Leave a comment

El Chalten – najpiękniejsze chwile w Patagonii 22.04- 29.04.2012

P1150629 kopia 

Następnego dnia po wycieczce do lodowca, stała się, rzecz zupełnie niezwykła i niespodziewana . Wiatr, który słyszeliśmy każdego dnia i każdej nocy od ponad dwóch miesięcy nagle ucichł! W dodatku pogoda wciąż była przepiękna! Od momentu wjechania do Patagonii jeszcze nie zdarzyło nam się by któryś dzień był całkowicie słoneczny – bez chmur czy choćby przelotnych opadów deszczu. Teraz, chociaż trudno w to było uwierzyć, mieliśmy wszystko! Po dniu odpoczynku w Calafate, które ze swoimi wygórowanymi cenami, jest klasyczną „maszynką do robienia pieniędzy na turystach” wyruszyliśmy w drogę do małej turystycznej miejscowości zwanej El Chalten. Widząc słoneczną i niemal bezwietrzną pogodę nie wierzyliśmy własnym oczom. Rower zapakowany zapasami jedzenia był niesamowicie obciążony a mimo wszystko pedałowanie znów stało się prawdziwą przyjemnością! W porównaniu do wycia wiatru, które słyszeliśmy przez ostatnie tygodnie, teraz do naszych uszu dobiegał zaledwie cichy szept. Cierniste krzaczki, przy całkiem pustej drodze, wydawały się srebrzyć w słońcui nawet szare grzywy kłujących traw, ciągnących się aż po horyzont były dzisiaj zupełnie złote 🙂 Ogromna, otaczająca nas przestrzeń stała się naszym sprzymierzeńcem. Kurtki powędrowały do sakw a my pędziliśmy przed siebie z energią i niesamowitą radością. Mogliśmy ze sobą swobodnie rozmawiać, mogliśmy się zatrzymać w dowolnym miejscu na posiłek i zjeść go w spokoju bez obawy, że wicher porwie nam kanapki czy rękawiczki i przede wszystkim mogliśmy jechać! Cieszyliśmy się każdą kolejną bezwietrzną godziną tego pięknego dnia bo zdawaliśmy sobie sprawę, że wicher może się zerwać w każdej chwili a wtedy świat znów będzie szary i nieprzyjazny. Dokładnie wybraliśmy miejsce na spanie – doskonale wiedzieliśmy, z której strony powinno wiać i gdzie się schować żeby namiot przetrwał. Ale wieczór był spokojny a niebo pełne gwiazd…

Ku naszemu zaskoczeniu kolejnego dnia nic się nie zmieniło. Wcześnie rano wyruszyliśmy w drogę, żeby przejechać jak najwięcej, byliśmy aż nadto świadomi, że taki spokój nie może trwać długo. Pedałowaliśmy więc ile sił a w oddali na horyzoncie pojawiły się pięknie ośnieżone szczyty gór w parku Los Glaciares. Od razu rozpoznaliśmy sylwetkę Fitz Roya, który wyglądał cudownie w blasku popołudniowego słońca. Podziwialiśmy wielkie jezioro Viedma, ze śliczną, seledynową wodą. Krajobraz wynagradzał nam trud jazdy i wciąż mobilizował żeby jechać dalej, żeby prędzej, żeby jak najszybciej dotrzeć do parku, w którym tak bardzo chcieliśmy być przy tej pięknej pogodzie. W dwa dni przejechaliśmy dystans ponad 180 kilometrów, którego pokonanie przy „normalnej”, wietrznej pogodzie, z jaką do tej pory mieliśmy do czynienia w Patagonii, mogłoby potrwać od minimum 4 do nawet 6 dni!

            Pobyt w El Chalten był darem od losu! Był jak nagroda za wszystkie przejechane kilometry w wichrze i deszczu, za noce spędzone w zimnym namiocie na pustkowiach przy wyciu wiatru, za ponad dwa miesiące jazdy przez niegościnne odludzia, na których widzieliśmy tylko trawę… Park Los Glaciares, cichy i spokojny, bez wiatru i tłumów turystów i pełen drzew w jesiennej szacie wydawał nam się baśniową krainą.

            Bez większego trudu znaleźliśmy „Casa de Jesus” – miejsce, które polecali nam inni spotkani w drodze rowerzyści, a które popularne jest wśród podróżujących z niskim budżetem. Jesus, właściciel domu – niewielkiego blaszaka położonego na wzgórzu miał swoje marzenie o wielkiej, rowerowej wyprawie i bezinteresownie przyjmował do siebie podróżników potrzebujących schronienia. Na podwórku można było sobie postawić namiot a Jesus pozwalał na korzystanie z toalety, wody, ogrzanie się w kuchni przy piecyku a nawet ugotowanie sobie czegoś do jedzenia. Z biblijnym Jezusem niewiele miał wspólnego, poza brodą może i dłuższymi włosami. O ile jednak Jezus wino potrafił rozmnożyć, o tyle Jesus sprawiał, że winko szybko znikało a za domem zgromadził się całkiem pokaźny stosik butelek po tym trunku. Zajmował się „ dopieszczaniem” swojego roweru i rozmyślaniem o podróży. Niektórzy, patrząc na ten rower, nie bardzo w nią wierzyli i trochę sobie z Jesusa żartowali ale my byliśmy pewni, że nie potrzebuje markowego sprzętu a raczej motywacji i wytrwałości. Mimo wszystko nieco ekscentryczny Jesus był jednym z tych otwartych i przyjaznych ludzi, których z wdzięcznością spotyka się w drodze. Jak się dowiedzieliśmy później w kilka miesięcy po naszym pobycie w El Chalten, Jesus wsiadł na rower i wyruszył w swoją podróż, na pohybel wszystkim, którzy powątpiewali w to, że spełni swoje marzenia 🙂

Jedyną niedogodnością, z którą mieliśmy do czynienia podczas cudownego pobytu w Chalten było zimno. Poranki były mroźne, namiot rano pokrywał szron a kałuże na zewnątrz były zamarznięte. Od położonych nieopodal lodowców powietrze się niesamowicie wychładzało a do tego bezchmurne niebo sprzyjało niskim temperaturom. To były najzimniejsze noce, z jakimi mieliśmy do czynienia podczas całej naszej wyprawy. Na szczęście zdążyliśmy się już  przyzwyczaić do niskich temperatur i cieszyliśmy się wspaniałą pogodą, nie przejmując się zimnem. Długa podróż nas zahartowała jednak nie tak byśmy mogli konkurować z „Russo” – młodym Rosjaninem, który też korzystał z gościny u Jesusa. Wprawdzie jego namiot schowany był w drugim, pustym blaszaku, stojącym na podwórku, dzięki czemu z pewnością było w nim cieplej lecz jednak w porównaniu z Russo byliśmy mięczakami przez wielkie”M”. Kiedy rano w grubych, polarowych bluzach, w pokrytym lodem namiocie gotowaliśmy wodę na kawę, żeby się rozgrzać, Russo wychodził z namiotu bez koszulki i półnago, niespiesznie przemierzał podwórko, idąc do domu Jesusa, żeby się umyć lodowatą wodą 🙂

            Chalten, w odróżnieniu od Calafate, zachowało jeszcze swój skromny urok małej, górskiej wioski, choć z pewnością nie na długo. Turysta znajdzie tu przepiękne górskie szlaki, które może przemierzać bez żadnych opłat, mimo, że wkracza na teren parku Los Glaciares (tego samego, w którym znajduje się lodowiec Perito Moreno i gdzie oczywiście trzeba uiścić niemałą opłatę), znajdzie też płatne kampingi  jak i bezpłatne pola namiotowe. Chalten nie jest jeszcze tak dobrze zorganizowane turystycznie, dlatego naprawdę warto tam zajrzeć będąc w Patagonii. W jesiennej szacie park Los Glaciares prezentuje się wyjątkowo pięknie a szlaki są niemal puste. Wybraliśmy się na dwudniową rowerową wycieczkę do Lago del Desierto i małego lodowca Huemul oraz na trekking do Laguny Torre.  To były bez wątpienia najpiękniejsze dni jakie spędziliśmy w Patagonii. Sezon już się skończył, kampingi przy drodze wprawdzie pozamykane ale za to wokoło kompletna cisza i żadnych turystów jakby jesienny park roztaczał swoje uroki tylko dla nas. Drzewa w przepięknych kolorach, ciche, błękitne jeziorka, w których po południu odbijały się majestatyczne szczyty gór, rzeki z krystalicznie czystą wodą i niezwykła sylwetka Fitz Roya, której widok towarzyszył nam przez całą drogę, wszystko to sprawiało wrażenie, że znaleźliśmy się w absolutnie wyjątkowej krainie. Fitz Roy oprócz tego, że jest piękny, uważany jest również za duże wyzwanie dla wspinaczy, ze względu na spore trudności techniczne oraz bardzo nieprzewidywalną pogodę. Noc spędziliśmy nad jeziorem Desierto. Na brzegu widzieliśmy łódź, która już zakończyła pracę ale w sezonie wozi turystów na północny brzeg, skąd można się przedostać do Chile. Przepiękny widok na długie, wąskie jezioro o szmaragdowych wodach, rozciągał się spod lodowca Huemul. Samym niewielkim Glaciarem Huemulteż można się było zachwycić! Spływał z gór wprost do seledynowego jeziorka w otoczeniu drzew w złotych i bursztynowych kolorach a dookoła panowała niezwykła cisza. Trzeciego dnia pobytu w Chalten wybraliśmy się  do Laguny Torre, gdzie prowadzi szlak pieszy, który przechodzi niedaleko domu Jesusa. Jezioro objawiło nam się w zimowej scenerii. Było całkowicie zamarznięte, z wystającymi z niego bryłami lodu, które pięknie mieniły się w słońcu. Podziwiać stąd można charakterystyczne iglice Cerro Torre. Grzaliśmy się w jesiennym słońcu, popijając kawę z termosu i pałaszując kanapki i cieszyliśmy się, że Patagonia podarowała nam kolejny wspaniały dzień.

Info:

  • pola namiotowe na terenie parku są darmowe ale bez żadnych udogodnień, natomiast płatne kempingi poza parkiem, wyposażone są w toalety, prysznice i grill

  • w sezonie wstęp do Lodowca Huemul kosztuje 20 pesos, gdyż jest to teren prywatny, poza granicą parku

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: