2 Komentarze

Jak dotarliśmy do Mendozy i dlaczego jej nie polubiliśmy 24.01 – 7.02

Dalsza droga, po przez plantacje winorośli ,wiodła nas w kierunku Mendozy. Pagórkowata, trochę w górę, trochę w dół. Przejechaliśmy mniej więcej 50 km, kiedy skończył się asfalt a ponieważ nie mieliśmy specjalnej ochoty tłuc się po wertepach w kurzu, skręciliśmy w boczną drogę, która również prowadziła do następnej miejscowości na naszej trasie lecz nieco naokoło. Niestety tego dnia nie mieliśmy szczęścia i nie dość, że droga cały czas wiodła pod górę to jeszcze zerwał się silny wiatr spod burzowych chmur, który wiał nam prosto w twarz i bardzo spowalniał jazdę. W końcu dotarliśmy jednak do miejscowości Amicha del Valle, gdzie jest stacja benzynowa i gdzie mogliśmy się zaopatrzyć w benzynę do palnika. Dalej rozpoczął się zjazd do miasteczka Santa Maria ale w drodze zaczęło przepadywać i żeby uniknąć przemoknięcia kilka kilometrów przed miastem zakończyliśmy jazdę i rozłożyliśmy sobie obozowisko. Następnego dnia pogoda też była pochmurna a życie „umilała” nam mżawka. Wyjechaliśmy więc dopiero w południe. W Santa Maria zrobiliśmy zakupy a w następnej wsi Punto de Balasto postój na mycie garów. Potem znów zaczęły się dobrze nam już znane pustkowia. Późnym popołudniem wyjechaliśmy na płaskowyż. Miejsce było bardzo wietrzne – otwarta przestrzeń porośnięta tylko trawą. Trudno było znaleźć jakiekolwiek miejsce na namiot ale wreszcie, tuż przed zapadnięciem zmierzchu, trafiliśmy na ruiny domu, gdzie można było rozłożyć obozowisko, dobrze osłonięte od wiatru. Kolejne dni jazdy znowu stały się upalne i znów Ruta 40 wiodła przez pustkowia z kilkoma niewielkimi miejscowościami na trasie. Z powodu upału potrzebowaliśmy ogromnych zapasów wody do picia a wieczorem, po całym dniu jazdy w wysokiej temperaturze i pełnym słońcu, byliśmy totalnie zmęczeni. Po drodze uśmiechnęło się jednak do nas szczęście i trafiliśmy na darmowy kamping, całkiem czysty i schludny, gdzie w dodatku można było wziąć prysznic i zrobić pranie. Ależ to była wspaniała niespodzianka! Niestety następnego dnia nie obyło się bez problemów. Wstaliśmy wcześnie, gotowi do szybkiego wyruszenia w drogę, póki upał nie zaczął się na dobre a tu, nie wiadomo który już raz w tej podróży, zapchał się palnik. Przemek ze „świętą cierpliwością” zabrał się do udrażniania naszej kuchni, co w końcu się udało ale trwało kilka godzin! Wyjechaliśmy więc w samo południe gdy powietrze było już nieznośnie gorące a wiatr taki, jakby z pieca wiało. Wlekliśmy się jak przysłowiowe „muchy w smole” i w kolejnych, mijanych wioskach zatrzymywaliśmy się na lody, na picie, na odpoczynek itd. Dopiero po wyjechaniu ze skupiska wiosek na odludzia zostaliśmy zmuszeni do bardziej efektywnej jazdy z powodu ograniczonych zapasów wody. Następujące po sobie dni jazdy, wszystkie były bardzo podobne. Upalne dni, po których przychodziły krótkotrwałe deszcze a potem znów wracał upał. Żywiliśmy się nienajlepiej, głównie winogronami i lodami , bo zmęczone gorącem organizmy nie chciały przyjmować niczego lepszego. Życie utrudniała nam też siesta, w Argentynie przestrzegana jak świętość. Jeśli nie zdążyliśmy wjechać do miasteczka przed 13.00, to na otwarcie sklepów trzeba było czekać aż do 17.00. Wyobrażacie sobie siedzieć tyle czasu na głodno pod sklepem! Zaczęliśmy odczuwać na własnej skórze jak wielkim krajem jest Argentyna. Jechaliśmy przez wiele dni a krajobraz nie bardzo się zmieniał, przejechany kawał drogi na mapie wydawał się tylko niewielkim odcinkiem a od kolejnego celu, gdzie zamierzaliśmy zatrzymać się na dłużej, wciąż dzieliło nas grubo ponad tysiąc kilometrów! Na szczęście ciągle trafialiśmy na przyjaznych ludzi, którzy napełniali nam zbiorniki wodą a w razie konieczności udzielali miejsca na namiot. Minęliśmy miasteczka Chilecito a potem Villa Union, jednak aby do niego dotrzeć trzeba było trochę wspiąć się do góry nie asfaltową drogą. W nagrodę znów mieliśmy piękne widoki na okoliczne góry i kaniony. Wyjechaliśmy na przełęcz o wysokości 2020 m. n.p.m., gdzie oczywiście napotkaliśmy kapliczki dobrze nam znanych legendarnych postaci – Difunty i Gauchita. W kapliczkach różne cudeńka pozostawione tu przez kierowców. Przemek miał wielką ochotę na czekoladki, które ktoś pozostawił Gauchitowi ale temperatura otoczenia, w której mogły spędzić już sporo czasu, nie zachęcała żeby się poczęstować. Nawet takiego łasucha jak Przemek. I całe szczęście bo znów moglibyśmy mieć problemy gdyby Gauchito postanowił dać nam nauczkę 🙂 Wkrótce zjawiła się obok argentyńska rodzinka, która wjechała na przełęcz samochodem. Pod tablicą podającą wysokość pstrykali sobie pamiątkowe zdjęcia, nie ukrywając zadowolenia ze swojego wyczynu. Rozbawiło nas to trochę bo przypomnieliśmy sobie na jakie wysokości wjechaliśmy naszym rowerowym „vehiculo longo”. Uświadomiliśmy sobie, że rowerowe 5 tys. m. n.p.m. to cłkiem niezły wynik i nagle poczuliśmy się całkiem zadowoleni z siebie mimo, że nie dostaliśmy czekoladek w nagrodę.
Następnego dnia dotarliśmy do Parku Talampaya. Bardzo fajne miejsce, w którym można zobaczyć ciekawe formacje skalne i piękny czerwony kanion. Wejście do kanionu jest płatne – 40 pesos za osobę, jednak jak to w Argentynie bywa, organizacja jest całkiem dobra i przy biurze znajduje się bezpłatny kamping dla turystów. Oczywiście z perspektywy rowerzysty świat wygląda inaczej. Obszar parku to jazda przez półpustynne odludzia a biwakowanie wymaga własnych zapasów żywności, gdyż nie ma możliwości robienia zakupów. Na szczęście przy wejściu do kanionu można uzupełnić zapasy wody. Dziesiąty dzień jazdy zakończył się dość niefortunnym noclegiem. Wszędzie pełno było kolczastych nasion i mimo przygotowania i oczyszczania podłoża, co zajęło nam sporo czasu, nie udało się wszystkiego wyzbierać i nasz nowy salon nieco na tym ucierpiał. Na domiar złego w nocy zerwał się silny wiatr i nawiało nam piachu przez otwarty właz do namiotu. Do rana wiatr nie osłabł zupełnie i trochę nam pomagał w trakcie jazdy. Niedaleko miejscowości Bermejo, trafiliśmy na posterunek policji drogowej i Przemek poszedł prosić policjantów o wodę. Pozwolono nam napełnić zbiornik i dostaliśmy jeszcze w prezencie półtora litrową butelkę z zamarzniętą wodą prosto z lodówki. To była dopiero frajda! Piliśmy co chwilę aż bolały nas gardła a po godzinie nie było już śladu po wodzie. Taka sytuacja przytrafiła nam się jeszcze później nie raz i zawsze wzbudzała w nas prawdziwą euforię. Zastanawiam się czy ludzie, którzy dawali nam zamarzniętą wodę wiedzieli jaką radość nam sprawili! W okolicy miasta Valecito zaczęła się ścieżka dla rowerzystów. Jechaliśmy nią w kierunku Villa Santa Rosa. Mijaliśmy po drodze miejsca postojowe dla rowerzystów, których zazdrościmy Argentyńczykom. Zadaszone ławeczki i stoliki oraz grille, bez nich przecież w Argentynie żyć nie można! Chcielibyśmy mieć coś takiego w Polsce. Gdzieś przed miejscowością Villa Media Agua na liczniku wybiło nam 15 000 km Postanowiliśmy jednak, że z tej okazji będziemy świętować, gdy dojedziemy do Mendozy. Za miasteczkiem znów wjechaliśmy na Ruta 40, która tutaj miała dwa pasy ruchu ale tylko przez kilkanaście kilometrów czyli do słupka kilometr 3400. Dalej było już po staremu, to znaczy bez pobocza, którego w Argentynie jest jak na lekarstwo! Tej nocy mieliśmy dobre miejsce na spanie lecz nadciągnęła bardzo silna burza i wiatr mocno szarpał namiotem. Jednak przetrwaliśmy ją bez żadnego uszczerbku. Dopiero rano zaczął się cyrk! Spaliśmy niedaleko od drogi lecz wszędzie było takie błoto, że zaraz zablokowały się koła. Pokonanie 150 metrowego odcinka do asfaltu zajęło nam ponad 30 minut! Potem trzeba było czyścić rower, odrywając kawały błota z kół maczetą, żeby po raz kolejny nie zniszczyć przerzutki. Kawałek dalej był jednak kościółek a przy nim kran i dzięki temu udało nam się doprowadzić pojazd do porządku i ruszyć w drogę. Byliśmy już dosyć zmęczeni kilkunastoma dniami jazdy bez odpoczynku a znów trzeba było pedałować przez półpustynne tereny, gdzie rosły tylko akacje, kolczaste krzaki i jakieś zioła. Nagrzane słońcem wydzielały intensywny zapach, intrygujący i ulotny. Gorący wiatr niósł ten zapach przez wielkie, otwarte przestrzenie, które przemierzaliśmy samotnie na rowerze. I tak jechaliśmy i jechaliśmy przez kolejne godziny i dni… Wreszcie dotarliśmy do wsi Jocoli. Przy wjeździe dostaliśmy dwie butelki zimnej wody od ekipy, która czekała przy drodze na kolarzy. Na wieść, że jesteśmy z Polski sympatyczni panowie zaraz wymienili nazwiska: Boniek, Żmuda i Lato 🙂 We wsi siesta trwała w najlepsze ale znaleźliśmy kran i można było umyć naczynia. Minął nas wtedy cały wyścig kolarski, zmierzający w przeciwnym kierunku i z nutką zazdrości spoglądaliśmy na ich lekkie jak piórka rowery, które gnały jak z procy wystrzelone. A nasz biedny przyjaciel stał pod słupem objuczony jak muł i ani pisnął… Byliśmy już blisko Mendozy i postanowiliśmy zjechać z 40, na której zrobił się duży ruch. Pojechaliśmy drogą na La Valle i już marzyliśmy sobie o prysznicu na jakimś miłym kampingu i czymś smacznym do jedzenia. Przed Mendozą ruch znacznie się zwiększył, jednak otoczenie stało się bardziej przyjemne. Pojawiły się wreszcie drzewa i zieleń! Prawdziwe dobrodziejstwo – można było zjeść posiłek w cieniu na zielonej trawce, zamiast w pełnym słońcu i w kolczastych krzakach. Jednak droga okazała się dłuższa niż zakładaliśmy i do miasta dotarliśmy już dosyć późno. Wkrótce natknęliśmy się na mundurowych, którzy okazali się być pracownikami „policji turystycznej”. Ostrzegali nas, że Mendoza jest niebezpieczna, czego oczywiście byliśmy doskonale świadomi. Jednakże coś musi być na rzeczy, gdyż jak się dowiedzieliśmy, Mendoza jest jedynym miastem w Argentynie, gdzie taka policja funkcjonuje. Panowie wyjaśnili nam także jak dojechać do kampingu. Ruszyliśmy więc przez miasto we wskazanym kierunku. Jak można się domyślać czekała nas nieprzyjemna jazda ruchliwymi ulicami. Kamping znajdował się na peryferiach, położonych na zboczu i żeby do niego dotrzeć trzeba było drałować pod górę. Kiedy wreszcie dotarliśmy, znaleźliśmy dwa czynne kampingi ale ceny były nie do przyjęcia! I na jednym i na drugim za dwie osoby z namiotem mieliśmy zapłacić w sumie 90 pesos! W naszym przewodniku cena za ten właśnie kamping wynosiła ok. 10 pesos na osobę, obecnie żądano od nas 40 pesos, co pokazuje jak ceny wzrosły w tym kraju w ciągu ostatnich kilku lat. Już wiedzieliśmy, że to nie jest miejsce na odpoczywanie. Nadchodził wieczór a my nie mieliśmy gdzie spać i nie zamierzaliśmy wydawać tylu pieniędzy na kamping. W pobliżu wypatrzyliśmy wyschnięte koryto niedużej rzeczki, wystarczające jednak by postawić tam namiot i nie przejmując się niczym, zrobiliśmy sobie obozowisko. Przemek poszedł do pobliskiego sklepiku, gdzie kupił wodę do picia i trochę jedzenia. Zjedliśmy kolację i zmęczeni ciężkim dniem zaszyliśmy się w śpiworach.
Rano wstaliśmy wcześnie i postanowiliśmy opuścić Mendozę. Nic nie skłaniało nas do dłuższego przebywania w tym mieście. Wysokie ceny zniechęcały do odpoczynku i świętowania naszych 15000 km. Woleliśmy się zaszyć w jakiejś spokojnej wiosce i za te same pieniądze odpoczywać przez kilka dni. Pomysł wyprawy na Aconcaguę upadł już dawno temu, kiedy to po wejściu na Roraimę, stwierdziliśmy, że niestety wymagamy takich ilości jedzenia, że samodzielne wniesienie tego na górę, byłoby niemożliwe. Wynajmowanie muła lub tragarzy nas nie interesowało więc nasze buty trekkingowe wylądowały w koszu, żeby nie zajmowały miejsca. Sama Mendoza również nas nie urzekła. Miasto nie jest brzydkie lecz swoją popularność wśród turystów, zawdzięcza raczej temu, że stanowi bazę wypadową na Aconcaguę. Jest znacznie gorzej zorganizowana niż Salta, mnóstwo tu ulic z dużym natężeniem ruchu i choć znajdująca się w centrum plaza „Independencia” jest ładnym i miłym miejscem, to jednak miasto wydaje się bardziej chaotyczne i nastawione na czerpanie zysków z turystów zwabionych tu bliskością Aconcaguy. Nie polubiliśmy więc Mendozy i ograniczyliśmy się tylko do zrobienia w niej zakupów żywieniowych, potem ruszyliśmy przed siebie a im dalej byliśmy od miasta tym ruch stawał się mniejszy. Niedawno cieszyliśmy się na myśl o sklepach a teraz już ciągnęło nas spowrotem na pustkowia a gwar i ruch w mieście wcale nas nie pociągał. Być może za bardzo przyzwyczailiśmy się do wędrowniczego życia lecz zatłoczone ulice, wielkie markety i drogie kampingi bez żalu zostawiliśmy za sobą.

Reklamy

Posted Październik 2, 2012 by D&P in Argentyna

2 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. W końcu wrócili i to w dniu w którym obchodziłem pierwszą rocznicę wyjazdu

  2. Czekamy, czekamy i gorąco pozdrawiamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: