Leave a comment

Zagubieni w czasie i przestrzeni – pedałując do Perito Moreno 29.04 – 10.05. 2012

 

Wcześnie rano opuszczaliśmy El Chalten, zadowoleni, że Patagonia pokazała nam się również ze swojej piękniejszej strony. Po ośmiu dniach ślicznej, słonecznej pogody i niemalże bez wiatru (!) byliśmy przygotowani na rewanż. Wiedzieliśmy, że Patagonia z pewnością zażąda od nas spłaty długu za beztroski pobyt w Chalten, a z prognoz pogody, które pokazał nam Jesus w internecie wynikało, że zażąda już wkrótce. Tym czasem jechaliśmy a wiatru jeszcze prawie nie było, co właściwie nas nie dziwiło, bo gdyby był, to musiałby wiać nam w plecy 🙂 Wkrótce jednak sylwetka Fitz Roya, którą mieliśmy za plecami, znikła w kłębiących się chmurach a wiatr zaczął się wzmagać kiedy dotarliśmy do Ruta 40 i przybrał swój stały, północno-zachodni kierunek. Teraz mógł już śmiało wiać bo właśnie byliśmy na zwykłym kursie, dzięki czemu mógł nam bezkarnie sypać kurzem w oczy, spowalniać jazdę i szarpać rowerem. Znowu miał nas w swoich szponach i moglibyśmy przysiąc, że sprawiało mu to niemałą frajdę…

Kolejne dni były jeszcze gorsze. Z niemałym trudem dowlekliśmy się do stacji benzynowej w miejscowości Tres Lagos by nabrać wody. Schowaliśmy się za murem na posiłek ale kiedy go zjedliśmy, wiatrzysko znowu szalało tak, że nawet prowadzenie roweru nie było możliwe! Na domiar złego zaczął padać deszcz. Nie było innej rady jak tylko czekać na poprawę pogody. Właścicielka zgodziła, się byśmy postawili namiot przy murze, który osłaniał od wiatru. Mieliśmy dzięki temu dostęp do wody i płatnego prysznica. W oczekiwaniu na jakąkolwiek poprawę pogody spędziliśmy w tym miejscu dwa dni. W międzyczasie pojawił się na stacji zziębnięty autostopowicz – młody Holender, którego zaprosiliśmy na kawę do namiotu, żeby się rozgrzał. Siedzieliśmy tak we trójkę przy gorącej kawie i krakersach a czas szybciej płynął. No i w końcu się doczekaliśmy. Przestało padać a wiatr trochę się zmniejszył. Natychmiast spakowaliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie mieliśmy czasu do stracenia gdyż nasze zapasy żywności były ograniczone. Wiadomo jednak, że co dobre – szybko się kończy. Wkrótce droga zamieniła się w gliniasto – błotne koryto. To oznaczało tylko jedno – koniec jazdy! Musieliśmy pchać rower, co wymagało ogromnego wysiłku. Koła były oblepione błotem i nie chciały się obracać. Co kilka metrów trzeba się było zatrzymywać, by wyczyścić wszystkie oblepione gliną części roweru aby móc go przepchać o kolejne kilka metrów. W szalejącej wichurze mieliśmy wrażenie, że ciągniemy za sobą pociąg z wagonami załadowanymi węglem. Tymczasem do kolejnej miejscowości było jeszcze ponad 200 km! Na szczęście nasze nadzieje nie zawiodły – w nocy przyszedł mróz, na który liczyliśmy i błoto zamarzło. Następnego dnia oczyściliśmy rower i ruszyliśmy dalej odcinkami jadąc, odcinkami pchając. Mimo, że tempo mieliśmy żałosne, w końcu dotarliśmy jednak do kolejnego utwardzonego odcinka drogi, po którym moglibyśmy jechać. Ale nie pojechaliśmy bo na scenę znowu wkroczył wiatr. Momentalnie napłynęły nam nad głowy deszczowe chmury i uderzył w nas prawdziwy huragan. Znów trzeba było pchać nasz ciężki tandem i to w dodatku pod górę i pod wiatr, który spychał nas z drogi, szarpał ubraniami, wtłaczał do gardeł chustki, osłaniające nasze twarze, choć i tak od wielu tygodni wyglądały jakby ktoś przypalał je ogniem. Szybko nas to pozbawiło sił ale miejsca żeby się zatrzymać na horyzoncie widać nie było, więc trzeba było się ruszać, żeby wiatr nie wychłodził naszych ciał. Szliśmy tak z mozołem aż tu nieoczekiwanie na pustej drodze zjawił się samochód z przyczepką i kierowca pyta czy nie podwieźć nas do Gregores 🙂 Nie wahaliśmy się zbyt długo i już po chwili w przyczepce na trocinach, pod plandeką jechaliśmy we trójkę – ja i Przemek, przytuleni do siebie, żeby się rozgrzać i nasz przyjaciel rower. Wiatr zawiewał przez szpary w plandece, wzbijając w górę obłoki drobnych trocin, które poruszały się przy jego podmuchach jakby tańczyły w powietrzu. Wyjrzałam przez szparę na zewnątrz, gdzie suche, szorstkie trawy i kolczaste krzewinki szarpał wicher. Patagonia znów przypomniała nam kto tu rządzi i dała do zrozumienia, że możemy jechać tylko wtedy, kiedy ona nam na to pozwoli. A ja miałam wrażenie, że słyszę jej złośliwy chichot, który niesie się z wiatrem przez pampę.

W Gregores zrobiliśmy zakupy i spędziliśmy dwie noce przy stadninie koni, do której kierowca zawiózł trociny. Potem ruszyliśmy dalej na północ. Znów walczyliśmy z wiatrem i znów pchaliśmy rower. Minęliśmy wieś Bajo Caracoles z małą stacją benzynową, potem dotarliśmy do kanionu i przekroczyliśmy rzekę. Po jednej i po drugiej stronie wciąż widzieliśmy tylko pampę a droga czasem była prosta jak linijka a czasem zmieniała się w kiepską drogę gruntową. Codziennie słyszeliśmy w uszach wiatr i gubiliśmy wzrok w kępkach kłujących traw, ciągnących się po horyzont. Już ponad dwa miesiące jechaliśmy przez Patagonię. Całkowita izolacja i monotonia krajobrazu sprawiały, że wielokrotnie doznawaliśmy poczucia zagubienia w czasie i przestrzeni. Mieliśmy często wrażenie, że w ogóle się nie przemieszczamy. Nie potrafiliśmy określić odległości jaką danego dnia przejechaliśmy, czasem nie pamiętaliśmy nawet ile już dni minęło od wyjazdu z poprzedniego miasteczka. Czas i przestrzeń odmierzaliśmy zdarzeniami – widokiem ostrzelanego znaku drogowego, pancernika lub strusi , które przebiegły przez drogę. Dni mijały powoli zimne i wietrzne ale w końcu dotarliśmy do Perito Moreno.

W miasteczku znaleźliśmy wszystko, czego nam było trzeba – tani camping municipal z dostępem do ciepłej kuchnio-świetlicy i gorącego prysznica, pralnię, gdzie mogliśmy wyprać w ciepłej wodzie i wysuszyć ubrania oraz sklepy zaopatrzeniem żywieniowym.  Była też kafejka internetowa. No i stało się, podjęliśmy nieuniknioną decyzję – bilet powrotny do Polski został zakupiony na dzień 26 września. Szacunkowo oceniliśmy, że na tyle czasu z okładem starczy nam jeszcze gotówki. Od tego momentu jeszcze bardziej niż w Ushuaia czuliśmy, że nasza droga jest już drogą powrotną i że od tej chwili niestety już do końca podróży będzie nam towarzyszyć presja czasu…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: