z dwiema sypialniami i pokojem gościnnym. Nie było żadnych gości więc mogliśmy czuć się swobodnie i cały dom był do naszej dyspozycji. Miał tylko jedną drobną wadę – nie było w nim wody i drzwi do kuchenki i toalety były zamknięte 😦 Dogadaliśmy się jednak z pracownikami biura kontroli celnej i mogliśmy skorzystać z prysznica w ich prywatnym mieszkaniu, które znajdowało się na tyłach budynku. No to był dopiero luksus – łazieneczki czyste i schludne jak w Europie, ciepła woda i pachnące kosmetyki do kąpieli. Coś niesamowitego! Na domiar szczęścia dogadaliśmy się też z właścicielem sklepiku, którego żona przygotowała nam „almuerzo” – smaczny dwudaniowy obiadek z pożywną zupą i makaronik z mięskiem i odrobiną surówki (ostatnią odrobinę warzyw jedliśmy kilka dni temu w Colcha K) więc to był prawdziwy rarytas. Niedaleko za wioską widzieliśmy wulkan Ollague, u podnóża którego położone jest miasteczko przygraniczne w Chile, o tej samej nazwie. Z wulkanu unosiła się w powietrze smużka dymu i dlatego często spoglądaliśmy na niego. Większość wulkanów wokoło już od dawna była wygasła a ten wydawał się jakby „żywy” i dlatego nas intrygował. Gdyby tak można było zajrzeć do krateru… Po południu poszliśmy do biura „migracion” i dostaliśmy pieczątkę wyjazdową na następny dzień, którym była niedziela ale urzędnik zażądał od nas podatku wyjazdowego w wysokości 15 bolivianów za osobę. Nic nam nie było wiadomo, żeby w Boliwii takowy podatek się płaciło więc było oczywiste, że gościu chce nas naciągnąć. Chcieliśmy zażądać pokwitowania ale zapomnieliśmy jak się to po hiszpańsku nazywa więc ostatecznie Przemek oznajmił, że pieniądze mamy w hostalu i przyniesiemy później 🙂 Zabawne ale urzędas przystał na to i było wiadomo, że nie będzie za nami po wsi łaził, żeby o lewą kasę się dopominać a my oczywiście nie mieliśmy zamiaru jej przynosić, skoro już pieczątki w paszporcie nam postawił.

Posted Grudzień 29, 2011 by D&P in Boliwia

  1 comment

Salar de Uyuni – poczuć klimat pustyni… 10.12 – 12.12.2011

.
Przejechanie największej pustyni solnej na świecie rowerem nie stanowi właściwie większej trudności. Trudność stanowi raczej dotarcie do niej piaszczystą drogą. Jednak Salar de Uyuni to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na naszej planecie…

Nabraliśmy wody do naszych zbiorników i po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze żeby zrobić zakupy na drogę. W całej wsi był tylko jeden sklepik – piekarnia, gdzie sprzedają pieczywo. Chciałam kupić min. 30 bułek 🙂 ale niestety tyle nie chcieli mi sprzedać, bo dla innych we wsi by zabrakło i ostatecznie udało mi się kupić 20 ale zdawałam sobie sprawę, że to i tak zbyt mało. Cóż jednak było robić… Ruszyliśmy piaszczystą drogą w stronę wsi Jirara, która znajduje się na skraju pustyni. Przed nami widać było wulkan Tumpa i mimo deszczowej pory w Boliwii mieliśmy kolejny słoneczny i ciepły dzień. Wkrótce droga zeszła na pustynię, po wschodniej stronie gór. Jednak w tym rejonie pokłady soli nie są tak białe a miejscami nawet pojawiają się na nich jakieś porosty. Próbowaliśmy skrócić sobie drogę i jechać na przełaj ale niestety nic z tego nie wyszło i musieliśmy wrócić do drogi. Gdzie niegdzie podłoże było zbyt miękkie i rower po prostu się zapadał. Potem zjechaliśmy z pustyni do Jirara, pedałując w ciemnym i suchym powulkanicznym piasku, przypominającym popiół. We wsi droga skręca na południe i prowadzi na skraj pustyni solnej, która jaśnieje w blasku słońca. Popołudniową porą wjechaliśmy więc na Salar de Uyuni, o której rozmyślaliśmy często w domu, jeszcze przed wyjazdem. Miejscami na obrzeżach pustyni podłoże jest trochę grząskie ale mimo to dało się jechać, choć wkrótce rower cały był oblepiony solą, która wyglądała zupełnie jak śnieg. Jednak im dalej od obrzeży, tym podłoże stawało się bardziej suche i twarde, choć nie gładkie, jako że nie jechaliśmy żadną solną drogą lecz po prostu na przełaj. Mimo to od razu odczuliśmy ulgę po kilku dniach ciężkiego pedałowania beznadziejną drogą w piachu i po „muldach”. Jazdę utrudniał nam tylko silny wiatr, który oczywiście wiał prosto w twarz. Otoczenie było jednak tak niesamowite, że nie zważaliśmy na wiatr. Salar de Uyuni to miejsce zupełnie jak z innej planety. W słońcu solna równina jest oślepiająco biała i zupełnie zatraca się tu poczucie perspektywy i odległości, co utrudniało nam trochę nawigację w terenie. Kierowaliśmy się naszym niezbyt dokładnym kompasem w stronę kaktusowej wyspy Incahuasi. Około 17.00 zatrzymaliśmy się na nocleg. Nadal trochę wiało i Przemek zabezpieczył namiot, z jednej strony przymocowując go do przyczepki a z drugiej do leżącego na solnej powierzchni roweru. Dobrze, że przezornie wzięliśmy ze sobą kamień do wbijania śledzi. Podłoże było bowiem tak twarde, że to wcale nie łatwe zadanie. Gdy obozowisko już stanęło obserwowaliśmy zachód słońca nad Uyuni. Cisza była niesamowita – żadnych dźwięków oprócz tych powodowanych przez wiatr. Otaczał nas niecodzienny krajobraz. W słońcu sól wydawała się jak śnieg a wieczorem w blasku księżyca zdawała się być jeszcze bardziej niezwykła i czuliśmy się jak na nieznanej, dziwnej planecie. W oddali z dwóch stron widzieliśmy szalejące burze i błyskawice – to na skraju pustyni, gdzie nad górami zatrzymują się chmury. Na szczęście do nas nie dotarły, bo mogłoby być niebezpiecznie na tak odkrytym terenie.
Noc była chłodna lecz nie zimna. Jednak zwłaszcza w porze suchej temperatura na Uyuni może spadać w nocy do -20 stopni. Nasze śpiwory wystarczyły by czuć się komfortowo i nie zmarznąć, choć zapobiegliwie nabyliśmy w markecie w Limie jeszcze jeden cienki śpiwór, żeby móc się przykrywać podczas zimnych nocy. A rano obudziło nas słońce, które oświetliło solną równinę i wulkan widoczny na horyzoncie purpurowym blaskiem. Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę do wyspy. Dostaliśmy z domu namiary (współrzędne geograficzne) bo za bardzo nie ufaliśmy kompasowi. W drodze Przemek kilkakrotnie sprawdzał w komputerze, połączonym z GPS nasze położenie i korygowaliśmy kierunek jazdy aby nie przegapić wyspy i trafić do tej właściwej, gdyż wysp na Salar de Uyuni jest sporo. No i okazało się, że właśnie dzięki tym namiarom trafiliśmy do Incahuasi bo inaczej minęlibyśmy ją o jakieś dwadzieścia kilometrów. Z oddali widać już było porastające wyspę gigantyczne kaktusy. Przyglądaliśmy im się dokładnie i z zachwytem, gdy dotarliśmy już do wyspy. Potem postanowiliśmy objechać ją dookoła rowerem i przyjrzeć się jej z drugiej strony. W oddali dostrzegliśmy jakichś turystów i domyślaliśmy się, że tam znajduje się schronisko, o którym czytaliśmy w przewodniku. No i mieliśmy rację. Dotarliśmy wkrótce do prawdziwej turystycznej wioski na pustyni! Zaparkowanych przy wyspie stało ze dwadzieścia jeepów, którymi przyjechali turyści na zorganizowane wycieczki. Na wyspie jest też restauracja, toalety i szlak pieszy, którym można dojść na punkt widokowy i podziwiać wielkie kaktusy. Między tym wszystkim przewijały się gwarne grupki turystów, gawędzących po angielsku, niemiecku i francusku – a jakże by inaczej… Inni kręcili się po pustyni w pobliżu samochodów i robili charakterystyczne fotki, na których zanika perspektywa. Ludzie przyjmują w tym celu najdziwaczniejsze pozy, przez co postronny obserwator wziąłby ich pewnie za bandę szaleńców 🙂 Jeszcze inni zmęczeni słońcem, siedzieli pod parasolami rozstawionymi przy autach, popijając chłodzące napoje. No cóż… będąc na takiej wycieczce można, owszem, w łatwy sposób zobaczyć Salar de Uyuni ale na pewno nie poczuć jej klimat. Pustynia to przecież pustka wokół, cisza, odludzie a jak to się ma do restauracji, wielojęzycznego tłumku kłębiącego się wokół i dwudziestu jeepów, między którymi ludzie robią zdjęcia? Cieszyliśmy się zatem, że nie jesteśmy tu z wycieczką i że doświadczyliśmy klimatu pustyni a nie turystycznej wioski. Odczuliśmy pustkę, niezwykłą ciszę, palące słońce w dzień i wieczorny chłód. Jak to na pustyni – musieliśmy oszczędzać wodę i opierać się wiejącemu w twarz wiatrowi. Za to herbata pita wieczorem, w naszym osamotnionym na wielkich, solnych równinach namiocie, smakowała nam lepiej niż najdroższe trunki z restauracji na wyspie. Mogliśmy podziwiać bezkres pustyni, niebo usiane gwiazdami, słuchać szumu wiatru i rozmyślać. Jeśli więc możesz zrezygnuj ze zorganizowanej wycieczki i jak mawiał niegdyś legendarny Adam Słodowy: „zrób to sam!” 🙂

.
Jednak skoro cywilizacja dotarła już na Incahuasi, skorzystaliśmy i my. Nabraliśmy sobie wody do zbiorników a gdy mieliśmy już wodę nie było po co się spieszyć. Mogliśmy spędzić jeszcze jedną noc w tym wyjątkowym miejscu. Odjechaliśmy za wyspę, dalej od tłumu turystów. Tu była cisza i spokój, bo nikomu nie chciało się odchodzić tak daleko od samochodów. Rozbiliśmy namiot ale ledwo zdążyliśmy go postawić zerwał się silny wiatr i Przemek znów musiał budować specjalne konstrukcje, żeby namiot wytrzymał. O gotowaniu można było zapomnieć i na kolację zjedliśmy tylko ciastka. No cóż – taka jest pustynia…
A słońcetymczasem zniżało się coraz bardziej w stronę horyzontu. Oświetlało ciepłym światłem spękane skorupy soli, na których kładły się długie kaktusowe cienie. Z daleka widać było odjeżdżające jeepy z turystami, które wkrótce niknęły na horyzoncie a my jedliśmy herbatniki i słuchaliśmy szumu wiatru.

Posted Grudzień 27, 2011 by D&P in Boliwia

  Leave a comment

Droga do Salinas Garcia de Mendoza 3.12 – 9.12.2011

Wyjazd z La Paz nieźle daje popalić. Miasto położone jest w dolinie, co oznacza, że po długim zjeździe tyle samo trzeba podjechać do góry (czy aby na pewno … moglibyśmy przysiąc, że w górę jest więcej niż w dół : ) a drogi bywają tu wyjątkowo strome. Na szczęście przy wyjeździe ze stolicy spotkaliśmy lokalnego rowerzystę, który polecił nam trasę przez Valle de la Luna, gdyż główna droga w kierunku Oruro, przez miejscowość El Alto wymaga męczącego pchania rowerów stromo do góry i to w dodatku w dużym ruchu. To była dobra decyzja, gdyż w zdecydowanej większości dało się jechać a na drodze panował spokój. Mimo wszystko podjazd nas porządnie wymęczył, tym bardziej, że w dolinie dokuczało ostre słońce i wysoka temperatura, która bardzo sprzyja szybkiemu zmęczeniu. Na główną drogę prowadzącą z La Paz wyjechaliśmy za miejscowością El Alto. Okolica nieciekawa – warsztaty i zakłady przy drodze, kurz i duży ruch. Jednak po kilkunastu kilometrach przedmieścia się skończyły i zrobiło się spokojnie. Altiplano to w tym rejonie sucha, wietrzna i bezludna okolica. Pechowo przypadło, że wjechaliśmy pod burzową chmurę i trafiliśmy na tak silny, boczny wiatr, że nie dało się jechać. Znów przez jakiś odcinek musieliśmy prowadzić rower. Obszar ten jest również bardzo ubogi w wodę, przynajmniej przed zakończeniem pory deszczowej i nie można liczyć nawet na umycie rąk czy uzupełnienie wody na stacjach benzynowych. Jednak przy płatnych bramkach uśmiechnęło się do nas szczęście i jakaś kobieta dała nam wody do naszego czterolitrowego zbiornika. Kolejne dwa dni spędziliśmy na pedałowaniu przez płaskowyż w kierunku Oruro. Krajobraz ciągle bez zmian – góry widoczne na horyzoncie i równina porośnięta kępami brunatnej trawy. Przez godziny jazdy nic nie zakłócało tej monotonii krajobrazu i choć jechało się dosyć dobrze, to jednak momentami zacierało się poczucie czasu i przestrzeni i droga trochę nam się dłużyła.  Od czasu do czasu trafialiśmy na małe wioski, gdzie można było kupić żywność ale napoje i woda tutaj również są stosunkowo drogie, podobnie jak w Peru. Niestety o dostępie do Internetu można sobie tylko pomarzyć i pod tym względem Boliwia znacznie odbiega od Peru. Poza większymi miastami i turystycznymi miejscowościami Internet jest nieosiągalny.
W Mikołajki dotarliśmy do Oruro, do którego wjechaliśmy w naszych mikołajowych czapeczkach, wzbudzając sympatyczne uśmiechy na niektórych twarzach 🙂 Miejsce jak większość raczej chaotycznych mieścin w krajach Ameryki Pd., niczym specjalnym nie zachwyca. Zatrzymaliśmy się w mieście na jeden nocleg, żeby spokojnie zrobić zakupy. Hostal w centrum kosztował nas 60 bolivianos czyli ok. 30 zł za pokój. Obeszliśmy dwa targowiska w mieście i sklepy ale zaopatrzenie żywnościowe nieszczególne i żadnych dużych zapasów nie zrobiliśmy. Trudno kupić coś, co można w miarę szybko przygotować, bez konieczności długiego „pitraszenia” i gotowania na palniku. Może lepiej trzeba było kupić magiczne zioła, po których pewnie nie musielibyśmy nawet pedałować 🙂 a rower by sam jechał, bo stoisk czarowników na bazarze było w bród. Wśród asortymentu mnóstwo zasuszonych w całości zwierząt i ptaków do jakichś magicznych praktyk, przykry widok… No i wreszcie Internet! Ostatnie większe miasto na planowanej trasie naszego przejazdu przez Boliwię, więc chcieliśmy maksymalnie skorzystać z tego dobrodziejstwa cywilizacji. Ale tylko się niepotrzebnie sfrustrowaliśmy. Chodziliśmy do trzech kafejek a w każdej był inny problem – a to danych z pendrive’a nie można było odczytać, a to widok ekranu uniemożliwiał zrobienie czegokolwiek albo prędkość była taka, że zamieszczenie naszego mikołajkowego zdjęcia na stronce zajęło ponad 30 min! Na więcej nie starczyło nam już cierpliwości i zaniechaliśmy dalszych działań, stąd ciągnące się braki na naszym blogu. Komputery i Internet w Boliwii, poza większymi miastami, pod psem…
Następnego dnia rano wyjechaliśmy z Oruro a ponieważ droga była dobra i wiatr nie utrudniał zbytnio jazdy a czasem nawet pomagał, zasuwaliśmy przez płaskowyż w kierunku miejscowości Challapata. Minęliśmy kilka małych wiosek, czasem dosłownie po kilka chałup ale bez sklepów (pierwszy był po przejechaniu ok. 50 km) więc byliśmy zadowoleni, że z Oruro wieźliśmy zapas wody i jedzenia. Po drodze mieliśmy jeszcze przymusowy postój na łatanie dętki ale pod wieczór dojechaliśmy do Challapata. Uzupełniliśmy zapasy żywności i kilka kilometrów za miasteczkiem rozbiliśmy sobie obozowisko, za glinianym murem osłaniającym nas od wiatru.  Asfaltowa droga wiodła do pobliskiej wioski Huarii  i jeszcze jakieś 30 km dalej. We wsi znów można było uzupełnić zapasy żywności a nawet wody (na stacji benzynowej). Ponad 25 kilometrów dalej droga się rozwidlała i na wprost prowadziła do turystycznej miejscowości Uyuni, my natomiast skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy w kierunku nieturystycznej wioski Salinas. I to był początek naprawdę ciężkiej jazdy, podczas której ograniczenia spowodowane dużą wagą naszego roweru szczególnie dawały nam się we znaki. Piach i „tarka” na drodze powodowały, że odcinkami nie dało się jechać i musieliśmy prowadzić rower. W drodze znów trzeba było łatać dętkę i Przemek wykorzystał tę konieczną przerwę w jeździe na zmianę opon na terenowe, które wieźliśmy ze sobą na przyczepce przez ponad połowę Peru i Boliwię. W miarę jak podążaliśmy na południe pampa wokół nas stopniowo zmieniała się w coś na kształt pustyni – suchej lecz porośniętej aromatycznymi, karłowatymi krzewami przypominającymi tuje. Wokół kompletna pustka i cisza, tylko stadka vikunia i lamy widywaliśmy w pobliżu drogi. Od czasu do czasu pojawiały się wokół nas małe trąby powietrzne, które przemieszczały się po płaskowyżu gnane wiatrem. Ze względu na fatalny stan drogi tempo jazdy drastycznie spadło. Wieczór znów był chłodny ale piękny. Niebo pełne gwiazd i wyjątkowa cisza. Wieczorem gdy przygotowaliśmy posiłek zwabiony zapachem naszej kolacji, w pobliżu namiotu zjawił się szakal. Miał piękne, jasne futro i czaił się wokół nas ale Przemek go odstraszył, żeby w nocy nie narobił przypadkiem szkód w naszych sakwach.
Do Salinas dotarliśmy następnego dnia, po naprawdę ciężkim pedałowaniu w piachu i „tarce”, na której rzucało rowerem tak, że obawialiśmy się o to by go nie uszkodzić. Od wstrząsów kilkakrotnie wypinała nam się przyczepka ale na szczęście przetrwała tę jazdę. Mijaliśmy jakieś małe wioski po drodze ale w żadnej nie można było kupić prowiantu, więc do Salinas jechaliśmy pożywiając się tylko krakersami. Zmęczeni i głodni wjechaliśmy wieczorem do wioski. Zaraz zrobiliśmy jakieś zakupy w małych sklepikach i rozglądaliśmy się za noclegiem bo było już późno ale w hostalach podawali nam ceny 60-80 bolivianos! Jak w hostalach w centrum La Paz, a to wiocha „zabita dechami” na odludziu. Domyślaliśmy się, że to z powodu naszych „białych gęb” podnoszą ceny. Ale my twardzi jesteśmy i w takiej sytuacji rozstawiliśmy namiot na skraju wioski tuż za murem szpitala, kilkadziesiąt metrów od hostalu zresztą i nie przejmowaliśmy się tym, że było bardzo zimno i że znowu pękł któryś maszt…

Posted Grudzień 25, 2011 by D&P in Boliwia

  4 Komentarze

Posted Grudzień 20, 2011 by D&P in Boliwia

  2 Komentarze

 Boliwia deszczową porą. Copacabana – La Paz  29.11 – 2.12.2011

Do granicy dotarliśmy około 14.00. Droga bez większego ruchu, jak na głębokiej prowincji i mała wioska. Jedynie jakiś turystyczny autobus i przemykające raz po raz „białe gęby”, świadczą o tym, że trafiliśmy we właściwe miejsce. Formalności załatwia się w dwóch przydrożnych budach, gdzie urzędnik „przywala” pieczęcie w paszportach i po kłopocie. Odpowiadają nam takie klimaty. Tu nie potrzebne wielkie gmachy, sieć komputerów, skaner linii papilarnych itp., wystarczy gość przy drewnianym stole, pieczęć i tusz J Wbija nam wizę na 30 dni, którą można bezpłatnie przedłużyć do 90.

W grudniu w Boliwii rozpoczyna się pora deszczowa i ledwo załatwiliśmy formalności widzimy burzowe chmury na niebie. Trochę się obawiamy o dalszą jazdę, gdyż Boliwia będzie najtrudniejszym etapem naszej podróży, ze względu na kiepskie drogi, w dużej mierze bez asfaltu, duże wysokości a deszcze mogą całkowicie uniemożliwić zarówno jazdę jak i pchanie roweru trasami, które sobie zaplanowaliśmy. No ale plany zawsze można zmienić, prawda? Dojechaliśmy jednak do turystycznej miejscowości Copacabana nad jeziorem, gdzie planowaliśmy się zatrzymać, bez deszczu. Znaleźliśmy hostal za 30 bolivianów/pokój dwuosobowy (ok. 15 zł) i dopiero gdy się rozgościliśmy przyszła burza. Był więc czas na prysznic i przebranie się w czyste ubrania a potem wyszło słońce i mogliśmy pójść do miasteczka J Wymieniliśmy kasę – kurs 1$ = 6.8 bolivianów, kupiliśmy trochę prowiantu i na przywitanie nowego kraju zjedliśmy przepyszną rybkę (18 bolivianów/sztuka) w tanim „comedorze”, oczywiście. Do tego był ryż i trochę tutejszych ziemniaków oraz małe rybki, smażone w całości na patelni, zwane „ispi”. Ja zrezygnowałam z tego dodatku i oddałam swoją porcję Przemkowi, który zazwyczaj nie jada ryb, bo mu ości przeszkadzają, a owe ispi wrąbał razem z głowami i oczami i jeszcze mówił, że dobre! Brrr…                            

Copacabana to typowo turystyczne miejsce, z mnóstwem restauracji, hostali, agencji turystycznych i straganów z pamiątkami ale ładnie położona nad jeziorem Titicaca i spokojna bez dużego ruchu pojazdów i zgiełku miasta. Dla takich jak my, którzy zwykle włóczą się po małych wsiach lub odludziach, przystanek w takiej turystycznej miejscowości od czasu do czasu, to miła odmiana i wygoda. Spędziliśmy jeszcze jeden dzień w miasteczku, przeznaczając go na odpoczynek i doprowadzanie do porządku naszego dobytku.

W drodze z Copacabany, podczas posiłku na łonie natury, zauważyliśmy na drodze parę rowerzystów. Okazało się, że to Szwajcarzy, którzy zmierzali dokładnie w tym samym kierunku, co my i tez wybierali się na Salar de Uyuni, tylko, że z La Paz zamierzali tam dojechać autobusem. Po śniadanku ruszyliśmy dalej i w odległości jakichś dwóch kilometrów przed nami widzieliśmy  pedałujących Szwajcarów. Niby to płaskowyż a droga wciąż prowadziła wzwyż a nie płasko 🙂 ale dzięki temu pofałdowaniu terenu widoki na jezioro były o wiele ładniejsze niż w Peru, gdzie w większości jechaliśmy wzdłuż brzegu, po płaskim terenie. Potem mieliśmy zjazd do przeprawy promowej, gdzie wspomniani Szwajcarzy gdzieś zniknęli nam z oczu. Starą, drewnianą barką przepłynęliśmy na drugą stronę wąskiego przesmyku jeziora i oczywiście zaraz musieliśmy podjechać to, co zjechaliśmy. W trakcie jazdy mijaliśmy małe wioski, przed nami przeszło też gradobicie i jechaliśmy przez odcinek płaskowyżu zasypany lodowymi kryształkami a także trafiliśmy na przelotny deszcz, przed którym schroniliśmy się pod dachem jakiegoś przydrożnego budynku. Na szczęście deszcz szybko przeszedł i mogliśmy jechać dalej. Francuski tandem mówił nam, że ludzie w Boliwii bardzo „zimni” a nam znowu szczęście dopisało, bo gdy szukaliśmy miejsca na nocleg wśród chat, stojących przy drodze, Przemek trafił do protestanckiej kapliczki i kobitka, która tam sprzątała, powiedziała, że możemy rozłożyć namiot u niej na podwórku. Tak też zrobiliśmy a miła gospodyni bardzo była przejęta, gdy kolejna burza nadciągała i koniecznie chciała nas zaprosić do domu. Podziękowaliśmy uprzejmie i przekonaliśmy panią, że „nuestra carpa es muy bien” czyli, że namiot porządny mamy i burzę wytrzyma, chyba 🙂

Przez kolejne dni jazdy mieliśmy piękną pogodę – bez deszczu i gradu. W dzień pełne słońce, chłodne wieczory i zimne noce. Około południa dotarliśmy na przedmieścia La Paz, gdzie przezornie zatrzymaliśmy się w jakiejś przydrożnej „taniej jatce” na almuerzo, żeby na głodno nie jeździć po mieście. Za posiłek składający się ze smacznej zupki oraz drugiego dania z kawałkiem mięsa, ryżem i mała porcją surówki zapłaciliśmy 7 bolivianos czyli jakieś 3,50 zł! To był najtańszy obiad, jaki do tej pory jedliśmy J Jakie to miłe, kiedy mimo, że jesteś niskobudżetowym turystą, stać cię na obiad w restauracji, który w dodatku jest dla ciebie bardzo tani! Pełen komfort! O ileż łatwiej jest wtedy podróżować… Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy w kierunku miasta. Po drodze znów natknęliśmy się na wspomnianych Szwajcarów i jadąc w niedużej odległości od siebie dotarliśmy do zjazdu, którym droga prowadzi do stolicy, położonej w kanionie. Z góry roztaczał się widok na miasto z tysiącami budynków i uliczek. Ten zjazd do La Paz to istna makabra – straszne korki i natrętne trąbienie busów, których kierowcy nie przestrzegają żadnego logicznego porządku jazdy i sami jeszcze bardziej utrudniają sobie życie. Kiedy wreszcie dotarliśmy do miasta Przemek zdecydował, że wspólnie ze szwajcarską parą zatrzymamy się w „Casa de cyclistas” czyli tutejszym „domu rowerzysty”, prowadzonym przez sympatyczne małżeństwo. Dom znajduje się nieopodal centrum turystycznego w La Paz ( niecałe 2 km dalej), w samym centrum znajduje się zaś kafejka, do której należy najpierw się udać żeby zameldować się u właścicieli. Kafejka zwie się „Chuquiago cafe” adres: Linares 903. Miła właścicielka częstuje przybyszów herbatą „mate” lub kawą, można też również skorzystać z darmowego Internetu. W bramie kafejki i wszędzie wokół znajdują się dziesiątki sklepików z różnorakimi pamiątkami dla turystów. W domu cyklisty było akurat niezłe oblężenie, gdyż „koczowało” tam już osiem osób. My planowaliśmy zostać tylko jedną noc, więc Szwajcarzy, którzy zamierzali pobyć tu dłużej,  poszli na tę noc do hostalu a rano mieli przenieść się do „casa de cyclistas”. Panujące tam warunki są raczej ”polowe” – śpi się na podłodze we własnych śpiworach ale jest kuchenka i można przyrządzić sobie jakiś ciepły posiłek, bez konieczności żywienia się w restauracjach. Cena 15 bolivianos (ok. 7 zł) niewygórowana jak na stolicę i choć za te same pieniądze mieliśmy w Copacabanie własny pokój z łóżkami, to jednak podejrzewam, że tu w pobliżu centrum trudno byłoby znaleźć pokój za takie pieniądze ale tego nie sprawdzaliśmy. Atutem domu cyklisty jest jednak to, że można tu spotkać innych rowerzystów przybywających z różnych kierunków i wymienić się doświadczeniami oraz zebrać informacje, które mogą być użyteczne w dalszej drodze. Dom był wypełniony po brzegi. Niestety wśród gości nie było nikogo z krajów mniej zamożnych, takich jak Polska. Tylko Anglicy, Amerykanie i Francuzi, głównie młodzi, choć podobno nie jest to regułą i w domu gościli też emerytowani cykliści. Przyglądaliśmy się stojącym tu porządnym pojazdom – był tandem z Francji, warty jakieś trzy tysiące euro, rower poziomy i kilka klasycznych bike’ów. Nie da się zaprzeczyć, że w tym momencie naszła nas trochę gorzka refleksja, że ci młodzi ludzie mogą sobie pozwolić na taki sprzęt, o jakim przeciętny Polak, po kilkunastu latach pracy w kraju może tylko pomarzyć, tak samo zresztą jak o długich wyprawach, na które trzeba zarabiać za granicą. No cóż, takie życie… Naszego wielkiego roweru nie było już gdzie upchnąć więc musiał biedny, osamotniony stać na korytarzu, przypięty do poręczy. Ale może to i lepiej bo jak on by się czuł wśród tych wszystkich drogich wehikułów ze skórzanymi siodełkami, porządnymi oponami i kosztownym wyposażeniem…

Posted Grudzień 20, 2011 by D&P in Boliwia

%d blogerów lubi to: