2 Komentarze

Kosmiczne poidła dla krów w Malargue 🙂  8-15.02.2012

 

Jechaliśmy więc dalej wciąż na południe Argentyny. Ponad nami było błękitne, bezchmurne niebo, koła naszego pojazdu toczyły się miarowo po asfalcie napędzane nadwątloną już nieco siłą naszych mięśni. Trudy jazdy przez ostatnie miesiące, kiedy żywiliśmy się nienajlepiej i niezbyt wiele odpoczywaliśmy, dawały nam się we znaki. Odczuwaliśmy zmęczenie. Czuliśmy się jakby przynosił je ciepły wiatr, który nas obezwładniał i kurz , unoszący się nad drogą, który jakby dodawał ciężkości naszym nogom a także ruch na drodze, który wydawał nam się wyjątkowo irytujący. Nie pomógł zbytnio postój na arbuza w drodze, którego połowę zjedliśmy zaraz przy straganie przydrożnym, gdzie uczynny sprzedawca wystawił nam dwa plastikowe krzesła, żebyśmy mogli zjeść na siedząco. Chwała mu za to! Drugą połowę arbuza, która powędrowała na rower w reklamówce zgubiliśmy gdzieś po drodze i dopiero później gdy stwierdziliśmy zgubę, wyjaśniła się zagadka dziwacznego huknięcia, które dało się słyszeć kiedy zjeżdżaliśmy z górki. Aby osłodzić sobie niełatwe życie podróżnika, postanowiliśmy tego dnia sprawić sobie odrobinę luksusu i zatrzymaliśmy się na nocleg na kampingu w malutkiej wiosce gdzieś za Mendozą. Trochę nas to kosztowało ale dodatkowo mieliśmy do dyspozycji basen, który znajdował się na terenie kampingu. To była dla nas cudowna chwila relaksu a dla pozostałych obozowiczów niezły ubaw, gdy ujrzeli dwóch chudzielców w strojach kąpielowych z mocno opalonymi rękami i nogami a zupełnie bladymi korpusami 🙂

Z kupki naszych brudnych ubrań wybraliśmy kilka, które zostały wyprane byśmy jutro dalej mogli cieszyć się luksusem i wsiąść na rower w czystych rzeczach. Niestety w nocy przyszła burza i mimo, że  namiot stał pod daszkiem, to rano pranie znaleźliśmy leżące w błocie 😦 No i znów trzeba było się przeprosić z naszą nieświeżą odzieżą z sakwy…

 

Kolejnego dnia znów dojechaliśmy do RN 40 i w pełnym słońcu ruszyliśmy w kierunku miasteczka Lujan de Cujo. Ciężarówki mijały nas o centymetry ale odcinkami można było jechać nowo wybudowanym, jeszcze nie ukończonym pasem, wolnym od ruchu. Minęliśmy zjazd do Lujan i jadąc wciąż rozglądaliśmy się za miejscem, gdzie byłby tani kamping pozwalający na dłuższy odpoczynek i doprowadzenie do porządku naszych rzeczy. Nie mieliśmy jednak jakoś szczęścia. W końcu ktoś powiedział nam, że w kolejnym miasteczku  Tunuyan za miastem jest tani kamping. Jechaliśmy więc nie zatrzymując się już po drodze gdyż powoli zbliżał się wieczór. Minęliśmy duży kamping przed wjazdem do miasta ale nie mieliśmy jedzenia więc trzeba było jechać dalej a poza tym chcieliśmy dotrzeć do miejsca, które nam polecano. Nie był to zbyt szczęśliwy wybór, jak się później okazało. Miasteczko wywarło na nas wrażenie – mała mieścinka a przy drodze, oprócz oczywiście kasyna, które spotkać tu można nawet w największych „zadupiach”, były aż trzy duże markety, w których była sposobność zrobienia porządnych zakupów i sporo turystów na ulicach. Kupiłam więc pyszną argentyńską wołowinę, mrożone warzywka, gotowe do wrzucenia na patelnię i kilka innych pyszności i już cieszyliśmy się oboje z Przemkiem na smakowitą kolację. W miasteczku zapadł już zmrok. Głodni byliśmy jak wilki. Niestety jechaliśmy i jechaliśmy a kampingu żadnego nie było widać. I jak to niejednokrotnie w takich sytuacjach bywało, by naszą cierpliwość wystawić na jeszcze większą próbę, przebiliśmy koła i to obydwa! Powietrze zaraz zeszło i nie było rady, trzeba było się zabrać za łatanie przy świetle czołowej latarki. Kiedy wreszcie uporaliśmy się z kołami i dotarliśmy do miejsca, które nam polecano była już późna noc. Okazało się, że to nie żaden kamping tylko darmowe poletko biwakowe – stoliki i grille, które czasami spotykaliśmy przy drogach. Oczywiście bez prysznica i toalet. Na szczęście w pobliżu była rzeczka i można było nabrać trochę wody. Miejsce nie nadawało się na żaden odpoczynek ale na jednorazowy nocleg było odpowiednie. Mogliśmy więc chociaż się wyspać.

 

Upływały kolejne dni. Wciąż jechaliśmy przez otwarte przestrzenie pozbawione drzew, zmagając się z palącym słońcem przez wiele godzin dziennie i z koniecznością oszczędzania wody, której w takich warunkach chce się wypijać ogromne ilości. W małych miasteczkach mijanych po drodze uzupełnialiśmy zapasy a potem znów wyruszaliśmy na pustkowia. Wciąż nie mieliśmy okazji na dłuższe biwakowanie i z powodu gorących dni jedliśmy głównie owoce. Po strefie tanich winogron a potem arbuzów i melonów teraz wjechaliśmy w rejon tanich i smakowitych brzoskwiń ( 1kg tylko 3 pesos czyli ok. 2,50 zł!) Przy wyjeździe z miasteczka San Carlos zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, żeby kupić trochę benzyny do palnika. Jednak sprzedawca nie chciał nam nalać benzyny do butli  zupełnie jak w Europie! Byliśmy zdegustowani bo po tylu miesiącach przebywania w „zupełnie innym świecie” takie ograniczenia wydawały nam się jakąś fanaberią. No ale trzeba było sobie przypomnieć, że Argentyna to przecież „całkiem cywilizowany” kraj ( na nasze szczęście nie tak jak kraje Unii). Jednakże Argentyńczycy to głównie potomkowie dawnych kolonizatorów i emigrantów. Różnica jest widoczna zaraz po wjeździe do   kraju w rysach twarzy ludzi i ich kolorze skóry. Tutaj ludzie mają niemalże europejskie rysy twarzy, dzięki czemu nie wyróżnialiśmy się z tłumu tak bardzo lecz przez to otoczenie wydawało się jakby mniej egzotyczne.

Na stacji benzynowej znalazł się jednak poczciwy kierowca, który wręczył Przemkowi swój stary karnister i mogliśmy nabyć zapas benzyny na dalszą drogę. Wyjechaliśmy za miasto, gdzie na kolejnych słupkach płotu przy drodze siedziało kilka sów. Przyglądały się nam uważnie, gdy je mijaliśmy na rowerze ale nie uciekły. Widać upodobały sobie tę okolicę, która pewnie obfitowała w pożywienie gdyż widzieliśmy sowy jeszcze kilkakrotnie w tym rejonie.

Kolejnego dnia dotarliśmy do większego miasta na trasie – San Rafael po 17.00 czyli akurat na otwarcie sklepów. Zrobiliśmy sobie znowu zakupy, tym razem w najtańszym z argentyńskich marketów (przynajmniej w tym rejonie) o nazwie Atomo. Kupiliśmy duży słój kawy na drogę gdyż jak już wcześniej wspomniałam od czasu spotkania z górnikami w Chile staliśmy się zawziętymi kawoszami i na obecnym etapie potrafiliśmy wypić nawet po trzy filiżanki kawy dziennie J I choć wielu byłoby pewnie zbulwersowanych to nasza ulubiona kawa była rozpuszczalna, zwała się La Virginia Suave a smak miała tak delikatny, że aż miło. Nawet po 3 filiżankach nas nie „trzepało” , co zawsze miało miejsce w Polsce gdy ktoś nas namówił na kawę. Wokół San Rafael okolica się zazieleniła a za miastem ciągnęły się pola uprawne i sady. Przejechaliśmy plantacje brzoskwiń, oliwek i oregano. To właśnie w tych suchych i słonecznych rejonach Argentyny rośnie aromatyczne oregano, którego zapach ciepły wiatr niósł czasem przez pustkowia i dlatego wszystko, co się dało przyprawialiśmy pachnącym oregano J Przynajmniej wiedzieliśmy, że nie jest konserwowane w przeciwieństwie do oliwek, które niestety ulepszane były konserwantami, jak większość żywności we współczesnym świecie.

Wkrótce sady się jednak skończyły i otoczyły nas dobrze znane krajobrazy – krzaczasta, kłująca roślinność, otwarta przestrzeń i brak cienia. Przez około 18 km podjeżdżaliśmy w górę, mając wrażenie, że wyschniemy na słońcu. Dojechaliśmy jednak do rozwidlenia dróg, z których jedna prowadziła do Malargue a druga do jeziora Nihul. Właśnie zaczynał się weekend i mijało nas sporo samochodów, zmierzających nad wodę, niektóre z kajakami na dachach. Argentyńczycy lubią odpoczywać i biwakować, szczególnie przy grillu i nad wodą – nieważne jezioro w wypoczynkowej miejscowości czy rzeka gdzieś na pustkowiu, wszystko zależy od zamożności portfela ale jeśli jest woda, grill i przyjaciele bądź rodzina czego więcej potrzeba do szczęścia? No właśnie – to bardzo słuszne rozumowanie, bo co może być przyjemniejszego niż odpoczywanie z rodziną lub przyjaciółmi na łonie natury w piękny, słoneczny dzień, których w Argentynie nie brakuje – czyżby jazda załadowanym rowerem przez pustkowia?! Pokusa żeby skoczyć nad jezioro była silna ale wiedzieliśmy, że na kampingu będą tłumy ludzi i wysokie ceny. Ponadto nie mieliśmy az tak dużych zapasów jedzenia by zostać tam na dłużej a droga do jeziora była bez asfaltu i niemiłosiernie zakurzona. Koniec końców zrezygnowaliśmy z pływania. Chcieliśmy wreszcie odpocząć i choćby przez jeden dzień nie wsiadać na rower, żeby mięśnie odetchnęły. Naszą nadzieją było pobliskie Malargue. Przy rozwidleniu dróg był sklepik z pamiątkami i zatrzymaliśmy się tam by zdobyć wodę na dalszą drogę. Przejeżdżający obok turyści, głęboko poruszeni naszym „wyczynem” jazdy na rowerze przez odludzia w pełnym słońcu poczęstowali nas drożdżówkami. I to był najmilszy moment tego dnia! Pyszne drożdżówki z serem zupełnie jak w Polsce a może nawet lepsze to była wyjątkowa frajda 🙂 No i w dodatku okazało się, że w owym sklepiku takowe drożdżóweczki można było nabyć, co oczywiście zaraz uczyniliśmy i mieliśmy frajdę po raz drugi. To był ważny moment – tak jak kawa u górników, tak teraz w przydrożnym sklepiku na pustkowiach zasmakowały nam drożdżówki i w naszej wędrówce na południe Argentyny rozkoszowaliśmy się nimi wielokrotnie. Z dżemem, serem czy jeszcze inne – argentyńskie drożdżówki zawsze były pyszne. W sklepiku dostaliśmy też wodę i zeszyt do wpisania, w którym miłe słowa zostawiali wszyscy przejeżdżający tędy ( i pewnie proszący o wodę) podróżnicy – rowerzyści i motocykliści. Wpisaliśmy się grzecznie i przejrzeliśmy zeszyt. Żadnych Polaków nie znaleźliśmy choć rowerzystów było sporo, Ameryka Pd to kontynent, który „sakwiarze” bardzo sobie upodobali i chętnie go przemierzają. Trudno zresztą się dziwić obfituje w przepiękne krajobrazy a drogi tutejsze nie są tak kiepskie jak np. w Afryce.

Ruszyliśmy w dalszą drogę do Malargue. Otoczyła nas cisza, turyści jeździli nad jezioro a tu była pustka. Minęliśmy mały „salar” czyli solną pustynię i prażeni słońcem aż do samego popołudnia jechaliśmy samotnie przez pampę. Wreszcie mocno zmęczeni zatrzymaliśmy się na spanie w obniżeniu terenu. Gdy namiot stanął obydwoje padliśmy jak nieżywi w jego cieniu na płachcie folii, którą rozłożyliśmy na suchej, spękanej ziemii. Leżeliśmy tak pół godziny bez ruchu zanim byliśmy w stanie się podnieść i zrobić sobie kolację. W międzyczasie ogromne, czerwone słońce schowało się za horyzontem. Odczuliśmy ulgę. Siedzieliśmy przed namiotem i piliśmy naszą kawę.

 

Następnego dnia dojechaliśmy do miejsca El Sosneado, przy wjeździe minęliśmy znak informujący, że znajdujemy się na trzytysięcznym kilometrze. Oznaczało to dokładnie tyle, że do początku drogi numer 40 zostało nam „tylko” 3000 kilometrów. Jednakże kwestia początku drogi, jest dosyć dyskusyjna. Można przyjąć, że są to okolice miasta Rio Gallegos na południu Argentyny, jednakże sprawa nie jest do końca jasna a ponadto odległości na argentyńskich znakach mogą (przy większych) dystansach wahać się w granicach plus minus sto lub więcej kilometrów 🙂

13 lutego dojechaliśmy do Malargue. Przed miastem pojawiły się piękne zielone drzewa a jeszcze wcześniej dosyć dziwne obiekty na pampie. Były to okrągłe zamknięte zbiorniki pojawiające się to tu to tam na pustkowiach. Zapytałam Przemka, którego bardzo interesują różnorakie urządzenia i konstrukcje, czy wie co to jest. Powiedział, że też się nad tym zastanawiał ale już wie! Po czym wyjaśnił mi dokładnie jak działają owe urządzenia i do czego służą. Stwierdził, że są to poidła dla krów i działają w taki sposób, że zdalnie informują farmera, kiedy woda w poidle się kończy. W zbiorniku jest pływak i kiedy dojdzie do dna urządzenie wysyła sygnał, że czas uzupełnić wodę w poidle. Byłam pod prawdziwym wrażeniem takiej technologii w argentyńskim rolnictwie! Aż do momentu gdy dotarliśmy do Malargue. Ku naszej radości w miasteczku był Camping Municipal w przyzwoitej cenie 30 pesos. To było miejsce, którego potrzebowaliśmy! Zostaliśmy na kampingu. Jedliśmy, praliśmy, łataliśmy materace, które po 10 miesiącach podróży nie nadawały się już praktycznie do niczego i odpoczywaliśmy. Wybraliśmy się również do miejskiego planetarium, gdzie można było obejrzeć zdjęcia dotyczące działalności tego obiektu. Możecie sobie wyobrazić moje rozbawienie, gdy ujrzałam na nich wspomniane wcześniej „poidła dla krów”, które w rzeczywistości okazały się być urządzeniami do badania promieniowania kosmicznego!!! No cóż znów byłam pod wrażeniem, choć może już nie tyle argentyńskiej technologii, co raczej kreatywności mojego męża 🙂

Reklamy

Posted Styczeń 13, 2013 by D&P in Argentyna

2 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Narobiliście mi tylko smaka tymi brzoskwiniami…
    To bardzo dziwne z tą benzyną do kuchenki, bo ja w Niemczech tankowałem do niej bez problemu.
    Piszecie o kawie. Ale w Argentynie pije się przecież Yerba Matę! Próbowaliście chociaż?

  2. Próbowaliśmy ale szczerze mówiąc nie rzuciła nas na kolana… Ale w Argentynie pijają też matę z dodatkiem kawy – również nas nie zachwyciła, natomiast w Paragwaju podaje się mrożną Yerba Matę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: