Leave a comment

Santa Rosa. Ostatnie dni zmagania się z Patagonią. 25.05-5.06.2012

 

Santa Rosa nie jest miasteczkiem, o którym można by powiedzieć, że czymś specjalnym się wyróżnia, nie ma też większych turystycznych atrakcji. Jednak dla nas było to jedno z  przełomowych miejsc w podróży i tak je zapamiętaliśmy. Miasto to znajduje się w argentyńskiej prowincji La Pampa, za rzeką Colorado, która wyznacza granicę Patagonii. Santa Rosa była więc jak pierwszy przyczółek „ziemi obiecanej”. Kiedy dotarliśmy do tego miejsca, wiedzieliśmy, że Patagonia została już za nami! Ale po kolei…

 Na kampingu w Las Grutas obudził nas ciepły i wilgotny poranek, pachnący bryzą unoszącą się znad oceanu. Ta wilgotna mgiełka przynosiła ze sobą tęsknotę do ciepłych miejsc na wybrzeżu, do drzew i zieleni, które mieliśmy w pamięci z wcześniejszych etapów naszej wyprawy. Przywitały nas też głosy ptaków wśród których ze zdziwieniem rozpoznaliśmy  nawoływania tych, znanych nam już z Brazylii. Przywoływały w pamięci obrazy miejsc pełnych słońca, które wiele miesięcy wcześniej, przemierzaliśmy naszym rowerem. Pampa powoli się zmieniała. Zjedliśmy śniadanie w „comedorze” na kampingu a potem spakowaliśmy rower i ruszyliśmy w drogę. Bardzo chcieliśmy wrócić do ciepła i do słońca.

 Mimo wszystko jazda nie szła nam dobrze. Dzień był wietrzny, pochmurny i nużący a my jechaliśmy powoli a czuliśmy się zmęczeni. Słonce się nie pokazało i powietrze było przez to chłodniejsze, choć i tak dzień był znacznie cieplejszy niż wszystkie te, z którymi mieliśmy do czynienia przez ostatnie tygodnie. W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskim miasteczku San Antonio de Oeste by uzupełnić zapasy żywności w markecie. Tego dnia opuściliśmy też drogę nr 3, którą przejechaliśmy sporo kilometrów w Argentynie. Ruta nr 3 szła dalej do miejscowości Viedma a my zmierzaliśmy teraz prosto na północ, do miasteczka Rio Colorado, które było już ostatnim miejscem, jakie czekało na nas przed granicą z Patagonią i chyba właśnie świadomość tego najbardziej motywowała nas do walki ze zmęczeniem. Pampa zrobiła się bardziej zielona i sporadycznie zaczęły się na niej pojawiać rosnące samotnie lub w niewielkich grupkach drzewa. W prawdzie skarłowaciałe i kolczaste ale jakaż to była radość dla oczu po tylu tygodniach jazdy przez pustkowia! Kolejnego dnia natomiast, chyba specjalnie dla podbudowania naszej woli jazdy, była piękna słoneczna pogoda. Niestety towarzyszył jej silny wiatr, jak się można domyśleć – prosto w twarz ale mimo wszystko jechaliśmy z większą energią, ciesząc się słońcem. Grube polary, czapki i rękawiczki zostały schowane do sakw. Krzaki na pampie stawały się coraz gęściejsze i wyższe. Towarzystwo guanako i strusi odeszło w zapomnienie a na ich miejsce coraz częściej zaczęły pojawiać się ptaki – papugi i małe ptaszki, świergoczące wesoło jak nasze skowronki nad polami oraz śliczne ptaszki z czerwonymi brzuszkami. Na nocleg mogliśmy ukryć namiot w gęstych krzakach, które dobrze chroniły od wiatru. Dostrzegaliśmy każdą drobną zmianę w otoczeniu, bo dla nas były one wielkimi wydarzeniami i wszystkie niezmiernie nas cieszyły 🙂

Do miasteczka General Conesa dotarliśmy dopiero dwa dni później, gdyż następnego dnia lał silny deszcz i wokół naszego obozowiska zrobiło się niezłe błoto. Biorąc pod uwagę stan naszych ubrań, jedynym wyjściem było oczekiwanie na poprawę pogody. W miasteczku zrobiliśmy zakupy i  ruszyliśmy dalej krzaczastą równiną, ciągnącą się aż po horyzont po obu stronach drogi. Podczas kolejnych dni pogoda wróciła znów do normy – na niebo nadciągnęły ciemne chmurzyska, przepadywał deszcz lub mżawka a czapki, rękawiczki i grube bluzy po raz kolejny ujrzały światło dzienne. Na domiar złego wkrótce skończyło się pobocze i znów zaczęła się prawdziwa „męka pańska” z psychopatycznymi kierowcami wielkich ciężarówek, dla których zwolnienie i wyminięcie rowerzysty to hańba… Trudno pojąć mentalność tych ludzi, tym bardziej, że rowerzysta jest w tych rejonach naprawdę rzadkim widokiem, więc nie ma obawy, że będzie trzeba co chwilę zwalniać.

Kiedy natomiast dojeżdżaliśmy do Rio Colorado na pampie dokonała się kolejna przemiana – otóż po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna przed miastem pojawiły się pola uprawne! Był to wymowny znak, że gleba stała się żyźniejsza, klimat mniej surowy a wiatry już nie tak silne. Wszystkie te sygnały utwierdzały nas w przekonaniu, że jazda przez Patagonię zbliża się do końca. I ten koniec nadszedł następnego przedpołudnia. Dnia 31 maja przejechaliśmy przez Rio Colorado, która jest granicą Patagonii! Przejechaliśmy ją po raz drugi, po ponad trzech miesiącach „włóczęgi” po pustkowiach. Wtedy to jadąc drogą nr 40 w okolicy miejscowości Barrancas, przekraczaliśmy tę rzekę pierwszy raz, witając się z Patagonią.

 

Nie pamiętam nawet czy się odwróciliśmy, żeby rzucić ostatnie spojrzenie. Pewnie tak. Czy odczuliśmy ulgę czy satysfakcję? W końcu były to trzy zupełnie wyjątkowe miesiące z naszego życia, miesiące, które wiele nas nauczyły. Myślę, że właśnie to było najsilniejsze odczucie – wrażenie, że jazda przez Patagonię nas zmieniła. Te miesiące pedałowania przez pustkowia w tak niesprzyjających warunkach, zahartowały nas i poniekąd zmieniły nasz sposób odbierania świata. Teraz znacznie łatwiej było oddzielić, rzeczy naprawdę ważne od tych, które znaczenie mają zaledwie niewielkie…

Poza tym byliśmy pewni, że zawsze, kiedy usłyszymy wycie wiatru, nasze myśli powędrują właśnie w te strony – do patagońskich suchych traw ciągnących się w nieskończoność, do wspomnień wszystkich zimnych nocy spędzonych w namiocie i niezwykłego poczucia izolacji a jednak… Nie, nie powiem, że będzie nam brakowało tego miejsca ale, że ta surowa kraina miała swój dziwny urok. I kiedy oddalaliśmy się już od rzeki Colorado gnając prosto na północ w kierunku ciepłych i słonecznych miejsc, wiedzieliśmy, że nigdy nie zapomnimy wielkich, otwartych przestrzeni, guanako i strusi i ludzi, zamieszkujących te ziemie, dla których współpraca i życzliwość, wciąż wydawała się być ważniejsza niż rywalizacja.

 Oczywiście opuszczenie Patagonii i wjazd do prowincji La Pampa, nie odmieniły naszego „rowerowego życia” od razu na lepsze. Przez kolejne trzy dni jazdy zmagaliśmy się z niepogodą, deszczem, wiatrem i problemami z kołem. Zatrzymaliśmy się na nocleg przy płocie jakiejś „estancji”, nieopodal grupy drzew. Przemek zabrał się za uporządkowanie terenu pod namiot. Po 30 minutach poletko mieliśmy oczyszczone i mogliśmy stawiać nasz domek. Ale chwilę wcześniej do pobliskiego wjazdu na rancho zajechał samochód. Dwóch „tubylców” przyglądało nam się bacznie i aż z auta wysiedli a potem do nas podeszli, żeby zobaczyć. co też tych dwoje zapuszczonych „dzikusów” wyprawia, karczując krzaki na pampie maczetą 🙂 Porozmawialiśmy z nimi chwilę a oni zapytali czy nie boimy się pumy albo ocelota na pampie. Uśmiechnęliśmy się tylko do siebie – nie, nie baliśmy się ani pustkowia ani zwierząt, tutaj na pampie baliśmy się tylko wiatru, który mógł zniszczyć nam namiot. Jednak jeszcze przed zachodem słońca rzeczywiście mieliśmy bliskie spotkanie – ale nie z ocelotem lecz przezabawnym stworzeniem pancernikiem, który miał norę nieopodal naszego namiotu.

Następnego dnia minęliśmy po drodze, położony przed miastem, Park Luro, w którym żyją jelenie, strusie i flamingi. Około trzydzieści kilometrów dalej na północ była już Santa Rosa. Rozgościliśmy się na kampingu municipal, który był w renowacji i z tego powodu można było rozbić namiot za darmo! W miasteczku spędziliśmy dwa dni, rozkoszując się smakiem świeżego pieczywa i pysznych argentyńskich drożdżówek oraz doprowadzając do jako takiego stanu nasz rower, który domagał się nowych dętek, opon, klocków hamulcowych. Niestety nie wszystko udało się kupić, a to co jednak nabyliśmy, miało makabryczne ceny i kiepską jakość 😦 Nie było pewności jak długo wytrzyma przy takiej eksploatacji. Ale my nie martwiliśmy się na zapas. Zmierzaliśmy w kierunku „bardziej przyjaznego świata” i po tym czego doświadczyliśmy w Patagonii, wiedzieliśmy, że jeśli tylko przewrotny los nie ześle nam jakichś poważnych problemów, to ani kiepska droga ani surowy klimat na pewno nie są już nas w stanie zatrzymać 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: