2 Komentarze

Do Puerto Madryn – uciekając przed zimą.  11-20.05.2012

 

Wyjeżdżając z miejscowości Perito Moreno podjęliśmy decyzję o ostatecznym opuszczeniu RN 40 czyli legendarnej Ruta quarenta, która wiedzie z północy na południe Argentyny. Kiedy dotarliśmy do skrzyżowania za miasteczkiem, natknęliśmy się na kontrolę policyjną. Policjant zaglądał nam nawet w sakwy a nieszczęsny pies, który mu towarzyszył musiał obwąchiwać nasze ubrania, zapewne w poszukiwaniu narkotyków. Jednak na jego szczęście (psa) ubrania wczoraj zostały wyprane 🙂 Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na skrzyżowaniu a potem ruszyliśmy w stronę wybrzeża do Caleta Olivia. Byliśmy pewni, że  drogę NR 40 nie raz będziemy wspominać a na starość, w naszych opowiadaniach urośnie pewnie do rangi „prawdziwej drogi krzyżowej”. Rzuciliśmy za siebie ostatnie spojrzenie a potem pomknęliśmy dalej w stronę Oceanu Atlantyckiego. Wiedzieliśmy, że na tym odcinku wiatr wreszcie będzie musiał nam wiać centralnie w plecy i tak właśnie było. Mimo pagórkowatego terenu jechało się cudownie lekko i szybko. Cieszyliśmy się tą jazdą, wiedząc, że to krótka odmiana i kiedy tylko dotrzemy do oceanu i ruszymy dalej na północ, wiatr znów będzie przeciwko nam…

Podczas następnych dni minęliśmy obszar rafinerii z wielkimi pompami i P1150689 kopia1instalacjami do magazynowania i przesyłu ropy. Rozbawił nas znak stojący przy drodze: „zakaz strzelania do znaków”  a to przecież prawdziwa namiętność krewkich gaucho z Patagonii! W sumie po tylu tygodniach jazdy przez tą krainę nawet byliśmy w stanie ich zrozumieć – co można tu robić jak nie zasuwać po pampie grubo ponad stówę na godzinę i zwalniać wyłącznie po to, by walnąć z pukawki w znak drogowy 🙂

Po drodze dotarliśmy do kilku niewielkich miejscowości rozrzuconych na pustkowiach. W Las Heras przypałętał się do nas mały kociak lecz niestety nie mogliśmy go ze sobą zabrać i został w mieście. Zrobiliśmy zakupy żywnościowe w markecie La Anonima, przed sklepem spotkaliśmy miejscowego mówiącego po angielsku, który nam oznajmił, że „tutaj bardzo mocno wieje”. Nic dodać, nic ująć – my już doskonale wiedzieliśmy jak mocno! Jednak wiatr wiejący w plecy był naprawdę pozytywnym doznaniem. Przy całkowicie załadowanym rowerze z przyczepką, ważącym ponad 100 kg osiągaliśmy prędkość nawet ponad 40 km na godzinę! Oznaczało to tyle, że przez godzinę jazdy z wiatrem przejeżdżaliśmy taki dystans jak czasami przy jeździe pod wiatr przez cały dzień.

Minęliśmy więc Pico Truncado i dotarliśmy do Caleta Olivia. Pogoda była słoneczna a ocean miał ładny, niebieski kolor.  Równe dwa miesiące temu jechaliśmy tędy z Cezarem, który podrzucił nas swoją furgonetką do Rio Gallegos – teraz trasa została pokonana rowerem. Niestety od tego momentu skończył się krótki odcinek ze sprzyjającym wiatrem a na domiar złego na drodze wzdłuż wybrzeża panował też duży ruch i nie było na niej pobocza. Po wielu dniach jazdy na RN 40, gdzie zwykle przejeżdżało kilka pojazdów dziennie , tutaj stawaliśmy oko w oko z pędzącymi wielkimi ciężarówkami, które mijały nas zaledwie o centymetry…

Podczas noclegu przy plaży doznaliśmy ataku szczurów, które próbowały gryźć wszystko, co znalazły na swojej drodze a w nocy skakały na ściany namiotu! Walczyliśmy z nimi  uderzając czym popadnie a nawet traktując gazem na psy, niestety z miernym skutkiem. Rano znaleźliśmy pogryzione zbiorniki na wodę, pogryzione wentyle przy kołach, dziurawą plandekę zabezpieczającą przyczepkę a nawet dziurę w podłodze namiotu!

Na wybrzeżu kierunek wiatr był mniej przewidywalny niż na RN 40. Wiatr wiejący znad oceanu zwykle okazywał się słabszy niż ten wiejący od strony gór i zachodziło wtedy zabawne zjawisko – wiało od lądu do morza a pod naporem wiatru cofały się białe grzywy fal. Czasami jednak przeważał oceaniczny wiatr północno-wsochodni i w sumie tak do końca nigdy nie można było przewidzieć, z której strony będzie wiało, stąd też znalezienie bezpiecznego miejsca na namiot było niezwykle trudnym zadaniem. Doświadczyliśmy tego w pobliżu miejscowości Rada Tilly, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg przed wjazdem do miasta Comodoro Rivadavia. Miejscowość jest ładnie położona nad oceanem i znajduje się w odległości zaledwie 10 km od miasta. Jest więc czymś w rodzaju dzielnicy mieszkaniowej dla zamożniejszych obywateli z Comodoro. Domy zaczynają się przy samej plaży i ułożone są równolegle do oceanu, wszystkie są zadbane i czyste. Niedaleko tej miejscowości znaleźliśmy miejsce na nocleg za kępą krzaków, niestety w nocy zmienił się kierunek wiatru, który niebezpiecznie szarpał namiotem i naginał ściany. Musieliśmy w nocy spakować dobytek aby być przygotowanym do ewakuacji. Na zewnątrz jednak panowało takie przenikliwe zimno, że nie sposób było jechać bez ciepłego posiłku lub chociaż herbaty a przy takim wietrze, wzbijającym w powietrze tumany kurzu, uruchomienie palnika było niemożliwe. Okryliśmy się więc śpiworami i spędziliśmy całą noc dociążając namiot i podtrzymując ściany. A noce w Patagonii o tej porze roku bywały bardzo zimne, jakby to była już zima, a nie końcówka jesieni. Temperatura spadała poniżej zera, woda w bidonach i w kałużach zamarzała. Nasze śpiwory ani odzież nie radziły sobie w takich temperaturach. Musieliśmy spać w czapkach, rękawicach i kilku warstwach odzieży, przykrywać się dodatkowym, zapasowym śpiworem a i tak były noce kiedy chłód nie pozwalał zasnąć.

Często podczas jazdy, pokonując kolejne kilometry marzyliśmy sobie o chwili, kiedy dotrzemy wreszcie w ciepłe rejony i będziemy się mogli pozbyć sporej części rzeczy. Rower był mocno obciążony, szczególnie w drodze do Trelew, które od Comodoro oddzielało około 380 km pampy i trzeba było mieć odpowiedni zapas jedzenia. Pod tym ciężarem zaczęły nam pękać szprychy w tylnim kole i kiedy straciliśmy pięć z nich kolejny podjazd trzeba było pokonywać pchając rower. Naprawa musiała poczekać do wieczora, po pampie hulał lodowaty wiatr i nie było mowy o zatrzymaniu się nawet na kilkanaście minut na otwartym terenie.  Już po południu temperatura spadła poniżej zera i wiedzieliśmy, że przed nami kolejna zimna noc. Rano woda w zbiornikach zamieniła się w kawały lodu a namiot pokrywała gruba warstwa szronu. Zapowiadał się ciężki dzień. Mimo gorącego posiłku, który zjedliśmy na śniadanie, zmarzliśmy już podczas pakowania obozowiska. W trakcie jazdy mroźny wicher „szczypał” nas w twarze i nie pomagał żaden ochronny krem ani chustki, którymi próbowaliśmy się ochronić przed wiatrem. Pedałowaliśmy ostro bez odpoczynków ale z naszymi stopami i dłońmi dział się prawdziwy koszmar – mimo rękawic i dwóch par skarpet były zdrętwiałe z zimna i czuliśmy jakby wbijało się w nie tysiące małych igiełek! Prawda była taka, że nasze ubrania absolutnie nie nadawały się do zimowej jazdy. Mogły od biedy stanowić ochronę na nieco chłodniejszy jesienny dzień ale przy silnym wietrze w temperaturze poniżej zera nasze organizmy po prostu się wychładzały. Wkrótce czuliśmy się całkowicie przemarznięci jednak na horyzoncie dostrzegliśmy jakiś budynek. Okazało się, że to zabudowania dla robotników i w małym baraku mieścił się „comedor” czyli jadalnia. Poszliśmy w prośby o wodę aby schować się przed wiatrem i przygotować ciepły posiłek oraz herbatę do termosu. Niestety nie dostaliśmy nawet tyle – wody nie mieli! To już była prawdziwa klęska. Nie byliśmy w stanie jechać przy takich warunkach bez ciepłego posiłku. Na szczęście i tym razem znalazł się pomocny kierowca, który zaproponował podwiezienie. Z lodowatej, wietrznej pampy trafiliśmy do wielkiej ciężarówki. Wpakowaliśmy się do szoferki  na sztywnych z zimna nogach i ze zgrabiałymi dłońmi. A w środku ciepło, wygodne siedzenia, muzyczka gra a kierowca już na kuchence wodę gotuje i parzy nam gorącą aromatyczną kawę! Rozgrzaliśmy skostniałe ręce nad palnikiem i zabraliśmy się za kawę, czując jak błogie, przyjemne ciepło rozpływało się po całym ciele. Ruszyliśmy w drogę i patrzyliśmy na zimne, szare pustkowia przesuwające się za szybą i jak kilometry „uciekają” w niemożliwie szybkim tempie. Tutaj, w Patagonii życie rowerzysty od życia kierowcy oddzielała ogromna przepaść.

 

Dzięki nadrobionym kilometrom następnego dnia dotarliśmy od razu do Puerto Madryn. Jest to nieduża, turystyczna miejscowość położona w pobliżu Półwyspu Valdes, który stanowi atrakcję turystyczną, ze względu na zamieszkujące tą okolicę słonie morskie, foki oraz wieloryby. Jednakże o tej porze roku panował tu spokój i pustki. Dotarliśmy na południowy kraniec miasta, gdzie znajdują się dwa kempingi i ku naszej radości jeden z nich był czynny. Cena była jak w sezonie ( 60 pesos za dwie osoby) ale za to mieliśmy cały kamping dla siebie, łącznie z gorącymi prysznicami. Miejsce jest naprawdę spore i ładnie położone na wzgórzu pod drzewami, skąd jest widok na ocean, miasteczko i półwysep. Mogliśmy sobie wyobrazić jakie tłumy „namiotowiczów” są tu w sezonie. Tymczasem nam nie przeszkadzało, że byliśmy zupełnie sami. W dodatku przy oceanie było znacznie cieplej i nie musieliśmy się martwić mrozem. Następnego dnia była ładna pogoda i choć wiatr wiał niemiłosierny,  wybraliśmy się rowerem do Punta Loma czyli miejsca, gdzie znajduje się kolonia słoni morskich. Okazało się, że sprzedawcy skończyły się bilety i mogliśmy wejść za darmo 🙂 (wstęp kosztuje 25 pesos od osoby). Punta Loma to miejsce położone na klifie, gdzie z punktu widokowego można obserwować plażę, zamieszkałą przez lwy morskie. O tej porze roku przebywają tutaj samice z młodymi i można je sobie podziwiać do woli. Matki przypływające do plaży wydawały głośne dźwięki, przypominające „porykiwanie smoka” a młode rozpoznawały je po głosie i przybiegały do karmienia. W drodze powrotnej znaleźliśmy zaciszne miejsce wśród wydm i zrobiliśmy sobie piknik, potem zatrzymaliśmy się jeszcze w pobliżu miasta, w miejscu gdzie leży zatopiony wrak statku, przy którym również pluskała się samica lwa morskiego. Niestety wieloryby przypłyną w ten rejon dopiero za około dwa tygodnie. Wtedy można je oglądać z wybrzeża. My jednak nie mieliśmy tyle czasu – musieliśmy uciekać na północ przed nadchodzącą zimą. Na szczęście mieliśmy już okazję podziwiać wieloryby w Ekwadorze, więc już następnego dnia postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Wieczorem poszliśmy na spacer do centrum a przed spaniem oczywiście nagroda w postaci gorącego prysznica 🙂

Reklamy

2 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. A Ja myslalem ze commodore to taki komputer.
    Jak czytam to wszystko to ja bym się nawet sekundy nie zastanawiał tylko wrzucił rower do morza razem z tymi szczurami

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: