Leave a comment

Bonito i nurkowanie Succuri 6.08-12.08.2012

Jechaliśmy drogą w palącym słońcu, przy której nie było drzew ani odrobiny cienia. Ruch był niewielki a popołudnie tak senne i leniwe, że wydawało się jakby czas przestał płynąć. Sporadyczne podmuchy wiatru wprawiały w ruch ziarenka kukurydzy, leżące na poboczu, które toczyły się po asfalcie, błyszcząc w słońcu jak małe bursztyny. Czuliśmy jak ubrania lepią się do skóry a zmęczone upałem i wysiłkiem nogi, kręciły pedałami już chyba tylko z przyzwyczajenia. Otaczały nas pola i brazylijskie „fazendy”. Nadszedł czas, gdy po szesnastu miesiącach pedałowania wróciliśmy do Brazylii, kraju w którym rozpoczęła się nasza rowerowa wędrówka wokół kontynentu. 

Po przejechaniu granicy w Punta Pora od razu otoczyła nas rzeczywistość, stworzona przez społeczeństwo znacznie bardziej zamożne. Mnóstwo sklepów, kliniki dla zwierząt, salony urody i fitness, porządne samochody na ulicach a do tego język portugalski, który w naszych uszach brzmiał całkowicie obco. Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę jak podczas roku podróżowania zaznajomiliśmy się z hiszpańskim i jakie poczyniliśmy postępy bez żadnego wkładu w naukę! Potrafiliśmy przecież jakoś porozumieć się z ludźmi, odpowiedzieć na proste pytania i uzyskać potrzebne nam informacje – to zmieniało naprawdę wiele. Kiedy natomiast wieczorem zatrzymaliśmy się na nocleg przy małym, drewnianym sklepiku, którego właściciel usilnie próbował z nami porozmawiać, z przykrością stwierdziliśmy, że nie rozumiemy z tego nic… Jednakże, jak pamiętaliśmy z naszych pierwszych doświadczeń,  Brazylia i jej mieszkańcy jawili nam się jako ludzie pełni pozytywnej energii. I gdy teraz wróciliśmy tu po ponad roku, z radością odkryliśmy, że to wrażenie pozostało niezmienione. „ Brazileiros”, wiadomo – przyjacielscy ludzie – i na kolejnym noclegu, w szkółce leśnej, przy produkcji sadzonek, oprócz miejsca na namiot dostaliśmy możliwość skorzystania z prysznica, a do tego obiad i zimne piwo 🙂 W pamięci pojawiały się chwile i obrazy z początków podróży, kiedy gościnność Brazylijczyków zadziwiała nas wielokrotnie. Gdzieś w odległych jej zakamarkach zaczęły też przypominać się nam pojedyncze słowa z ich języka.

Nie zabrakło również interakcji międzyludzkich całkiem zabawnych! W dużym mieście Dourados, Przemek nieświadomy, że pod aparycją zakurzonego, zarośniętego wędrowca, wciąż jeszcze kryje się jego urok osobisty, stał się obiektem bezpruderyjnych zalotów 🙂 Podczas gdy ja przepadłam w markecie spożywczym by uzupełnić zapasy na dalszą drogę, pewien seksowny młodzian usilnie namawiał Przemka na spotkanie w swoim mieszkaniu. Nie kryjąc pożądania owo brazylijskie „ciacho” zachwalało swoje przyrodzenie z dumą twierdząc, że posiada „buena penis”. Cóż … jednak Przemek był nieczuły na jego wdzięki, mimo, że został nawet poklepany po własnym penisie! Za to z wielkim entuzjazmem machał do mnie ręką kiedy wyszłam ze sklepu by się ów amator amorów na mój widok opamiętał 🙂 Były jednak i pozytywne efekty spotkania – seksowny młodzieniec narysował szczegółową mapkę, dzięki której bez problemu wyjechaliśmy z miasta. I jak tu Brazylijczyków nie lubić?

W ciągu następnych dni, minęliśmy kolejne miejscowości na trasie: Itapora i Maracaju. Dalej skierowaliśmy się w stronę turystycznej miejscowości Bonito aby dotrzeć do jednej z krystalicznie czystych rzek, znajdujących się w tamtym rejonie. Nie mając dokładnej mapy, zjazd na Rio Prata przegapiliśmy i późnym popołudniem znaleźliśmy się w Bonito. Jest to ekoturystyczna miejscowość, wokół której znajduje się sporo różnych atrakcji lecz niestety w wysoce wygórowanych cenach. Z pewnością nie jest to oferta skierowana do niskobudżetowych obieżyświatów. Pozostawało nam ruszyć w stronę rzeki Succuri, chociaż mieliśmy pojęcie, że koszt tej przyjemności niski nie będzie. 

Czerwona droga, raczej piaszczysta prowadziła do prywatnej fazendy, gdzie miała swój początek rzeka Succuri. Roślinność pokryta była rdzawym pyłem, który wzbijał w górę każdy przejeżdżający tamtędy pojazd. Jeden nocleg spędziliśmy przy drodze, oblepiając się całkowicie czerwonym kurzem. Mieliśmy za to okazję podziwiać z bliska pająka tarantulę, którego norę odkryliśmy obok namiotu oraz przepiękne kolorowe ary i tukany. Upał nie odpuszczał i kiedy następnego dnia dotarliśmy do małej plaży nad jeziorkiem aż nam się oczy zaświeciły na myśl o kąpieli. Szybko przywołała nas jednak do rzeczywistości cena wstępu na plażę – równowartość 70 zł!!! Trzeba by było spędzić na plaży cały dzień by miało to jakiś sens ale wówczas koszty byłyby wyższe. Przy wejściu na plażę znajdowała się bowiem tablica informacyjna, bez skrupułów zakazująca wnoszenia na teren kąpieliska własnej żywności i napojów, w które należało się zaopatrywać w lokalnej restauracyjce. Prawdziwy terror, zmyślnie napędzający krwiopijczą, turystyczną machinę… W minutę już nas tam nie było! Jednak przyjemność snurkowania w Succuri, jak się można było domyślać trzepnęła nas po kieszeni znacznie bardziej. To był najdrożej spędzony dzień w trakcie  podróży ale tez, bez owijania w bawełnę, najbardziej luksusowy. Za wstęp na fazendę i nurkowanie trzeba było zapłacić ponad 200 reali, co było wydatkiem większym niż załatwienie tego samego przez biuro w Bonito! Jednakże nie był to czas na oszczędzanie a tym bardziej na wracanie do miasta. Uiściliśmy należność w kasie by momentalnie przenieść się do całkiem innego świata. Świata dla turystów z pełnym portfelem, do którego dwóch obdartusów z rowerem zdecydowanie nie pasowało i gdzie wzbudzaliśmy… zainteresowanie czy raczej zaskoczenie? Mniejsza z tym – zapłacone trzeba było korzystać. Zaczęliśmy od długiego prysznica w czystych kabinach z pachnącymi środkami higienicznymi. Następnie wliczony w cenę obiad – szwedzki bufet z mnóstwem surówek, przystawek i nieograniczoną ilością dokładek 🙂 a po posiłku basen i leżaki w cieniu tropikalnego ogrodu. To był bajkowy świat. Zamiast zakurzonej, piaszczystej drogi nagle  mieliśmy wokół siebie rajski ogród, pełen ptaków i szumiących wodnych kaskad oraz turystów, którzy przybywali tu porządnymi autami lub małymi awionetkami. Nurkowanie w Succuri to zdecydowanie fajne doświadczenie. Maski, rurki oraz piankowe kombinezony dostarczane przez organizatora były dobrej jakości i w doskonałym stanie, dzięki czemu obserwacja podwodnego świata to prawdziwa przyjemność. Prąd w rzece jest niezbyt szybki i samoistnie unosi snurkujących. Kryształowo czysta woda nigdy nie ulega zmąceniu i sporej wielkości ryby można obserwować z bliska, zupełnie jak w wielkim akwarium. Bardzo żałowaliśmy, że nasza kamera straciła swoje wodoodporne właściwości i nie było szansy utrwalić tego na filmie. Cały spływ trwa ok. 1 – 1,5 godziny, w związku z tym piankowe kombinezony raczej się przydają, szczególnie rowerzystom, nie posiadającym nadmiernych zapasów tłuszczu pod skórą 🙂 

Bajkową fazende opuściliśmy późnym popołudniem. Bez wątpienia ten dzień znacznie odbiegał od standardu, do którego przyzwyczajony jest rowerzysta w podróży ale z pewnością ta odrobina luksusu nam nie zaszkodziła 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: