Leave a comment

Przez Uberlandię i Vario de Minas – naznaczeni trudami podróży 1-11.09.2012

Coraz bardziej odczuwaliśmy zmęczenie długą wędrówką. Niełatwe tereny do jazdy w Brazylii w połączeniu z wysokimi temperaturami eksploatowały nas jeszcze mocniej. Ogromny przejechany dystans i stosunkowo niewielka liczba dni odpoczynku podczas wyprawy odciskały swoje piętno zarówno na nas, jak i na rowerze. Bardzo brakowało już tej inspirującej motywacji, która przez wszystkie miesiące porywała nas, do nieraz ogromnego wysiłku i pozwalała cierpliwie znosić niedogodności i trudy napotykane w drodze. Czekało nas już tylko pedałowanie w kierunku Salvadoru a potem powrót do domu i choć cieszyliśmy się na spotkanie z bliskimi, prawda była jedna – wcale nie chcieliśmy wracać… Przez ponad 500 dni podróży wciąż pchała nas do przodu ciekawość świata i młodzieńczy entuzjazm. Wiedzieliśmy, że druga taka szansa może nam się już nie przydarzyć, więc czerpaliśmy z tej okazji pełnymi garściami i odpoczywaliśmy tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Czuliśmy, że potrzeba gruntownego odpoczynku byłaby niezbędna, gdyby nasza wyprawa mogła trwać dłużej, jak również wymiana roweru na nowy. Niestety nic nie było w stanie zmienić faktu, że wypracowane i pieczołowicie oszczędzane przez ponad dwa lata fundusze powoli się kończyły. Wciąż cieszyliśmy się jeszcze wolnością i swobodą przemierzania wielkich przestrzeni,  które napawały człowieka radością ale nasze myśli coraz częściej skupiały się na powrocie. Rower coraz gorzej znosił trudy wędrówki a nasze rodzime linie „LOT” od wielu tygodni rzucały nam kłody pod nogi, związane z jego transportem i w powietrzu „wisiało” podjęcie trudnej decyzji, czy nie trzeba go będzie jednak w Brazylii zostawić – ale jak można zostawić przyjaciela…

Droga za Parnaibą zrobiła się wręcz fatalna – pokryta muldami, jakby niedbale narzucono asfalt łopatą a na tym znajdowała się warstwa nierównych łat, jedna na drugiej. Pod wieczór dotarliśmy do mostu na olbrzymiej rzece Parana, którą przekraczaliśmy już po raz trzeci – w Argentynie, Paragwaju i obecnie w Brazylii. Wkrótce zmniejszyła się ilość drzew na trasie i jechaliśmy głównie pośród plantacji trzciny cukrowej. Mijaliśmy też prawdziwe „mrówcze metropolie”, na które składały się pola usiane kopcami budowanymi przez mrówki. Niektóre z tych okazałych budowli, osiągały ponad 2 metry wysokości! Na skraju jednego z trzcinowych pól znaleźliśmy sobie miejsce na namiot i wieczorem wypiliśmy wspólnie litrową butlę piwa, żeby uczcić 25 tysięcy przejechanych kilometrów 🙂

Pokonując cierpliwie „buracos na pista” (dziury na drodze) minęliśmy miejscowość Campina Verde. Podsycani ciągłym pragnieniem, od farmera sprzedającego pomarańcze przy drodze, kupiliśmy cały worek tych orzeźwiających owoców, gdyż jak to zwykle w takich przypadkach bywa, mniejszych porcji się nie sprzedaje i trzeba było niestety wrzucić dodatkowy ciężar na „plecy naszego wierzchowca”. Kolejnego dnia dotarliśmy do miasta Prata, położonego na pagórkowatym terenie, gdzie jeżdżenie ciężkim rowerem bez hamulców było raczej ryzykowne, do tego w samym centrum złapaliśmy jeszcze gumę w tylnym kole 😦 Okazało się, że przepuszcza łatka przyklejona kilka dni temu – trzeba więc było najpierw załatać łatkę, następnie zapakować rower, znaleźć sklepik rowerowy i kupić nową dętkę a potem raz jeszcze rozpakować rower, wymienić dętkę a na końcu oczywiście znowu wszystko spakować… Ledwo wyjechaliśmy z miasta, kiedy na stromym zjeździe pękła szprycha i w sumie mieliśmy już 5 uszkodzonych w tylnym kole. Jazda była już zbyt ryzykowna – pozostawało rozłożyć obozowisko i zabrać się za naprawę – po raz trzeci w ciągu tego dnia. 

Około czterdziestu kilometrów przed większym miastem Uberlandia ruch na drodze znacznie się wzmógł i jechało się nam bardzo nieprzyjemnie a nawet stresująco, biorąc pod uwagę fakt, że teren wciąż był pofałdowany i wciąż brakowało nam hamulców… Zanim dotarliśmy do miasta, w drodze spotkaliśmy entuzjastycznego Brazylijczyka, który zatrzymał auto i koniecznie chciał nam zrobić zdjęcia, powiedział, że mieszka w Uberlandii – to znaczy mówił znacznie więcej i szybko ale tylko kilka rzeczy zrozumieliśmy 🙂 Jednakże kiedy następnego dnia dotarliśmy do Uberlandii, wkrótce w tym całkiem sporym mieście, ni stąd ni zowąd,natknęliśmy się znowu na naszego nowego znajomego. Sandrao, który przyjechał na swoim porządnym rowerze, z daleka nas rozpoznał. Wyjaśnił nam gdzie znajduje się sklep, w którym mieliśmy nadzieję kupić wreszcie klocki hamulcowe. Niestety – po raz kolejny się zawiedliśmy. Sandrao był również zmartwiony, pojechał nawet do domu sprawdzić, czy nie znajdzie klocków w jakichś swoich zapasach ale i on takowych nie posiadał. Cóż było robić – pozostawało jechać dalej nie mając hamulców 😦 Życzliwy Sandrao w towarzystwie trzech swoich córek poprowadził nas przez miasto by wskazać nam drogę wyjazdową. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na pożegnanie i ruszyliśmy przed siebie. Jak się jednak okazało, nie było to jeszcze ostatnie spotkanie!  Następnego dnia, kiedy pedałowaliśmy już całkiem daleko od Uberlandii, nagle na drodze zatrzymał się samochód, z którego wysiadł nasz przyjaciel Sandrao! Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że facet przywiózł ze sobą potrzebne klocki hamulcowe oraz tarczę, wszystkie niezbędne narzędzia a nawet mechanika 🙂 W kilkanaście minut nasz rower został doprowadzony do porządku – mieliśmy założone nowe klocki i tarczę. Dostaliśmy drugi komplet na wymianę i w dodatku facet nie chciał od nas ani grosza! Zabrał sobie tylko na pamiątkę starą tarczę, która była już cienka jak listek, by pokazać przyjaciołom jak wygląda coś takiego po przejechaniu 25 tys. km 🙂 Byliśmy wdzięczni z całego serca i dziękowaliśmy serdecznie, a on na to: „nie mógłbym spać spokojnie, gdybym pomyślał, że jedziecie po tych górkach i dziurach bez hamulca!”. Powtórzę więc zatem raz jeszcze: Jak tu nie kochać Brazylijczyków?

Zmierzając dalej w stronę Vario de Minas często napotykaliśmy na lokalne pożary. Mniejszymi ogniskami zapalnymi nikt się tu specjalnie nie interesował, dopóki nie zagrażały ludziom lub domom. Płonące trawy, zarośla czy nawet drzewa nie były tu niczym niezwykłym. Jednak nam, podróżującym rowerem, utrudniały życie. Gryzący dym oślepiał a żywy ogień, płonący przy samym poboczu, zmuszał nas do jazdy środkiem drogi i to na „pełnej mocy silników”, byśmy się nie usmażyli. Dziękowaliśmy w myślach, że przynajmniej nie musimy się już borykać z problemem hamulców. Jednak dotkliwy upał sprawiał, że mieliśmy ochotę na leniuchowanie w hamaku pod drzewem a nie pedałowanie w słońcu po górkach. Niestety czas nas gonił coraz bardziej. Znów mieliśmy po drodze problemy z tylnym kołem i trzeba było dokonać kolejnych napraw. Rower potrzebował gruntownego przeglądu i wymiany części na nowe, choć i tak dobiegał powoli kresu swoich możliwości. Na ramie pojawiło się poważne pęknięcie i wiedzieliśmy, że nawet jeśli ostatecznie uda nam się przetransportować go do Polski, po renowacji będzie się nadawał jedynie na relaksacyjne wycieczki bez bagażu… 

Po wyjeździe z Vario de Minas, znaleźliśmy sobie sympatyczne miejsce na nocleg. Było ciepło i spokojnie a niebo rozświetlone niezliczoną ilością gwiazd. Leżałam wygodnie na swojej macie wpatrując się w to niebo przez otwarty właz namiotu. Przemek siedział jeszcze na zewnątrz popijając kawę ze swojego wysłużonego kubeczka i patrzył w mrok. Zarys jego sylwetki widoczny był w nikłym blasku świeczki i patrząc na niego zastanawiałam się o czym teraz myśli. Pewnie nie o życiu i ludziach, tak jak ja, raczej o konstrukcji jakiejś rzeczy… To chyba dobrze, że jesteśmy jednak trochę różni i dobrze, że mimo wszelkich starć w drodze, znów udowodniliśmy sobie, jak zgraną potrafimy tworzyć drużynę. Słychać było jak wiatr szeleścił liśćmi palm, które rosły na pastwisku obok namiotu. Nadchodziła pora na sen.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: