Archive for the ‘Argentyna’ Category

  Leave a comment

Wodospady Iguazu 15.07.2012

Zdecydowanie nie kochamy tłumów i przeludnionych miast. Jesteśmy natomiast ciekawi świata, dlatego zwykle zbaczamy z utartych ścieżek, często włóczymy się po odludnych terenach a niedostępne zakamarki zawsze nas intrygowały. Uwielbiamy kontakt z przyrodą, szczególnie z ta pierwotną, w nienaruszonym przez człowieka stanie. Jednak pomimo, że lubimy podróżować własnymi drogami i odkrywamy świat po swojemu, nigdy nie czuliśmy potrzeby przekornego bojkotowania wielkich atrakcji turystycznych i omijania ich szerokim łukiem. Wręcz przeciwnie – zawsze kiedy istnieje taka możliwość próbujemy dotrzeć do tych miejsc, chociażby po to by móc samodzielnie ocenić, czy rzeczywiście są czymś wyjątkowym a dopiero potem wyrazić swoją opinię. To prawda, że niektóre ze znanych turystycznych atrakcji robiły na nas większe wrażenie a inne mniejsze. Szczerze jednak mówiąc, jak do tej pory nie zdarzyło się jeszcze by któraś z nich kompletnie nas rozczarowała. To prawda, że hasło „must see” brzmi co najmniej śmiesznie i oczywiście trudno nie zgodzić się z tym, że miejsca masowo odwiedzane przez turystów, często tracą wiele ze swojego uroku. Uważamy jednak, że co by w tej sprawie nie powiedzieć, żadne z nich nie stało się ową turystyczną atrakcją bez powodu i sztuka w tym, by znaleźć sposób lub przynajmniej dać sobie szansę na to, by ten powód dostrzec.

Właśnie dlatego nasz tandem dotarł wreszcie do Puerto Iguazu i dlatego wczesnym rankiem szykowaliśmy się do wizyty przy wodospadach. Wymknęliśmy się z pokoju by nie obudzić śpiących współlokatorów. Na zewnątrz było jeszcze ciemno a śniadanie wliczone w cenę noclegu oczywiście przepadło. Kuchnia była jeszcze zamknięta i nie było miejsca na przyrządzanie posiłku więc ruszyliśmy na dworzec z pustymi żołądkami. Zapakowaliśmy się w pierwszy autobus jadący do wodospadów, który odjeżdżał o 7.20. Cena biletu wynosiła 50 pesos za osobę (przejazd w obie strony). Nie tanio – zważywszy, że odległość od miasta do parku wynosi kilkanaście kilometrów. Przy kasach sytuacja znana chyba wszystkim podróżującym – segregacja turystów ze względu na kraj pochodzenia. Cena za wstęp dla mieszkańców Argentyny – 50 pesos, cena dla zagranicznych turystów 130 pesos. Ta znana praktyka już nawet nie budziła zdziwienia ale w tym parku posunięto się jeszcze dalej. Otóż wywieszono listę państw uprzywilejowanych (Brazylia, Paragwaj, Urugwaj i Wenezuela), których mieszkańcy mogli korzystać ze zniżki! Trudno było powstrzymać niesmak!

Po wejściu na teren parku przeszliśmy przez centrum dla zwiedzających, omijając sklepiki i restauracyjki, gdzie pracownicy dopiero szykowali się do swojego dnia pracy. Zmierzaliśmy wprost na kolejkę, która dowozi turystów do miejsca zwanego „Garganata del Diablo” (Devil’s Throat). W cenę biletu wliczony jest przejazd oraz przepłynięcie łodzią na wyspę, jeśli pozwala na to stan wody. My jednak nie mieliśmy szczęścia i tego dnia łódź nie kursowała. Zanim pociąg ruszył, do kilku osób, które wraz z nami przybyły pierwszym autobusem, dołączyło już tylu ludzi, że wszystkie wagoniki się zapełniły.

Wreszcie w chłodnym i przesiąkniętym wilgocią porannym powietrzu dotarliśmy na miejsce.  Zanim jednak się tam znaleźliśmy, to najpierw usłyszeliśmy wodospad. Jego szum jest słyszalny z odległości wielu kilometrów. „Diabelska Gardziel” w całej okazałości ukazuje potęgę i siłę spienionej rzeki Iguazu, która już wcześniej rozlewa się po licznych kaskadach. To tutaj tysiące litrów wody na sekundę spada z niezwykłym impetem  ponad osiemdziesiąt metrów w dół, czyniąc to miejsce najwyższym progiem skalnym wodospadu. Z tego też powodu Garganta del Diablo jest uznawany za najbardziej spektakularny punkt obserwacyjny w całym parku. Jednak nam jeszcze bardziej podobały się punkty widokowe, rozmieszczone na ścieżkach spacerowych. Dawały możliwość podziwiania wodospadu w otoczeniu subtropikalnej przyrody. Tysiące kropelek wody, unoszące się wokół potężnych mas opadającej kaskadami rzeki Iguazu, tworzyło tęcze i cudowny, pełen świeżości mikroklimat.  Byliśmy zauroczeni i nawet spore ilości turystów, wędrujących ścieżkami nie psuły naszych pozytywnych nastrojów. Być może to wiele tygodni jazdy przez zimne i pozbawione drzew odludzia w Patagonii, sprawiły, że Park Narodowy Iguazu wydawał nam się wręcz rajskim miejscem, otoczony zieloną ścianą lasu, pełen ptaków i zwierząt. Naszym zdaniem Wodospady Iguazu są naprawdę piękne i absolutnie nie żałowaliśmy pieniędzy wydanych na zobaczenie tego miejsca. Nie ominęła nas tez przyjemność spotkania oko w oko z coati. Te pocieszne zwierzęta grasują między turystami w Parku Iguazu niczym uliczne gangi. Nie przepuszczą żadnej okazji by pochwycić jakiś smaczny kąsek! Oczywiście nie należy karmić coati ale turyści nie przestrzegają zakazu. Z tego powodu zwierzęta nie mają żadnych oporów przed kontaktem z ludźmi a czasem bywają nawet agresywne byle tylko dostać to, co im smakuje. W parku po raz pierwszy udało nam się również zobaczyć przepiękne tukany. Dzień w Iguazu okazał się wspaniały. Cały stres i frustracja spowodowane psującym się kołem poszły w zapomnienie. Chociaż być może właśnie z powodu trudów rowerowej wędrówki, każdy taki dzień potrafiliśmy docenić w dwójnasób. Pomimo, że wodospad nie był w swojej najbardziej atrakcyjnej postaci, gdyż odwiedzaliśmy go w porze suchej, kiedy wody jest mniej, to jednak dzięki temu udało nam się uniknąć tłumów ludzi, co jest zwykle największym problemem. Wodospady Iguazu były kolejnym niezwykłym miejscem z naszej prywatnej listy „must see”, które nas nie zawiodło i które uznajemy za piękne! 

W parku zatrzymaliśmy się na piknik, na który zabraliśmy ze sobą różne smakołyki. Potem po powrocie do miasta poszliśmy na pyszne lody i wieczorem na pizzę na kolację. Pieniądze z portfela wypływały z siłą wodospadu ale cóż –  to nie miejsce w którym można oszczędzać 🙂

Reklamy

  Leave a comment

Puerto Iguazu – wielkie starcie „my kontra dętka” 9-16.07.2012

Droga do Iguazu wystawiła naszą cierpliwość na wielką próbę. Trudności, z którymi musieliśmy sobie radzić w ciągu wielu miesięcy podróży, wykształciły w nas mocno opanowaną postawę i kreatywne podejście do wszelakich problemów. Mówiąc wprost nie przejmowaliśmy się zbyt wieloma sprawami jednak niewiele rzeczy może być tak deprymujących dla rowerzysty jak powtarzające się awarie roweru! I właśnie z tym, nie pierwszy raz niestety, przyszło nam się zmierzyć.

Problemy zaczęły się wkrótce po opuszczeniu Obery. Mimo chłodnej i pochmurnej pogody wyjechaliśmy wcześnie ale w drodze zatrzymała nas awaria koła. Jechaliśmy w pagórkowatym terenie i tuż przed wjazdem do miasteczka Dos de Mayo pękła kolejna szprycha. Do miasteczka wiódł stromy podjazd więc pchaliśmy rower pod górę, żeby oszczędzić pozostałe szprychy ale na niewiele się to zdało. Braki były już zbyt duże i skutkiem tego koło nieźle zwichrowane zaczęło ocierać o ramę. Dotarliśmy pod opustoszały market na skraju miasteczka, który zamknięty był z powodu obchodzonego tu święta 9 lipca. Usiedliśmy na pustej ławeczce i nie pozostawało już nic innego jak tylko zabrać się za wymianę szprych i centrowanie koła by doprowadzić nasz rower do stanu używalności. W dzień świąteczny, w podziurawionych ubraniach, zrzuciliśmy cały nasz brudny załadunek z roweru i na chodniku przed sklepem Przemek ze stoickim spokojem zabrał się za nie wiadomo już którą w trakcie tej długiej podróży naprawę. A trzeba dodać, że nie było to łatwe zadanie, gdyż szprychy jakie jeszcze znalazły się w zakamarkach przyczepki były oczywiście w różnych rozmiarach i trzeba było tworzyć różne kombinacje, żeby je jakoś dopasować. Spędziliśmy mnóstwo czasu przy markecie Austral ale w końcu Przemkowi udało się „postawić rower na nogi”. Mieliśmy nadzieję, że dotrzemy do Iguzau bez kolejnych napraw ale czas miał pokazać, ze bardzo się myliliśmy. Tymczasem następnego dnia, po mozolnej i nieco leniwej jeździe dotarliśmy do „storczykowego” miasteczka Monte Carlo. Zatrzymaliśmy się przy informacji turystycznej, żeby popatrzeć na mapę a tam zjawiła się zaraz, ni stąd ni zowąd, miła pani oferująca nam nocleg w pobliskich kabanas za przystępną cenę 40 pesos. Przemkowi się na to oczy zaświeciły i jechać dalej nie chciał, mimo, że z 40 pesos zrobiło się 60 a na liczniku mieliśmy zawrotny dystans niecałych 40 km! Jednak biorąc pod uwagę, że gorący prysznic mieliśmy okazję wziąć 9 dni temu (!) zostaliśmy w domku. Od ostatniego noclegu pod dachem minęły natomiast ponad dwa miesiące i może dlatego tak dziwnie nam się spało w łóżku i wierciliśmy się przez całą noc.

Kolejnego dnia wyjechaliśmy wcześnie i przemierzaliśmy pagórkowatą drogę wśród plantacji ostrokrzewu i tartaków. Wkrótce jednak tylne koło przypomniało nam o swoim istnieniu… Zaczęło z niego uchodzić powietrze i co kilka kilometrów wymagało dopompowania. Opona też wyglądała kiepsko. W takich okolicznościach jazda szła opornie i w końcu znów trzeba się było zabrać za naprawę.  A więc ponowne: rozpakowanie całego roweru, zdjęcie koła i załatanie dętki i zapakowanie wszystkiego z powrotem. Jednak udało nam się przejechać ledwie kilka kilometrów, kiedy z opony w kole znów zrobił się kompletny flak! Ponowny postój i ponowna reperacja. Okazało się, że łatki nie trzymają. Przemek nakleił nowe ale i te nie były dobrej jakości i powietrze nadal trochę schodziło. Byliśmy pewni, że jutro ten problem znów nas gdzieś zatrzyma 😦 Niestety nasze obawy szybko się sprawdziły. Rano, po noclegu w lesie, w tylnym kole roweru powietrze znowu zeszło całkowicie! Cóż było robić… Ja zajęłam się śniadaniem a Przemek łataniem dętki po raz trzeci! Wyjechaliśmy nieco później niz planowaliśmy. Jednakże pogoda była nienajgorsza i mieliśmy nadzieję, że dziś bezwzględnie dotrzemy do Puerto Iguazu ale i tym razem się pomyliliśmy.

Wkrótce dotarliśmy do miasteczka Wanda, które znane jest w okolicy z kopalni minerałów. Dla nas było jednak ciekawe z innego względu – miejscowość Wanda została utworzona przez Polaków. Przy wjeździe do miasteczka przybyszów pozdrawia polski napis „witamy” a w odległości nie większej niż kilometr, znajduje się drewniany kościółek o nazwie Częstochowa, wybudowany przez polskich osadników w 1945 roku. Już wcześniej Argentyńczycy mówili nam, że w prowincji Missiones mieszka wielu Polaków i rzeczywiście dostrzegaliśmy swojsko brzmiące nazwiska na samochodach firm przewozowych czy linii autobusowych. Miasteczko Wanda i kościółek Częstochowa, to były jednak absolutnie niezaprzeczalne dowody polskiego osadnictwa w tym rejonie. Niestety my mieliśmy  problemy. Dętka znowu straciła powietrze i nie nadawała się do jazdy. Kolejny postój przy drodze i łatanie. Najlepszym rozwiązaniem byłby oczywiście wjazd do miasteczka i kupno nowej dętki ale na nasze nieszczęście właśnie rozpoczynała się siesta i na otwarcie sklepów musielibyśmy czekać aż do godziny 17.00. W końcu ruszamy dalej ale po przejechaniu kilku kilometrów problem powraca i jesteśmy dokładnie w tej samej sytuacji: dętka bez powietrza, jazda niemożliwa, łatanie po raz czwarty! Kiedy po przejechaniu ledwie kilometra sytuacja znów się powtórzyła, czułam, że jestem u kresu wytrzymałości. To był jakiś zupełny obłęd. Ileż razy można łatać tę samą dętkę?! Mieliśmy ostre spięcie w naszym duecie – ja postanawiam zatrzymać jakieś auto i zabrać się stopem do Iguazu by kupić tam w końcu nową dętkę i zakończyć tę farsę ale Przemek „z uporem maniaka” bierze się za piąte łatanie. Siedzimy przy drodze – on zakleja dziurę a ja czuje jak dosłownie zalewa mnie frustracja. Masakra. Jazda na tandemie wymaga współdziałania i choć wydaje nam się, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, bywały takie momenty, które nieźle targały naszymi emocjami! 

W między czasie Przemek wpadł na pomysł by zamienić dętki – tę felerną dać na przednie koło, żeby w razie kolejnej awarii uniknąć konieczności ciągłego rozpakowywania roweru i odpinania przyczepki – by zdjąć przednie koło wystarczy tylko zdjąć przednie sakwy. Ostatecznie tak właśnie zrobiliśmy i po piątym łataniu ruszamy dalej. Koło nie traci powietrza, więc oddalamy się od zjazdu na Wandę w stronę Iguazu. Ale licho nie śpi! Wkrótce wymieniona dętka w tylnym kole po prostu się przebiła!!! Nie do wiary! Postój, rozpakowanie roweru i łatanie po raz szósty… Głodni i wściekli dojechaliśmy do wioski Libertad, gdzie po zakupieniu żywności rozpytywaliśmy miejscowych o sklep rowerowy. Było już jasne, że tego dnia do Puerto Iguazu nie dojedziemy a trzeba było położyć wreszcie kres temu szaleństwu! Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w wiosce są polscy księża. Trochę już zdesperowani, przechodząc przy kościele, zapukaliśmy więc do drzwi plebani i do księdza, który się pojawił, przemówiliśmy po polsku „dzień dobry” wprowadzając go w spore zadziwienie. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, gdzie możemy zakupić dętki a przy okazji ksiądz zaproponował nam miejsce na namiot przy kościele i ciepły prysznic. To był wreszcie jakiś pozytywny zwrot sytuacji 🙂

Mieliśmy nadzieję, że następnego dnia sprawy ułożą się lepiej ale… 

Rano nieszczęsna dętka w przednim kole (ta felerna) została wymieniona na nową. Tylna (przebita poprzedniego dnia) mogła być tylko załatana, gdyż niekompatybilny wentyl nie pozwolił na wymianę a niestety innych modeli w miasteczku Libertad nie było. Podziękowaliśmy księdzu, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Wkrótce poczuliśmy pewną ulgę. Jechało się dobrze, rower nie sprawiał problemów, mieliśmy dobre tempo. Droga zrobiła się niemal płaska. Indianie w drewnianych chatach sprzedawali plecione ręcznie kosze oraz sadzonki storczyków, minęliśmy zaporę i jezioro Urugway. Wreszcie gdy już niemal uwierzyliśmy, że nam się uda, gdy dotarliśmy do skraju miasteczka Puerto Iguazu nagle traaach i dętka, w tylnym oczywiście kole, przebita! Oznaczało to, ni mniej ni więcej, tylko jedno: postój, rozpakowanie bagaży i siódme łatanie w ciągu 3 dni! Przemek bierze się za naprawę, ja ruszam w miasto na poszukiwanie kempingu, który miał być przy głównej drodze. Niestety tym razem nie powiodło się nikomu. Przemek nie dał rady załatać dętki a ja nie znalazłam kempingu ani nie udało mi się uzyskać informacji gdzie on jest 😦

Nie mieliśmy wyboru, nie mogliśmy przecież stać przy drodze, trzeba było rower bez powietrza w tylnym kole, wyprowadzić na górkę, którą prowadziła droga przy wjeździe do miasta by znaleźć jakiś nocleg. Wkrótce jednak sytuacja jeszcze się pogorszyła. Ostatecznie dowiedzieliśmy się, że kemping już nie funkcjonuje a w między czasie, jak można było się spodziewać, pozbawiona powietrza dętka porwała się na strzępy pod ciężarem roweru. Znowu utknęliśmy. Rower strasznie ciężki i trudno ciągnąć go z uszkodzonym kołem. Do centrum jeszcze kawałek drogi a w dodatku pora siesty – nic nie da się kupić. Czekanie na otwarcie sklepów a potem naprawa roweru potrwałyby do wieczora a my nie mieliśmy świateł by jeździć po zmroku. Poza tym trzeba było jeszcze znaleźć jakiś nocleg w przystępnej dla nas cenie, co mogło się okazać trudne zwłaszcza, że w pobliżu widzielismy drogie kompleksy i hotele z basenami, gdzie za postawienie namiotu żądano od nas równowartość 100 zł…

W pewnej chwili jednak Przemek, który ma zwyczaj kolekcjonowania zbędnych rzeczy, przypomniał sobie, że wczoraj nie wyrzucił starej dętki lecz mamy ją jeszcze w przyczepce. Wiadomo było, że kolejne łatanie nie miałoby sensu ale w pobliżu zauważyliśmy „gomerie” ( wulkanizator) i była szansa, że może w warsztacie coś jeszcze z tą nieszczęsną dętką zrobią. Ku naszej radości udało się. Dętkę załatano a my po raz kolejny musieliśmy rozpakować rower i zająć się tylnym kołem. To była siódma naprawa. Uff…Wreszcie jednak postawiliśmy na swoim i rower znów był gotowy do jazdy. Na kemping dotarliśmy już po zmroku, dzięki pomocy lokalnego rowerzysty, który poprowadził nas nad rzekę, w zachodnim krańcu miasta. Jednak miejsce noclegowe wiele tańsze niż przy hotelu nie było a do tego znaleźliśmy się daleko od centrum. Kemping był naprawdę fajny. Położony w tropikalnym ogrodzie, nad rzeką Parana, za którą rozciąga się już terytorium Paragwaju. My jednak potrzebowaliśmy czegoś tańszego i bliżej centrum, tym bardziej, że w chwili obecnej na rower nie można było liczyć. 

Spędziliśmy na kempingu jedną noc a rano z „duszą na ramieniu” wróciliśmy do centrum. Na szczęście koła wytrzymały i ostatecznie zatrzymaliśmy się w hostalu Pop Natura, który miał ogród, gdzie można było zostawić rower i znajdował się niedaleko dworca autobusowego, skąd odjeżdżały busy do wodospadów. Mimo, że było po sezonie cena wynosiła 60 pesos/osoba za nocleg w dormitorium. Jednak turystów wokoło mnóstwo, więc nie było powodu by obniżać ceny a najtańsze noclegi trzeba rezerwować z wyprzedzeniem! Zadomowiliśmy się na łóżkach przy oknie, przez które bez problemu mogliśmy wpakować nasz dobytek do środka 🙂

Puerto Iguazu, jak się można było spodziewać, to typowo turystyczne centrum z restauracjami, hotelami dla turystów, sklepikami z pamiątkami i naganiaczami. Na obrzeżach miasta znajduje się także schronisko dla zwierząt, które przywracane są tutaj do naturalnego środowiska. Park jest udostępniony do zwiedzania dla turystów w cenie 50 pesos za osobę. Poza centrum rozciąga się natomiast sieć uliczek, gdzie toczy się codzienne życie zwykłych mieszkańców tego miejsca, nie związanych z turystyką. Tutaj większość dróg jest bez asfaltu a zamiast restauracji i sklepów z pamiątkami królują małe sklepiki spożywcze i zwykłe „comedory”. Niestety sklepu rowerowego nie udało nam się znaleźć, tymczasowo jednak problem koła został rozwiązany ale na zwiedzanie wodospadów postanowiliśmy się jednak wybrać autobusem.

  Leave a comment

Obera i pożegnanie z pampą 28.06-8.07.2012

Czas odliczał już dni do końca naszej podróży i po leniuchowaniu u Nelsona i Teresity, trzeba było ruszać w dalszą drogę. Przy wyjeździe z miasta spotkaliśmy miejscowego rowerzystę, który opowiadał nam o tym jak bardzo marzy mu się polska przyczepka do roweru Extrawheel i zapraszał nas do siebie na nocleg. Niestety zdecydowanie nie mogliśmy zostać już dłużej w Chajari, żeby porozmawiać o rowerowych wyprawach. Zresztą nigdy nie użytkowaliśmy Extrawheel i w najbliższym czasie jakoś nie planowaliśmy. Ruszyliśmy więc w drogę, opuszczając gościnne Chajari i w gorącym, letnim powietrzu oraz niesprzyjającym wietrze powoli zmierzaliśmy na północ. 

Przez trzy kolejne dni wciąż pedałowaliśmy pod wiatr. Jednak poranki i noce były tak ciepłe, że mogliśmy spać w rozpiętych śpiworach.  Mieliśmy wrażenie, że nagle wjechaliśmy w strefę lata zupełnie tak samo, jak kilka miesięcy temu, gdzieś w okolicach miasteczka Zapala, lato nagle się skończyło. Mimo wiatru byliśmy zadowoleni – odcinki drogi były zamknięte dla ruchu i mieliśmy wolny pas tylko dla siebie, nie dokuczało nam zimno a przy drodze ciągnęły się mandarynkowe i pomarańczowe sady, w których można było narwać owoców na orzeźwienie ☺ Zapomnieliśmy szybko i z prawdziwą ulgą o czasach, kiedy trzeba było się grzać przy palniku a rano z namiotu strzepywać lód.  Teraz mogliśmy sobie leżeć wieczorem w namiocie, odpoczywać i słuchać świerszczy lub żab, które wydawały dziwne dźwięki, przypominające stukanie bambusowych łodyg. Wokół nas przyroda ożyła i znów trzeba było uważać na mrówki, komary i puri-puri ale tak to już jest w naturze …

 Minęliśmy wioskę Tapebicua, potem zjechaliśmy z drogi do małej, spokojnej mieściny Yapeyu. Zrobiliśmy sobie zakupy w wiejskim sklepiku a później piknik pod drzewami nad rzeką Urugwaj. Teren po drugiej stronie rzeki to było już terytorium Brazylii ale na razie zbytnio nam się tam jeszcze nie spieszyło, ponieważ Brazylia oznaczała właściwie koniec naszej wyprawy a my polubiliśmy niewygodne życie w podróży i wcale nie chcieliśmy wracać… 

Kolejnego dnia niebo zasnute było grubą warstwą chmur a kiedy wyszliśmy ze śpiworów, słyszeliśmy nadciągającą z południa burzę. Wiatr zmienił kierunek a temperatura spadła przynajmniej o dziesięć stopni. Wiedzieliśmy, że trzeba jak najszybciej zwinąć obozowisko – lepiej żeby w tym miejscu burza nas nie zastała, gdyż wokoło nie było żadnego zabezpieczenia przed wiatrem tylko otwarta przestrzeń. Nie traciliśmy czasu nawet na posiłek. Spakowaliśmy namiot i wspomagani wiatrem ruszyliśmy w kierunku miasteczka Santo Tome. Jednak deszcz dogonił nas w drodze i po chwili mieliśmy przemoczone getry, sandały i skarpety oraz byliśmy pokryci błotem walącym spod kół. Głodni i bez postoju zasuwaliśmy do miasta około 30 km aż dotarliśmy do pierwszej stacji benzynowej, gdzie zatrzymaliśmy się żeby zjeść śniadanie. W międzyczasie przestało padać, ubrania trochę podeschły a większość błota odpadła, więc przy wjeździe do miasteczka wyglądaliśmy nie gorzej niż zwykle ☺ Pokręciliśmy się trochę po okolicy, wypłaciliśmy pieniądze z „cajero automatico”, w małej „gomerii” przy wyjeździe nabraliśmy wody do zbiorników i ruszyliśmy dalej. Skręciliśmy w boczną drogę i jechaliśmy pośród sosnowych zagajników. Wokoło było pusto i cicho i znowu poczuliśmy, że jazda stała się prawdziwą przyjemnością. W tym rejonie zaszły już istotne zmiany w krajobrazie. To było definitywne pożegnanie z argentyńską pampą, z którą mieliśmy do czynienia od wielu miesięcy. Ziemia zmieniła barwę na ceglastą i oprócz sadzonych przez ludzi zagajników, które służyły do produkcji drewna, pojawiały się też naturalnie rosnące krzaki, drzewka i ogólnie więcej zieleni. Następnego dnia, po przekroczeniu granicy prowincji, o czym poinformowała nas wielokrotnie trafiona przez kule tablica, dostrzegliśmy nawet pierwsze bananowce w ogrodach i tropikalne monstery a wśród wysokich drzew spostrzegliśmy beztrosko baraszkujące stadko hałaśliwych małp. Wszystkie te zmiany w krajobrazie wzbudzały w nas wielką radość. Tymczasem droga była pagórkowata i wiatr wiał jak zwykle w twarz. Czasami trzeba było pchać rower na stromym podjeździe w obawie o kiepskie szprychy, które nie wytrzymywały przeciążenia albo znów na stromym zjeździe bo hamulec był już zużyty. Mimo to byliśmy zadowoleni i czuliśmy, że droga prowadzi nas do ciepła, słońca i zieleni ,których tak bardzo nam przez te wszystkie miesiące brakowało. Wkrótce dotarliśmy do miasteczka Concepcion de la Sierra, gdzie nie pierwszy raz w tej podróży wzbudziliśmy wielkie zainteresowanie. Ludzie oglądali nasz rower ciekawie, jednakże trudno było nam się z nimi porozumieć. Lokalni mówią tu mniej zrozumiałym językiem i wtrącają jeszcze portugalskie zwroty, co dodatkowo nam utrudniało zadanie. Miasteczko otaczały pola ostrokrzewu, z którego produkuje się słynną yerba mate i tak właśnie zapamiętamy ten rejon. Wielkie ciężarówki załadowane tym zielem mijały nas w drodze do miasta a gdzie niegdzie unosił się słodkawy zapach jaki wydziela się z tej rośliny w momencie zbiorów. W tym rejonie jest też wiele zakładów zajmujących się produkcją mate, gdzie w piecach pali się ogień i unosi się zapach przypominający nieco aromat marihuany ☺

Niestety wkrótce po wyjeździe z miasteczka pogoda się zepsuła i lunął deszcz. Opady były ciągłe i silne i przez to zmuszeni byliśmy spędzić całe dwa dni leżąc w namiocie na skraju plantacji ostrokrzewu w oczekiwaniu na lepszą pogodę. Nasze ubrania przeciwdeszczowe już właściwie się rozpadły i nawet zwykła odzież, która nam jeszcze została pozostawiała wiele do życzenia. Zawsze w takich sytuacjach przyrzekaliśmy sobie, że na następną wyprawę postaramy się zaopatrzyć w coś, co pozwoli nam pedałować w deszczu… Z łatwej okazji skorzystały za to mrówki. Wygryzły dziury w namiocie oraz w Przemka kurtce, czy raczej tym, co kiedyś było kurtką przeciwdeszczową. Widać mrówki nie potrafiły odróżnić liści od materiału, który nieco przypomina je w dotyku. Takim sposobem części naszego namiotu i odzieży powędrowały do mrówczego gniazda, gdzie z pewnością miały posłużyć jako pożywka do produkcji grzybów, które te stworzenia uprawiają na pokarm. 

Następnego dnia deszcz ustał i dotarliśmy do Obery. Przyroda jednak nigdy nie jest do końca przewidywalna. Mimo, że w ogrodach widzieliśmy już bananowce, papaje i maniok, które są roślinami ciepłolubnymi, tego wieczora temperatura zaczęła nagle sukcesywnie spadać. Jechaliśmy i jechaliśmy w stronę miasta w nadziei, że wreszcie trafimy na jakąś stację benzynową na rogatkach aby zatrzymać się na nocleg. Niestety zapadał już zmrok a żadnej stacji ani miejsca na postawienie namiotu nie było. Przenikliwe zimno sprawiało, że ubieraliśmy na siebie kolejne ubrania ale wciąż robiło się chłodniej i chłodniej. Oboje byliśmy w sandałach i stopy mieliśmy dosłownie odrętwiałe z przemarznięcia. Wreszcie przy samym wjeździe do miasta dostrzegliśmy jakieś miejsce nieco osłonięte od drogi. W straszliwym zimnie rozstawiliśmy namiot na nocleg i wchodząc do śpiworów poubieraliśmy na siebie grube skarpety i polary. Rano z niemałym zaskoczeniem stwierdziliśmy, że namiot pokryty jest szronem. Temperatura w nocy spadła poniżej zera! Czy to był wreszcie ostatni raz? 

Obera to miasto położone na wzgórzach z mnóstwem stromych uliczek. Przez to, co jakiś czas zmuszeni byliśmy schodzić z roweru i go pchać a i tak pękły szprychy, nie wytrzymując obciążenia! Nie  było jednak powodu by zatrzymać się na dłużej w Oberze. W niedzielne przedpołudnie wszystko wokoło zamknięte na cztery spusty. Ruszyliśmy zatem przed siebie, przez zielone pagórki i małe wioski, w drogę do ostatniego celu na trasie przez Argentynę – do Iguazu. 

  Leave a comment

Chajari – na świecie wciąż jest wielu wspaniałych ludzi.


P1160031

Ludzie spotkani w drodze stanowią wyjątkowy rozdział w podróży. Szczególnie takiej, kiedy jest się bardzo daleko od domu i wszystkiego, co się zna i kiedy jest się zdanym praktycznie wyłącznie na siebie. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy chyba nazbyt entuzjastyczni podróżnicy, nie jest tak, że będąc na wymarzonej wyprawie trafia się wyłącznie na osoby o wielkich sercach. Dlatego zachowanie zdrowego rozsądku to podstawa… Prawdą jest natomiast to, że podczas podróży, szczególnie rowerowej, która wymaga jednak znacznie większego wysiłku, ilość poznanych wspaniałych ludzi jest zaskakująca! Wszystkie przejawy życzliwości i przyjaźni doświadczane od zupełnie obcych osób, sprawiają, że wielu z tych, którzy podróżują po prostu staje się lepszymi ludźmi. Z pewnością obok satysfakcji z realizacji własnych marzeń, obok zachwytu nad niezwykłymi krajobrazami z odległych miejsc na świecie, to właśnie życzliwość spotkanych ludzi, którzy ze szczerym sercem wspierają i pomagają w drodze jest tym, co najcenniejsze w podróżowaniu ☺

Życzliwych osób podczas naszej rowerowej włóczęgi spotkaliśmy wiele. Od drobnych, przyjaznych gestów, poprzez przyjmowanie nas pod swój dach, wszyscy ci ludzie w dużym stopniu przyczynili się do tego, że nasza podróż mogła trwać. Nelson i Teresita z Chajari w Argentynie to właśnie takie osoby, których spotkanie jest czymś bardzo cennym.

Poznaliśmy ich pod koniec lutego, gdzieś w okolicach miejscowości Las Lajas, kiedy to pedałowaliśmy na południe w stronę Ushuaia. Sympatyczna para zatrzymała wtedy swój samochód na drodze, widząc dwóch obieżyświatów na tandemie, po to żeby… zaprosić nas do swojego domu na obiad! Tak, to nie żart!  Czasem trudno uwierzyć w taką serdeczność wobec obcych osób ale jak widać są ludzie gotowi zaprosić nieznajomych do siebie po prostu po to by ich ugościć. Po krótkiej rozmowie Nelson i Teresita stwierdzili, że przydałby nam się porządny, argentyński posiłek i że jeśli przyjedziemy ich odwiedzić to chętnie nas takim ugoszczą. Na małym skrawku papieru zapisali nam swój adres. Byliśmy pod wrażeniem przyjacielskiego gestu. Nie bardzo jednak wierzyliśmy w spotkanie. Włosko-argentyńskie małżeństwo mieszkało daleko od Las Lajas a my w dodatku zmierzaliśmy w dokładnie przeciwnym kierunku, do jeszcze bardziej odległego Ushuaia. Powiedzieliśmy więc tylko, że jeśli uda nam się do nich dojechać to z pewnością trochę to potrwa, potem pożegnaliśmy się serdecznie i nowi znajomi odjechali.

I rzeczywiście trochę to wszystko trwało ale po czterech miesiącach od naszego spotkania, po przejechaniu zimnej i wietrznej Patagonii, zjawiliśmy się w małej miejscowości Chajari przed ładnym drewnianym domkiem Teresity i Nelsona. Zadzwoniliśmy do drzwi a oni od razu nas poznali i powitali serdecznie jakby cały czas czekali na nasze spotkanie. To było niesamowite!

Teresita jest rodowitą Argentynką z Chajari. Bardzo życzliwa i przyjacielska kobieta, wokół której od razu wyczuwało się pozytywną atmosferę. Teresita była niegdyś nauczycielką a obecnie zajmowała się ręcznym tworzeniem ozdób i dekoracji do domu oraz biżuterii.

Nelson natomiast, z pochodzenia Włoch, sporo lat temu wyemigrował do Argentyny w poszukiwaniu lepszego życia. Jak twierdził w Europie jeśli nie ma się pieniędzy na start trudno jest czegokolwiek się dorobić i podnieść swój standard życiowy, nawet jeśli jest się bardzo pracowitym. Któż mógł go lepiej zrozumieć niż my Polacy? Moglibyśmy przytoczyć wiele takich przykładów z własnego kraju… W Argentynie Nelson miał swoją firmę, działającą nie do końca legalnie ale chyba za bardzo nikt się tutaj takimi rzeczami nie przejmował a obywatele nie byli tropieni przez US czy ZUS i „wyciskani” przez państwo, tak jak w Polsce. Jego firma zajmowała się wytapianiem tłuszczu z mięsnych odpadów, z których produkowano tłuszcze spożywcze do smażenia i pieczenia. Całe przetwórstwo odbywało się na podwórku i w garażu, gdzie po wytopieniu rozlewano tłuszcz z wiader do specjalnych pojemniczków, w których zastygał na kostki. Nelson miał dwóch młodych pracowników. Widać było, że jest zadowolony – był u siebie, z radia pogrywała muzyczka a oni płukali, mielili mięso i gotowali w kotłach, gawędząc przy tym wesoło. Bez stresu i nadmiernego pośpiechu. Nelson produkował 400 kg tłuszczu tygodniowo i sprzedawał w cenie 7 pesos za kilogram. Za te pieniądze on i jego żona mogli sobie wreszcie pozwolić na wybudowanie niewielkiego, drewnianego domku w stylu alpejskim i spokojne życie w małej, cichej miejscowości Chajari. Gdyby wpadł tu nasz SANEPID to byłaby prawdziwa jatka! Inspektorzy momentalnie zmietliby cały ten interes z powierzchni ziemi. Ale na szczęście dla nas wszystkich tutaj ich nie było! Nelson i jego pracownicy pracowali sobie spokojnie na podwórzu, pod blaszanym dachem, gdzie na stołach rozkładali mięso i kości, polewali wodą z węża, potem rąbali tasakiem własnej roboty (wykonanym z części jakiejś maszyny rolniczej) a na koniec mielili i wrzucali do kotłów, pod którymi paliło się ognisko. Drewno Nelson miał za darmo bo wystarczyło pojechać do tartaku i można sobie było wziąć drewnianych odpadów ile potrzeba.

Nelson i Teresina mają dwa koty i psa, które wiodą tu życie królewskie ale również koty sąsiadów bardzo ich kochają i często zaglądają na podwórko. Zawsze coś się dla nich znajdzie, nawet jeśli gospodarze nie poczęstują, to same się obsłużą ☺ I cóż by znów na to powiedział SANEPID? Ale tutaj nikt się nie rozchorował… Tłuszcz wytapia się przecież na ogniu a wysoka temperatura niszczy bakterie. W czasie siesty tłuszcz stygnie sobie w wiadrach po oleju samochodowym i dopiero później trafia do garażu, gdzie czekają małe foremki wyłożone pergaminem. Ot i cały proces produkcyjny.

Spędziliśmy z Nelsonem i Teresitą kilka wspaniałych dni. Jedliśmy smaczne posiłki, przyglądaliśmy się jak pracują i odpoczywaliśmy. Dzięki pomocy Nelsona, który w swoim garażu miał różne użyteczne narzędzia Przemek doprowadził rower do porządku. Zespawał co trzeba i znów mamy nasze „nóżki” – podpórkę, które wyglądają nieco zabawnie ale bardzo ułatwiają życie. Mamy też naprawione bagażniki i przyczepkę a poza tym … mnóstwo pozytywnej energii i przekonanie, że na świecie wciąż jest wielu wspaniałych ludzi ☺

Posted Marzec 23, 2015 by D&P in Argentyna

Tagged with , , ,

  Leave a comment

Krótka wycieczka do Urugwaju 16-24.06.2012

Niełatwo było dotrzeć do Urugwaju. Zupełnie jakby Argentyna, w której przebywaliśmy już od wielu miesięcy, przejęła nad nami władanie i nie chciała nas wypuścić. A my właśnie czuliśmy potrzebę odmiany i choć Patagonia definitywnie się skończyła, potrzebowaliśmy czegoś więcej – nowego kraju, świeżych wrażeń i innych wyzwań, chociaż na chwilę. Być może w Argentynie czuliśmy się już zbyt „swojsko”… Urugwaj zresztą od początku mieliśmy w planach podróży, jednakże niestety nie była to właściwa pora na odwiedziny 😦 Główną atrakcją jaką ma do zaoferowania turystom ten kraj to piękne, piaszczyste plaże.  Jednak nie o tej porze roku! Zimą na wybrzeżu panuje deszczowa aura, której towarzyszą silne wiatry. Tego mieliśmy już po dziurki w nosie! Mimo wszystko postanowiliśmy jednak zajrzeć do Urugwaju chociaż na kilka dni i znaleźliśmy dla siebie odpowiednie miejsce i atrakcję – urugwajskie baseny z wodą termalną 🙂

Kilka kolejnych deszczowych i zimnych dni spędziliśmy podążając w stronę granicy. Nie zatrzymały nas problemy z pękającymi szprychami i urwaną przerzutką, to tym bardziej nie zamierzaliśmy się poddać z powodu pogody. Przejechaliśmy okolicę pełną łąk, sadzawek i jezior i przeprawiliśmy się przez kolejny wielki most, opuszczając rzeczną wyspę. Na szczęście droga się poprawiła – pojawiły się na niej dwa pasy ruchu a za małą miejscowością Ceibas – pobocze! Jakże nas uszczęśliwiło to kilkadziesiąt dodatkowych centymetrów asfaltu! Deszcz i zimno jednak nas czasowo uziemiały. Ubrania mieliśmy przemoknięte i byliśmy przemarznięci. Namiot trzeba było rozstawiać w błocie i czekać jak na zmiłowanie, kiedy deszcz trochę odpuści. Niczego nie dało się w takich warunkach wysuszyć i trzeba było po wstaniu ze śpiwora zakładać na siebie mokre ubrania. Jeśli chodzi o mnie to tym razem zabrakło siły woli i dzięki temu wieczorem miałam dwa przemoczone i brudne od błota komplety rowerowych ubrań i żadnego suchego na zmianę 😦 Obozowisko zwijaliśmy w mżawce, błocie  i niemiłym chłodzie. Tylko ptaki baraszkowały wokoło na trawie i w swoich glinianych budkach na drzewach, jakby pogoda w ogóle im nie przeszkadzała! 

Dotarliśmy wreszcie do miasteczka Gualeguaychu. W parku, za miastem, gdzie znajdowały się wody termalne, szukaliśmy miejsca na kempingu, by doprowadzić do porządku siebie i nasze rzeczy. Ale argentyńskie ceny nie po raz pierwszy zwaliły nas z nóg – za miejsce na namiot mieliśmy zapłacić ponad 100 zł, a gdyby nam się zachciało basenów termalnych to cena wstępu jeszcze wyższa! W końcu udało się znaleźć jakiś podupadły ośrodek, gdzie właściciel pozwolił nam za ok.40 zł postawić namiot w nieczynnej jadalni. Dzięki temu mogliśmy zrobić porządne pranie i porządkowanie naszego dobytku, co już od dawna było bardzo potrzebne. Kiedy wydobyliśmy z dna sakw i zakamarków przyczepki nasze rzeczy było wprost nie do uwierzenia, że woziliśmy to wszystko ze sobą na rowerze już ponad rok!!!

Pagórkowata droga do granicy wiodła wśród pól, na których sterczały bezlistne drzewa, suche badyle i szare, wyschnięte chwasty. Wszystko wydawało się ponure i smutne. Jednak prawdziwe problemy dopadły nas na granicy. Ku naszej bezsilności okazało się bowiem, że tą drogą nie przejedziemy, gdyż na moście granicznym przez rzekę Urugwaj nie ma pasa dla rowerów ani dla pieszych! Byliśmy wściekli. Przecież w Argentynie nie przejmowano się zbytnio przestrzeganiem przepisów! Być może jednak w strefie przygranicznej z Urugwajem Argentyna chciała stwarzać dobre wrażenie… Szkoda tylko, że nigdzie nie było żadnej informacji na ten temat – ani w przewodnikach, ani w informacjach turystycznych, do których często zaglądaliśmy – nikt nawet słowem o tym nie wspomniał! Pomyśleliśmy, żeby się wpakować na jakiegoś tira, by przejechać most. Niestety, czekaliśmy na „aduanie” prawie dwie godziny a nie pojawiła się żadna pusta ciężarówka, która mogłaby nas zabrać. W końcu przemarzliśmy i zaczęło już zmierzchać. Mieliśmy dosyć stania jak przysłowiowe palanty i chcąc, nie chcąc postanowiliśmy jechać do następnego przejścia granicznego, gdzie jak nas poinformowali celnicy – most wyposażony był w pas dla rowerów…

Do Urugwaju dotarliśmy dwa dni później. Przejście graniczne bez problemu pokonaliśmy w miasteczku Colon. Przed granicą znajdowały się markety, do których Urugwajczycy przyjeżdżali na zakupy. Na motorkach przemierzali most z wielkimi worami wypchanymi zakupami, zupełnie jak św Mikołaj z prezentami! Co chwilę pojawiał się delikwent z worem wypełnionym po brzegi papierem toaletowym i to nas bardzo rozbawiło. Przypomniały nam się, tkwiące gdzieś głęboko w zakamarkach pamięci, czasy głębokiej komuny, gdy w naszym wczesnym dzieciństwie w Polsce był to towar deficytowy 🙂 Uprzejma urzędniczka na przejściu sama wypełniła wszystkie niezbędne dokumenty wjazdowe, ku naszej radości a niezadowoleniu kolejki zakupowiczów, stojących do okienka, która została zablokowana na dłuższy czas 🙂

Było już zbyt późno na szwędanie się po miasteczku przygranicznym Paysandu. Ruszyliśmy więc drogą na północ wzdłuż rzeki Urugwaj. Wokół panował spokój, ruch nie był zbyt duży. Otaczał nas jesienny, wiejski krajobraz, choć miejscami trawa i niektóre drzewa, zieleniły się jak w Polsce na wiosnę i cieszyły niezmiernie nasze oczy. Wokoło skrzeczały stadka papug, co skutecznie przypominało nam, że jesteśmy jednak daleko od domu.

Następnego ranka chmury i wilgotna mgła się rozproszyły i wreszcie doczekaliśmy się pięknego, słonecznego dnia! Wokoło zaczęły się pojawiać drzewa palmowe oraz plantacje pomarańczy i mandarynek, które dawały nam nadzieje, że zimne dni i noce może już nie wrócą. Rozpoczynał się mandarynkowy sezon, już w Argentynie można je było kupić za grosze. Tego potrzebowaliśmy najbardziej – ciepła i mnóstwa świeżych owoców 🙂 Minęliśmy kilka małych wioseczek i wkrótce dotarliśmy do kompleksu wód termalnych w okolicy wioski Chapicuy. W tym rejonie termy są bardzo popularne i znajdują się w wielu miejscach zarówno po argentyńskiej jak i urugwajskiej stronie granicy. Najbardziej popularny jest ośrodek w Daymon, uznawany za największy i najlepiej zorganizowany w okolicy, który chętnie odwiedzają również mieszkańcy Argentyny. My jednak szukaliśmy miejsca spokojnego i bez tłumów. Ciepła pogoda zachęcała do skorzystania z basenu, więc zostaliśmy 🙂 Za pobyt na kempingu wraz z dostępem do basenów termalnych zapłaciliśmy w sumie tylko 40 zł! Cena była dla nas niewygórowana, mimo. że musieliśmy wymienić pieniądze na miejscu, po niekorzystnym kursie. Spędziliśmy cały dzień na leniuchowaniu i korzystaniu z kąpieli w basenie. Trudne było tylko wyjście z wody i dojście do przebieralni – bo jednak to przecież nie lato! Mimo wszystko słońce, ciepła woda w basenie i gorące prysznice to był najlepszy relaks i odprężenie jakie mogliśmy sobie wymarzyć. Nie przeszkadzało nam nawet to, że w nocy znów był przymrozek 🙂

Następnego dnia po porannej kąpieli w basenie, ruszyliśmy dalej. Po południu dotarliśmy do Daymon, które ma klimat jak w lokalnym uzdrowisku. Ludzie, w szlafrokach,  prosto z basenu, paradowali po ulicach miasteczka i w lokalnych restauracyjkach 🙂 Nikomu to nie przeszkadzało. Również tutaj cena nie była wygórowana – całodniowy karnet na wszystkie baseny kosztuje poniżej 20 zł za osobę dorosłą, jednak cena nie obejmuje noclegu.  Mimo wszystko jest to odrobina luksusu, na którą stać każdego. Zazdrościmy Urugwajczykom tych term i myślimy o podobnych przybytkach w Polsce, może trochę bardziej luksusowych lecz cena za godzinę jest wyższa niż tutaj za całodniowy pobyt z możliwością wielokrotnego wejścia i wyjścia na teren ośrodka o dowolnej porze.

Wkrótce wjechaliśmy do miasteczka Salto, za którym jest przejście graniczne. Niestety to oznaczało już koniec naszej urugwajskiej wycieczki. Kolejne przejście znajdowało się w Brazylii a my mieliśmy jeszcze jedno miejsce w Argentynie do odwiedzenia. Zrobiliśmy zakupy w miasteczku by wydać resztę urugwajskich pesos i po noclegu za miastem, rano pojechaliśmy do granicy. Ruch był bardzo mały i jechało się sympatycznie ale kiedy dotarliśmy do mostu zatrzymał nas strażnik i po raz kolejny usłyszeliśmy znaną już nam formułkę: „ tu rowerem przez most jechać nie wolno”! Omal nas szlag nie trafił na te słowa. Most był niemal puściutki, żaden tir przez niego nie przejeżdżał a i osobowe samochody nieczęsto. Niestety strażnik oczywiście był nieugięty i na przejazd nie zezwolił. Na szczęście jednak tutejsze władze bardziej przejęły się naszym niekomfortowym położeniem. Ostatecznie dzięki interwencji strażnika został wezwany samochód, który przewiózł nas razem z rowerem na drugą stronę mostu 🙂

Posted Styczeń 30, 2015 by D&P in Argentyna, Urugwaj

Tagged with , , , , ,

  Leave a comment

W kierunku mostu na Paranie – omijając Buenos Aires szerokim łukiem! 6.06 – 15.06.2012

Okolice Buenos Aires to jedno z najbardziej koszmarnych miejsc dla rowerzysty! Wiedzieliśmy o tym doskonale i dlatego postanowiliśmy trzymać się z dala od tego miasta – molocha i ominąć je w bezpiecznej odległości. Niestety, mimo próby objechania rejonu stolicy dość szerokim łukiem, mieliśmy do czynienia z najbardziej niebezpiecznym, męczącym i nieciekawym etapem  w trakcie całej naszej wyprawy. Obiecaliśmy sobie, że wszystkich potencjalnych amatorów jazdy rowerem do BA będziemy ostrzegać, że to naprawdę fatalny pomysł!!! Bez wahania wsiadajcie do autobusu lub łapcie stopa!

Jeżeli chcecie zwiedzić stolicę i nie jedziecie wielkim tandemem, który nie mieści się do autobusowego bagażnika lub wymaga zatrzymania ciężarówki, narażanie zdrowia i życia nie ma sensu! Koszmarny ruch na drodze, brak pobocza, pogarda dla rowerzysty, jazda w ciągłym stresie, hałasie i spalinach oraz konieczność łamania przepisów – oto co czeka desperatów, którzy chcieliby dojechać do Buenos Aires rowerem. Zasada jest jedna – im bliżej stolicy, tym gorzej…

Opuściliśmy kemping w Santa Rosa jak zwykle znacznie później niż planowaliśmy. Poranek był chłodny i nie zachęcał do wczesnego wstawania. Pakowanie obozowiska po postoju dłuższym niż na jeden nocleg zawsze zabierało więcej czasu. Do tego doszła jeszcze pogawędka z miejscowym turystą z sąsiedniego namiotu, który mówił nieco po angielsku i znów wyjazd o poranku stał się fikcją. Zabrakło też benzyny do palnika na dwóch podmiejskich stacjach ale mieliśmy nadzieję, że w następnej miejscowości może będzie lepiej. Za miastem rozciągały się pola uprawne i od czasu do czasu skupiska drzew, które nas bardzo cieszyły. Tutaj ruch nie był jeszcze zbyt duży a pogoda sprzyjająca. Jechało się więc całkiem przyjemnie aż do momentu gdy pękły kolejne dwie kiepskiej jakości szprychy w kole naszego pojazdu. Przeturlaliśmy się tak jeszcze ze trzydzieści kilometrów i rozłożyliśmy obozowisko na stacji benzynowej przy drodze, gdzie Przemek miał zajęcie na cały zimny wieczór w przedsionku naszego pałacu 🙂

Kolejne dni były do siebie podobne i stawiały nam zawsze jakieś przeciwności na drodze byśmy się zbytnio po wyjeździe z Patagonii nie rozleniwili.

W ciągu następnych nocy znowu kilkakrotnie przyszedł mróz a ponieważ wyrzuciliśmy już część zużytych, ciepłych ubrań, marznęliśmy w śpiworach. Za każdym razem powtarzaliśmy sobie jednak to samo: „ ale to już chyba był ostatni mróz na tej wyprawie”. Gdzieś za małą miejscowością Pellegrini znów dały o sobie znać problemy z rowerem. Tym razem odpadł jeden z moich pedałów. Jak wiadomo takie rzeczy mogą się zdarzyć jeżeli nie posiada się specjalnie przygotowanej pod tandem korby, która jest droga i na tym kontynencie niedostępna. Wtedy pozostaje zestaw kombinowany i mocowanie pedała na klej, który po jakimś czasie może się odkleić 😦 Niestety okazało się, że nie chodzi o zwykłe przyklejenie tylko o uszkodzony gwint i trzeba było tak to wszystko posklejać, żeby można było w ogóle dalej jechać. Na szczęście trafiła się opuszczona „estancja” niedaleko od drogi. Bezludne domostwo w cichym i spokojnym miejscu, z mięciutką, suchą trawą, jak puszysty dywan, w sam raz pod namiot. Pora była jeszcze wczesna ale nie mieliśmy innej opcji. Trzeba było rozkładać obozowisko i zająć się kolejną naprawą.

Następnego dnia mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Wokół pojawiły się rozlewiska, wśród których grasowało mnóstwo ptaków: kaczki, myszołowy, czaple oraz nasi dobrzy znajomi – bociany! Zabawnie wyglądały kaczki pływające między zalanymi znakami drogowymi 🙂 Niestety znalezienie miejsca na spanie w takiej podmokłej okolicy to było nie lada wyzwanie. Z pomocą przyszła kapliczka Gauchito Gila, postawiona nieopodal małej grupki drzew. Za kapliczką znalazło się jeszcze dość miejsca na twardym gruncie, żeby zmieścić tam nasz namiot.

Zbliżając się nieuchronnie w stronę okolic Buenos Aires dotarliśmy w końcu do płatnej bramki „peaje”. Wcześniej dwukrotnie mijaliśmy znaki zakazujące jazdy rowerem i nie mieliśmy pewności, że uda nam się wjechać na płatną drogę. Wtedy pozostałoby tylko liczenie na”okazję”, gdyż wszystkie drogi dojazdowe w rejonie stolicy są płatne i z pewnością wszędzie obowiązuje zakaz jazdy rowerem i brak pobocza. Tak więc pedałując w tych stronach, trzeba łamać przepisy. Jednak w Argentynie przepisów się zbytnio nie przestrzega i tym razem to zadziałało na naszą korzyść. Bez problemów przejechaliśmy naszym tandemem z przyczepką zarówno tę jak i kolejne bramki na trasie.

Wiatr także dawał o sobie znać i choć nie był to już patagoński wicher, który potrafił całkowicie uniemożliwić jazdę, to jednak bywały dni, że wciąż bardzo nas spowalniał a w połączeniu z zimną deszczową pogodą, potrafił skutecznie zniechęcić do jazdy. Ale na pocieszenie trafiały się też ładne, słoneczne dni, takie jak na koniec weekendu w niedzielne popołudnie. Trzydzieści kilometrów pędziliśmy na „pełnym gazie”, ani na chwilę nie zdejmując nóg z pedałów. Spieszyliśmy się do miasteczka po zakupy i wiedzieliśmy, że La Anonima otwarta jest do 13.00. Wpadłam do sklepu na ostatnią minutę,brudna, prosto z roweru i w pośpiechu kursowałam między regałami, żeby zrobić zapas żywności na następne dni. Jednak zniecierpliwiona sprzedawczyni nie dała mi zbyt dużo czasu, oznajmiając, że sklep już zamknięty i „czas się zmywać”. Mimo wszystko byłam szybka i wybrałam trochę jedzenia. Usiedliśmy na ławce, na placyku przed kościołem w to przepiękne czerwcowe popołudnie i zaraz dobraliśmy się do świeżego pieczywa. Dobrze, że to nie Europa. Ludzie do kościoła przechodzili a tu dwóch zgłodniałych „ śmierdziuchów” z Polski obżera się na skwerku się rogalami i bułkami, popijając jogurtem z La Anonimy. Ludzie tylko nam się przyglądali ciekawie. Nikt nie był zbulwersowany, nikomu z pewnością przez myśl nie przeszło, żeby wezwać policję aby usunęła włóczęgów. Nie, pełen komfort! Jak dobrze jest być w podróży poza Europą 🙂

Niestety wraz z końcem weekendu zaczęła się masakra na drodze! Okropny ruch, brak pobocza i ciągłe ucieczki z jezdni przed pędzącymi na nas ciężarówkami. Przemieszczanie się w permanentnym poczuciu zagrożenia strasznie męczyło.

Minęliśmy miejscowość Bragano, potem Chivilcoy. Jazda była bardzo powolna, zmieniła się w prawdziwą udrękę a my byliśmy wykończeni. Zdecydowaliśmy się jechać jeszcze bardziej na około: zamiast do Lujan, najpierw do miejscowości Mercedes a potem jeszcze bardziej okrężną drogą do Zarate, gdzie jest wjazd na most przez Paranę, by dostać się do Urugwaju. Jak się później okazało podjęliśmy słuszną decyzję, mimo konieczności nadłożenia drogi.

Przed Mercedes wjechaliśmy do małej miejscowości Snipacha, żeby uzupełnić prowiant. Choć prawdę mówiąc był to raczej pretekst by chociaż na chwilę ewakuować się z tej fatalnej drogi, która stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Spokojnie zrobiliśmy zakupy i już mieliśmy opuszczać mieścinkę, kiedy napatoczyli się gliniarze i zażądali od nas dokumentów. Wcale nas to nie zdziwiło. Już niejednokrotnie w takich wioskach policja nas legitymowała i spisywała. Pewnie z ciekawości lub z braku lepszego zajęcia – rutyna dnia została złamana przez pojawienie się dwóch dziwnych przybyszów i można było zaspokoić swoją ciekawość, co to za jedni, skąd ich tu „przywiało”, obejrzeć z bliska rower i przyjrzeć się co na nim wiozą. Jednak panowie z Snipacha byli wyjątkowo nadgorliwi i podejrzliwi. Czyżby ze względu na nasz wygląd, brudne twarze i dziurawe tu i ówdzie getry? No cóż, nawet gdybyśmy codziennie rano brali prysznic i zakładali świeżo wyprane ubrania i tak po południu wyglądalibyśmy niewiele lepiej…  Policjanci dorwali w obroty nasze paszporty i spisywali wszystko, co się dało, męczyli się z naszymi nazwiskami, potem dzwonili na komendę by ustalić czy aby nie jesteśmy poszukiwani i znów się „kaleczyli” by podać nazwiska. Trzeba było cierpliwie czekać aż komenda oddzwoni, następnie czekać na sporządzenie raportu, składającego się z czterech stron druku na każdego z nas i złożyć pięć parafek, mimo, że do końca nie mieliśmy pewności, co podpisujemy! Pocieszaliśmy się tylko myślą, że Argentyna to nie państwo islamskie. Teraz dokładnie rozumieliśmy dlaczego przestępcy niejednokrotnie wpadają w ręce wymiaru sprawiedliwości w małych miejscowościach – to robota takich właśnie policjantów 🙂

Po południu, na pocieszenie po ciężkim dniu boczną, nieasfaltową drogą dotarliśmy do Ruta Nr 41 i wreszcie odczuliśmy ulgę – ruch się zmniejszył! Stamtąd następnego dnia dotarliśmy do miasteczka San Andres de Giles, niestety mimo, że dostaliśmy plan miasta w informacji turystycznej i tak pobłądziliśmy, gdyż drogi nie były dokładnie oznaczone. W końcu jednak znaleźliśmy zjazd na właściwą drogę ( nr 193). Ruch był tu jeszcze słabszy, więc warunki jazdy zaraz się poprawiły. Wreszcie dojechaliśmy do wsi Solis, gdzie znajduje się skrzyżowanie z drogą nr 8 prowadzącą do BA. To był dopiero koszmar – niekończący się sznur pędzących wielkich ciężarówek, gotowych zmieść wszystko, co tylko pojawi się na jezdni. Zrozumieliśmy jak bardzo słuszną podjęliśmy decyzję, rezygnując z jazdy do Lujan, gdzie czekałoby nas dokładnie to samo! Jeździliśmy okrężnymi drogami po małych wioskach ale jakoś dało jechać. Na tej drodze jazda byłaby samobójstwem…

Niestety przed miejscowością Zarate ruch znów nieco się zwiększył i musieliśmy uciekać przed pędzącymi, trąbiącymi na nas przeraźliwie ciężarówkami. Z impetem i całym ciężarem roweru wpadaliśmy z wysokiej drogi, pokrytej wieloma warstwami asfaltu na trawę rosnącą na poboczu. Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. Wkrótce pękły kolejne, fatalnej jakości szprychy „industria Argentina” i ku naszej rozpaczy po raz trzeci urwały przerzutkę! Przejechała z nami około 17 tys. km od samej Wenezueli i pewnie dotrwała by do końca wyprawy, gdyby nie te szprychy… Dopchaliśmy rower do pobliskich krzaków, gdzie stała budka Gauchito Gila. Schowaliśmy się za tymi krzakami przed zimnym wiatrem i Przemek znów zabrał się za naprawę. Na szczęście mieliśmy ze sobą starą, prymitywną przerzutkę, kupioną jeszcze gdzieś w Brazylii, w małej wiosce, gdzie nic lepszego nie było i jakieś zapasowe szprychy. Minęła ponad godzina zanim mogliśmy jechać dalej i byliśmy nieźle przemarznięci z powodu tego przymusowego postoju. W padającym deszczu ruszyliśmy pędem do Zarate, żeby się trochę rozgrzać. Wreszcie dotarliśmy do mostu. Rower trzeba było pchać całe 4 km na drugą stronę, ponieważ nie było pasa dla rowerzystów a ścieżka dla pieszych była zbyt wąska żeby nią jechać rowerem z wypchanymi sakwami. Kiedy most się wreszcie skończył musieliśmy jeszcze odpinać przyczepkę i przenosić nasz ciężki tandem bo przejście było wąskie a próg wysoki. I z takim to wysiłkiem przekroczyliśmy rzekę Paranę i znaleźliśmy się na wyspie. Byliśmy przemoczeni, zniechęceni ciężkim dniem i zziębnięci – a okoliczne kempingi niestety miały zbyt wygórowane ceny. My jednak nie mieliśmy ochoty już dłużej jechać i postanowiliśmy zostać, gdzie byliśmy. Zdesperowani rozstawiliśmy więc namiot pod mostem wśród wielkich traw pampasowych. Był z tego jeden pożytek – nie padało nam na głowę.

Posted Styczeń 27, 2015 by D&P in Argentyna

Tagged with , , , ,

  Leave a comment

Santa Rosa. Ostatnie dni zmagania się z Patagonią. 25.05-5.06.2012

 

Santa Rosa nie jest miasteczkiem, o którym można by powiedzieć, że czymś specjalnym się wyróżnia, nie ma też większych turystycznych atrakcji. Jednak dla nas było to jedno z  przełomowych miejsc w podróży i tak je zapamiętaliśmy. Miasto to znajduje się w argentyńskiej prowincji La Pampa, za rzeką Colorado, która wyznacza granicę Patagonii. Santa Rosa była więc jak pierwszy przyczółek „ziemi obiecanej”. Kiedy dotarliśmy do tego miejsca, wiedzieliśmy, że Patagonia została już za nami! Ale po kolei…

 Na kampingu w Las Grutas obudził nas ciepły i wilgotny poranek, pachnący bryzą unoszącą się znad oceanu. Ta wilgotna mgiełka przynosiła ze sobą tęsknotę do ciepłych miejsc na wybrzeżu, do drzew i zieleni, które mieliśmy w pamięci z wcześniejszych etapów naszej wyprawy. Przywitały nas też głosy ptaków wśród których ze zdziwieniem rozpoznaliśmy  nawoływania tych, znanych nam już z Brazylii. Przywoływały w pamięci obrazy miejsc pełnych słońca, które wiele miesięcy wcześniej, przemierzaliśmy naszym rowerem. Pampa powoli się zmieniała. Zjedliśmy śniadanie w „comedorze” na kampingu a potem spakowaliśmy rower i ruszyliśmy w drogę. Bardzo chcieliśmy wrócić do ciepła i do słońca.

 Mimo wszystko jazda nie szła nam dobrze. Dzień był wietrzny, pochmurny i nużący a my jechaliśmy powoli a czuliśmy się zmęczeni. Słonce się nie pokazało i powietrze było przez to chłodniejsze, choć i tak dzień był znacznie cieplejszy niż wszystkie te, z którymi mieliśmy do czynienia przez ostatnie tygodnie. W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskim miasteczku San Antonio de Oeste by uzupełnić zapasy żywności w markecie. Tego dnia opuściliśmy też drogę nr 3, którą przejechaliśmy sporo kilometrów w Argentynie. Ruta nr 3 szła dalej do miejscowości Viedma a my zmierzaliśmy teraz prosto na północ, do miasteczka Rio Colorado, które było już ostatnim miejscem, jakie czekało na nas przed granicą z Patagonią i chyba właśnie świadomość tego najbardziej motywowała nas do walki ze zmęczeniem. Pampa zrobiła się bardziej zielona i sporadycznie zaczęły się na niej pojawiać rosnące samotnie lub w niewielkich grupkach drzewa. W prawdzie skarłowaciałe i kolczaste ale jakaż to była radość dla oczu po tylu tygodniach jazdy przez pustkowia! Kolejnego dnia natomiast, chyba specjalnie dla podbudowania naszej woli jazdy, była piękna słoneczna pogoda. Niestety towarzyszył jej silny wiatr, jak się można domyśleć – prosto w twarz ale mimo wszystko jechaliśmy z większą energią, ciesząc się słońcem. Grube polary, czapki i rękawiczki zostały schowane do sakw. Krzaki na pampie stawały się coraz gęściejsze i wyższe. Towarzystwo guanako i strusi odeszło w zapomnienie a na ich miejsce coraz częściej zaczęły pojawiać się ptaki – papugi i małe ptaszki, świergoczące wesoło jak nasze skowronki nad polami oraz śliczne ptaszki z czerwonymi brzuszkami. Na nocleg mogliśmy ukryć namiot w gęstych krzakach, które dobrze chroniły od wiatru. Dostrzegaliśmy każdą drobną zmianę w otoczeniu, bo dla nas były one wielkimi wydarzeniami i wszystkie niezmiernie nas cieszyły 🙂

Do miasteczka General Conesa dotarliśmy dopiero dwa dni później, gdyż następnego dnia lał silny deszcz i wokół naszego obozowiska zrobiło się niezłe błoto. Biorąc pod uwagę stan naszych ubrań, jedynym wyjściem było oczekiwanie na poprawę pogody. W miasteczku zrobiliśmy zakupy i  ruszyliśmy dalej krzaczastą równiną, ciągnącą się aż po horyzont po obu stronach drogi. Podczas kolejnych dni pogoda wróciła znów do normy – na niebo nadciągnęły ciemne chmurzyska, przepadywał deszcz lub mżawka a czapki, rękawiczki i grube bluzy po raz kolejny ujrzały światło dzienne. Na domiar złego wkrótce skończyło się pobocze i znów zaczęła się prawdziwa „męka pańska” z psychopatycznymi kierowcami wielkich ciężarówek, dla których zwolnienie i wyminięcie rowerzysty to hańba… Trudno pojąć mentalność tych ludzi, tym bardziej, że rowerzysta jest w tych rejonach naprawdę rzadkim widokiem, więc nie ma obawy, że będzie trzeba co chwilę zwalniać.

Kiedy natomiast dojeżdżaliśmy do Rio Colorado na pampie dokonała się kolejna przemiana – otóż po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna przed miastem pojawiły się pola uprawne! Był to wymowny znak, że gleba stała się żyźniejsza, klimat mniej surowy a wiatry już nie tak silne. Wszystkie te sygnały utwierdzały nas w przekonaniu, że jazda przez Patagonię zbliża się do końca. I ten koniec nadszedł następnego przedpołudnia. Dnia 31 maja przejechaliśmy przez Rio Colorado, która jest granicą Patagonii! Przejechaliśmy ją po raz drugi, po ponad trzech miesiącach „włóczęgi” po pustkowiach. Wtedy to jadąc drogą nr 40 w okolicy miejscowości Barrancas, przekraczaliśmy tę rzekę pierwszy raz, witając się z Patagonią.

 

Nie pamiętam nawet czy się odwróciliśmy, żeby rzucić ostatnie spojrzenie. Pewnie tak. Czy odczuliśmy ulgę czy satysfakcję? W końcu były to trzy zupełnie wyjątkowe miesiące z naszego życia, miesiące, które wiele nas nauczyły. Myślę, że właśnie to było najsilniejsze odczucie – wrażenie, że jazda przez Patagonię nas zmieniła. Te miesiące pedałowania przez pustkowia w tak niesprzyjających warunkach, zahartowały nas i poniekąd zmieniły nasz sposób odbierania świata. Teraz znacznie łatwiej było oddzielić, rzeczy naprawdę ważne od tych, które znaczenie mają zaledwie niewielkie…

Poza tym byliśmy pewni, że zawsze, kiedy usłyszymy wycie wiatru, nasze myśli powędrują właśnie w te strony – do patagońskich suchych traw ciągnących się w nieskończoność, do wspomnień wszystkich zimnych nocy spędzonych w namiocie i niezwykłego poczucia izolacji a jednak… Nie, nie powiem, że będzie nam brakowało tego miejsca ale, że ta surowa kraina miała swój dziwny urok. I kiedy oddalaliśmy się już od rzeki Colorado gnając prosto na północ w kierunku ciepłych i słonecznych miejsc, wiedzieliśmy, że nigdy nie zapomnimy wielkich, otwartych przestrzeni, guanako i strusi i ludzi, zamieszkujących te ziemie, dla których współpraca i życzliwość, wciąż wydawała się być ważniejsza niż rywalizacja.

 Oczywiście opuszczenie Patagonii i wjazd do prowincji La Pampa, nie odmieniły naszego „rowerowego życia” od razu na lepsze. Przez kolejne trzy dni jazdy zmagaliśmy się z niepogodą, deszczem, wiatrem i problemami z kołem. Zatrzymaliśmy się na nocleg przy płocie jakiejś „estancji”, nieopodal grupy drzew. Przemek zabrał się za uporządkowanie terenu pod namiot. Po 30 minutach poletko mieliśmy oczyszczone i mogliśmy stawiać nasz domek. Ale chwilę wcześniej do pobliskiego wjazdu na rancho zajechał samochód. Dwóch „tubylców” przyglądało nam się bacznie i aż z auta wysiedli a potem do nas podeszli, żeby zobaczyć. co też tych dwoje zapuszczonych „dzikusów” wyprawia, karczując krzaki na pampie maczetą 🙂 Porozmawialiśmy z nimi chwilę a oni zapytali czy nie boimy się pumy albo ocelota na pampie. Uśmiechnęliśmy się tylko do siebie – nie, nie baliśmy się ani pustkowia ani zwierząt, tutaj na pampie baliśmy się tylko wiatru, który mógł zniszczyć nam namiot. Jednak jeszcze przed zachodem słońca rzeczywiście mieliśmy bliskie spotkanie – ale nie z ocelotem lecz przezabawnym stworzeniem pancernikiem, który miał norę nieopodal naszego namiotu.

Następnego dnia minęliśmy po drodze, położony przed miastem, Park Luro, w którym żyją jelenie, strusie i flamingi. Około trzydzieści kilometrów dalej na północ była już Santa Rosa. Rozgościliśmy się na kampingu municipal, który był w renowacji i z tego powodu można było rozbić namiot za darmo! W miasteczku spędziliśmy dwa dni, rozkoszując się smakiem świeżego pieczywa i pysznych argentyńskich drożdżówek oraz doprowadzając do jako takiego stanu nasz rower, który domagał się nowych dętek, opon, klocków hamulcowych. Niestety nie wszystko udało się kupić, a to co jednak nabyliśmy, miało makabryczne ceny i kiepską jakość 😦 Nie było pewności jak długo wytrzyma przy takiej eksploatacji. Ale my nie martwiliśmy się na zapas. Zmierzaliśmy w kierunku „bardziej przyjaznego świata” i po tym czego doświadczyliśmy w Patagonii, wiedzieliśmy, że jeśli tylko przewrotny los nie ześle nam jakichś poważnych problemów, to ani kiepska droga ani surowy klimat na pewno nie są już nas w stanie zatrzymać 🙂

%d blogerów lubi to: