Leave a comment

Obera i pożegnanie z pampą 28.06-8.07.2012

Czas odliczał już dni do końca naszej podróży i po leniuchowaniu u Nelsona i Teresity, trzeba było ruszać w dalszą drogę. Przy wyjeździe z miasta spotkaliśmy miejscowego rowerzystę, który opowiadał nam o tym jak bardzo marzy mu się polska przyczepka do roweru Extrawheel i zapraszał nas do siebie na nocleg. Niestety zdecydowanie nie mogliśmy zostać już dłużej w Chajari, żeby porozmawiać o rowerowych wyprawach. Zresztą nigdy nie użytkowaliśmy Extrawheel i w najbliższym czasie jakoś nie planowaliśmy. Ruszyliśmy więc w drogę, opuszczając gościnne Chajari i w gorącym, letnim powietrzu oraz niesprzyjającym wietrze powoli zmierzaliśmy na północ. 

Przez trzy kolejne dni wciąż pedałowaliśmy pod wiatr. Jednak poranki i noce były tak ciepłe, że mogliśmy spać w rozpiętych śpiworach.  Mieliśmy wrażenie, że nagle wjechaliśmy w strefę lata zupełnie tak samo, jak kilka miesięcy temu, gdzieś w okolicach miasteczka Zapala, lato nagle się skończyło. Mimo wiatru byliśmy zadowoleni – odcinki drogi były zamknięte dla ruchu i mieliśmy wolny pas tylko dla siebie, nie dokuczało nam zimno a przy drodze ciągnęły się mandarynkowe i pomarańczowe sady, w których można było narwać owoców na orzeźwienie ☺ Zapomnieliśmy szybko i z prawdziwą ulgą o czasach, kiedy trzeba było się grzać przy palniku a rano z namiotu strzepywać lód.  Teraz mogliśmy sobie leżeć wieczorem w namiocie, odpoczywać i słuchać świerszczy lub żab, które wydawały dziwne dźwięki, przypominające stukanie bambusowych łodyg. Wokół nas przyroda ożyła i znów trzeba było uważać na mrówki, komary i puri-puri ale tak to już jest w naturze …

 Minęliśmy wioskę Tapebicua, potem zjechaliśmy z drogi do małej, spokojnej mieściny Yapeyu. Zrobiliśmy sobie zakupy w wiejskim sklepiku a później piknik pod drzewami nad rzeką Urugwaj. Teren po drugiej stronie rzeki to było już terytorium Brazylii ale na razie zbytnio nam się tam jeszcze nie spieszyło, ponieważ Brazylia oznaczała właściwie koniec naszej wyprawy a my polubiliśmy niewygodne życie w podróży i wcale nie chcieliśmy wracać… 

Kolejnego dnia niebo zasnute było grubą warstwą chmur a kiedy wyszliśmy ze śpiworów, słyszeliśmy nadciągającą z południa burzę. Wiatr zmienił kierunek a temperatura spadła przynajmniej o dziesięć stopni. Wiedzieliśmy, że trzeba jak najszybciej zwinąć obozowisko – lepiej żeby w tym miejscu burza nas nie zastała, gdyż wokoło nie było żadnego zabezpieczenia przed wiatrem tylko otwarta przestrzeń. Nie traciliśmy czasu nawet na posiłek. Spakowaliśmy namiot i wspomagani wiatrem ruszyliśmy w kierunku miasteczka Santo Tome. Jednak deszcz dogonił nas w drodze i po chwili mieliśmy przemoczone getry, sandały i skarpety oraz byliśmy pokryci błotem walącym spod kół. Głodni i bez postoju zasuwaliśmy do miasta około 30 km aż dotarliśmy do pierwszej stacji benzynowej, gdzie zatrzymaliśmy się żeby zjeść śniadanie. W międzyczasie przestało padać, ubrania trochę podeschły a większość błota odpadła, więc przy wjeździe do miasteczka wyglądaliśmy nie gorzej niż zwykle ☺ Pokręciliśmy się trochę po okolicy, wypłaciliśmy pieniądze z „cajero automatico”, w małej „gomerii” przy wyjeździe nabraliśmy wody do zbiorników i ruszyliśmy dalej. Skręciliśmy w boczną drogę i jechaliśmy pośród sosnowych zagajników. Wokoło było pusto i cicho i znowu poczuliśmy, że jazda stała się prawdziwą przyjemnością. W tym rejonie zaszły już istotne zmiany w krajobrazie. To było definitywne pożegnanie z argentyńską pampą, z którą mieliśmy do czynienia od wielu miesięcy. Ziemia zmieniła barwę na ceglastą i oprócz sadzonych przez ludzi zagajników, które służyły do produkcji drewna, pojawiały się też naturalnie rosnące krzaki, drzewka i ogólnie więcej zieleni. Następnego dnia, po przekroczeniu granicy prowincji, o czym poinformowała nas wielokrotnie trafiona przez kule tablica, dostrzegliśmy nawet pierwsze bananowce w ogrodach i tropikalne monstery a wśród wysokich drzew spostrzegliśmy beztrosko baraszkujące stadko hałaśliwych małp. Wszystkie te zmiany w krajobrazie wzbudzały w nas wielką radość. Tymczasem droga była pagórkowata i wiatr wiał jak zwykle w twarz. Czasami trzeba było pchać rower na stromym podjeździe w obawie o kiepskie szprychy, które nie wytrzymywały przeciążenia albo znów na stromym zjeździe bo hamulec był już zużyty. Mimo to byliśmy zadowoleni i czuliśmy, że droga prowadzi nas do ciepła, słońca i zieleni ,których tak bardzo nam przez te wszystkie miesiące brakowało. Wkrótce dotarliśmy do miasteczka Concepcion de la Sierra, gdzie nie pierwszy raz w tej podróży wzbudziliśmy wielkie zainteresowanie. Ludzie oglądali nasz rower ciekawie, jednakże trudno było nam się z nimi porozumieć. Lokalni mówią tu mniej zrozumiałym językiem i wtrącają jeszcze portugalskie zwroty, co dodatkowo nam utrudniało zadanie. Miasteczko otaczały pola ostrokrzewu, z którego produkuje się słynną yerba mate i tak właśnie zapamiętamy ten rejon. Wielkie ciężarówki załadowane tym zielem mijały nas w drodze do miasta a gdzie niegdzie unosił się słodkawy zapach jaki wydziela się z tej rośliny w momencie zbiorów. W tym rejonie jest też wiele zakładów zajmujących się produkcją mate, gdzie w piecach pali się ogień i unosi się zapach przypominający nieco aromat marihuany ☺

Niestety wkrótce po wyjeździe z miasteczka pogoda się zepsuła i lunął deszcz. Opady były ciągłe i silne i przez to zmuszeni byliśmy spędzić całe dwa dni leżąc w namiocie na skraju plantacji ostrokrzewu w oczekiwaniu na lepszą pogodę. Nasze ubrania przeciwdeszczowe już właściwie się rozpadły i nawet zwykła odzież, która nam jeszcze została pozostawiała wiele do życzenia. Zawsze w takich sytuacjach przyrzekaliśmy sobie, że na następną wyprawę postaramy się zaopatrzyć w coś, co pozwoli nam pedałować w deszczu… Z łatwej okazji skorzystały za to mrówki. Wygryzły dziury w namiocie oraz w Przemka kurtce, czy raczej tym, co kiedyś było kurtką przeciwdeszczową. Widać mrówki nie potrafiły odróżnić liści od materiału, który nieco przypomina je w dotyku. Takim sposobem części naszego namiotu i odzieży powędrowały do mrówczego gniazda, gdzie z pewnością miały posłużyć jako pożywka do produkcji grzybów, które te stworzenia uprawiają na pokarm. 

Następnego dnia deszcz ustał i dotarliśmy do Obery. Przyroda jednak nigdy nie jest do końca przewidywalna. Mimo, że w ogrodach widzieliśmy już bananowce, papaje i maniok, które są roślinami ciepłolubnymi, tego wieczora temperatura zaczęła nagle sukcesywnie spadać. Jechaliśmy i jechaliśmy w stronę miasta w nadziei, że wreszcie trafimy na jakąś stację benzynową na rogatkach aby zatrzymać się na nocleg. Niestety zapadał już zmrok a żadnej stacji ani miejsca na postawienie namiotu nie było. Przenikliwe zimno sprawiało, że ubieraliśmy na siebie kolejne ubrania ale wciąż robiło się chłodniej i chłodniej. Oboje byliśmy w sandałach i stopy mieliśmy dosłownie odrętwiałe z przemarznięcia. Wreszcie przy samym wjeździe do miasta dostrzegliśmy jakieś miejsce nieco osłonięte od drogi. W straszliwym zimnie rozstawiliśmy namiot na nocleg i wchodząc do śpiworów poubieraliśmy na siebie grube skarpety i polary. Rano z niemałym zaskoczeniem stwierdziliśmy, że namiot pokryty jest szronem. Temperatura w nocy spadła poniżej zera! Czy to był wreszcie ostatni raz? 

Obera to miasto położone na wzgórzach z mnóstwem stromych uliczek. Przez to, co jakiś czas zmuszeni byliśmy schodzić z roweru i go pchać a i tak pękły szprychy, nie wytrzymując obciążenia! Nie  było jednak powodu by zatrzymać się na dłużej w Oberze. W niedzielne przedpołudnie wszystko wokoło zamknięte na cztery spusty. Ruszyliśmy zatem przed siebie, przez zielone pagórki i małe wioski, w drogę do ostatniego celu na trasie przez Argentynę – do Iguazu. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: