3 Komentarze

Niezwykły świat Eduardo Avaroa 27.12.2011-6.01.2012

Odkryliśmy jeden z podróżniczych krańców świata! Ukryty w południowym zakątku Boliwii pełen zachwycających krajobrazów  Rezerwat Eduardo Avaroa. Na naszym tandemie przemierzyliśmy piaszczystą drogą obszar od Laguny Verde do Laguny Colorada i był to dla nas  najtrudniejszy odcinek drogi w tej podróży. „Jak nie drzwiami, to oknem” – mawiają niektórzy i to powiedzenie chyba dobrze oddaje naszą determinację. Nie udało się dotrzeć do rezerwatu drogą przez pustkowia Boliwii, to dojechaliśmy tam z Chile bo nie poddajemy się łatwo 🙂
Przez pustynię dotarlismy rowerem do położonej na jej wschodnim skraju oazy – San Pedro de Atacama. Oaza zawsze cieszy i jest uroczym, przyjaznym miejscem, jednak San Pedro jest na wskroś turystyczne. Upakowane nachalnie w centrum biura podróży, sklepiki z pamiątkami i turystyczne restauracje trochę drażnią. Przez nie miejscowość straciła swój charakter a lokalni mieszkańcy zginęli w tłumie białych turystów. Przyciągają ich tu chyba liczne ciekawe miejsca znajdujące się wokół i łatwo dostępne, dzięki wspomnianej szerokiej gamie usług turystycznych. My nie czuliśmy w San Pedro klimatu oazy, zagubionej na skraju pustyni ale zostać tu na kilka dni było wygodnie i drogo… Dla nas mieścinka stała się doskonałą bazą wypadową do podjęcia kolejnej próby dotarcia do ukrytego w Boliwii świata Eduardo Avaroa. Na kampingu w San Pedro zostawiliśmy przyczepkę i wszystkie zbędne rzeczy i zaopatrzeni w zapasy wody, żywności, trochę ciepłych ubrań i nowy namiot, kupiony za grosze w markecie w Calamie, ruszyliśmy w kierunku Boliwii. Czekał nas od razu niezły podjazd z powrotem w wysokie góry. San Pedro jest położone na wysokości niewiele ponad 2400 m. n.p.m. i stroma drogą prowadzącą w kierunku granicy musieliśmy pokonać 2200 m. w górę na odcinku 40 kilometrów. Po drodze mijaliśmy pola minowe, które zabezpieczają granice pomiędzy dwoma państwami – biednym i bogatym i zaraz przypomniał mi się „mur berliński”, który pamiętam z czasów wczesnej młodości. Mało sympatyczny był to widok. Po kilku godzinach od wyjazdu z gorącego o tej porze roku San Pedro od razu dało się odczuć spadek temperatury i chłodny wiatr, a wiedzieliśmy, że w górach warunki będą jeszcze trudniejsze. W Boliwii trwała przecież w najlepsze pora deszczowa… Kiedy wdrapaliśmy się na przełęcz zobaczyliśmy odludną, piaszczystą drogę odchodzącą od pięknego chilijskiego asfaltu w stronę górzystych pustkowi, położonych u stóp wulkanu Lincancabur. Po przejechaniu kilku kilometrów dotarliśmy do samotnej „budy” w towarzystwie szlabanu, położonej na kompletnym pustkowiu. To było przejście graniczne do Boliwii w miejscowości Hito Cajon. Urzędnik wstawił nam pieczęć do paszportów i zaraz ostrzegł, że za wjazd do rezerwatu będziemy musieli zapłacić. Niemało bo 150 bolivianów od osoby, podczas gdy miejscowi płacą tylko 30! Na szczęście wiedzieliśmy o tym wcześniej i mieliśmy przygotowane pieniądze. Często jednak zdarza się, że nieświadomi tak wysokiej opłaty rowerzyści przybywający z drugiej strony, z zamiarem opuszczenia Boliwii, po prostu nie mają ze sobą wystarczającej ilości gotówki. Niespodziewanie przy szlabanie granicznym natknęliśmy się na innych indywidualnych turystów, co jest tu raczej rzadkością. To było bardzo miłe spotkanie bo turystami, podróżującymi starą, terenową Toyotą, okazali się nie Niemcy, Amerykanie czy Francuzi ale Czesi. Poczuliśmy się prawie jak byśmy spotkali „rodaków” i nawet mogliśmy sobie porozmawiać, bo przecież nasze języki są na tyle podobne, że możemy się nawzajem zrozumieć. Czesi zaopatrzyli nas w butelkę wody,  przejechaliśmy granicę i w silnym wietrze, podążyliśmy dalej przed siebie pustą drogą. Po około 7  kilometrach dojechaliśmy do zabudowań strażników rezerwatu. W pobliżu widzieliśmy już jasną taflę wody Laguny Blanca, położonej tuż przy wjazdu do rezerwatu. Uiściliśmy wspomnianą już opłatę wjazdową i podjechaliśmy rowerem do schroniska, żeby uzupełnić zapasy wody. Nie było z tym problemu – wodę, podobno nawet zdatną do picia, dostaliśmy za darmo. Laguna Blanca, mimo, że znacznie mniej popularna od sąsiedniej Laguny Verde też jest śliczna. W blasku słońca rzeczywiście wydawała się biała i już tutaj widzieliśmy, po raz pierwszy na terenie tego rezerwatu, piękne, różowe flamingi. Prowadząca przez rezerwat drogą, która do najlepszych nie należy, podążyliśmy w stronę Laguny Verde. Jednak nasz rower, bez przyczepki i części bagażu, radził sobie bardzo dobrze, pomimo, że jako tandem i tak zawsze będzie sporo cięższy od klasycznego roweru. W silnym wietrze, który tym razem wiał nam raczej w plecy (chwilowa zmiana kierunku jazdy z południa na północ kontynentu się opłaciła) dojechaliśmy do Laguny Verde, niewielkiej lecz przepięknie położonej u podnóża wulkanu Licancabur. Było zimno i w miejscu gdzie kamieniste zbocze przy jeziorze osłaniało nas nieco od wiatru postanowiliśmy rozbić namiot. 31 grudnia – noc sylwestrowa, najbardziej cicha i spokojna, jakiej doświadczyliśmy w życiu. Żadnych fajerwerków, toastów, wiwatów, tylko gwiazdy na niebie, szum wiatru i żadnego żywego ducha w pobliżu. To był nasz pierwszy biwak w jednym z bardzo niezwykłych miejsc na terenie Rezerwatu Eduardo Avaroa. A  tych wyjątkowych miejsc po drodze było mnóstwo. Właściwie cały obszar rezerwatu jest niezwykły, jest jak nieznana planeta, która zachwyca lecz dla indywidualnego turysty, tym bardziej niezmotoryzowanego jest raczej trudno dostępna. Często skrajne warunki klimatyczne, duże wysokości, kiepska droga i ograniczony dostęp do wody, szczególnie przed rowerzystą stawiają wysokie wymagania, którym trzeba sprostać jeśli chce się przemierzyć tą niezwykłą krainę rowerem. Lecz w nagrodę za wysiłek włożony w pedałowanie dostaniesz rozgwieżdżone niebo, laguny z tysiącami flamingów i biwaki w najbardziej niezwykłych miejscach na świecie…
Rano w słonecznym blasku laguna wydawała się jeszcze piękniejsza i bardziej malownicza. Jednak część turystów przybywająca nad brzeg jeziorka jeepami, w ramach zorganizowanych wycieczek bardziej interesowała się naszym namiotem i rowerem, które widzieli w oddali między głazami i po raz kolejny staliśmy się tematem zdjęć. Ruszyliśmy dalej a wokół otaczała nas otwarta przestrzeń i wysokie góry, tak malownicze, że można było by fotografować ten surowy krajobraz na wszystkie cztery strony świata. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów w górę i wdrapaniu się na wysokość ponad 4600 m. n.p.m. zaczął się zjazd. Przed nami znów wyłoniła się kolejna piękna panorama. Po wschodniej stronie rozrzucone w pustynnym piachu wielkie skały na Pustyni Salvadora Dali, wyglądające jak dziwnie rzeźbione wiatrem monolity. A w oddali przed nami spokojne wody Laguny Salada i biała połać solnej pustyni Chalviri. Nad nami przewalały się jednak ciemne chmurzyska zwiastujące deszcz, który na tak odkrytej przestrzeni w połączeniu z wiatrem, szybko by się z nami rozprawił. Na szczęście nie musieliśmy się spieszyć. Prowadząc rower przez smagane wiatrem pustkowie dobrnęliśmy do masywnej skały na skraju pustyni S. Dali. Okazało się, że oprócz tego iż miejsce jest po prostu piękne to doskonale chroni przed wiatrem a nawet deszczem. Rozbiliśmy więc namiot, zjedliśmy posiłek i przyglądaliśmy się jak tajemnicze sylwetki skalnych monolitów nikną w nadchodzącej od strony gór ścianie deszczu.
Laguna Salada, za to powitała nas piękna, słoneczna pogodą, mimo, że poranek był bardzo zimny a niebo pełne burzowych chmur. Przy Aguas Calientes (gorących źródłach) jest restauracyjka dla turystów, którzy przyjeżdżają tu jeepami i zatrzymują się czasem również na posiłek i mały sklepik z ciastkami. Dostaliśmy wodę od krzątającej się w kuchni Indianki z długimi warkoczami a w sklepiku zaopatrzyliśmy się w krakersy. Odjechaliśmy dalej od zabudowań i basenu z wodą termalną i nad brzegiem laguny zatrzymaliśmy się by zjeść posiłek. A tu niespodzianka – znajdujemy naturalne oczko wodne z ciepłą wodą i to w dodatku z przepięknym widokiem na góry, lagunę i flamingi. Czy można chcieć czegoś więcej? Zanurzyliśmy się w przyjemnej ciepłej i czystej wodzie na pół godziny cudownego relaksu, podziwiając świat wokół nas i ciesząc się, że po przejechaniu tylu tysięcy kilometrów trafiliśmy w to miejsce. Potem zjedliśmy ciepły posiłek i doładowani pozytywną energią ruszyliśmy w dalszą drogę. Gdy tylko oddaliliśmy się nieco od Laguny Salada, za zboczem góry rozpoczęła się wspinaczka na najwyższy punkt na drodze prowadzącej przez rezerwat i rozpoczęła się też ciężka walka z silnym wiatrem. Dostaliśmy się w pobliże deszczowej chmury i wicher pastwił się nad nami bezlitośnie. Po chwili zostaliśmy zbombardowani gradem, który boleśnie zacinał po twarzach a potem śniegiem. W takich warunkach nie daliśmy rady wyjechać na samą górę, zatrzymaliśmy kilka kilometrów od Sol de Maniana, przy zboczu które osłoniło nas przed wiatrem. Schowaliśmy się w naszym wątpliwej jakości namiocie, mając nadzieję, że wiatr go nie zmiecie.
Noc była mroźna i woda zamarzła nam w butelkach a rower i sakwy, które nie mieszczą się w małym namiocie pokrył szron. To było najwyższe miejsce, w którym do tej pory przyszło nam spac (wys. ponad 4850 m) Ale poranek znów był słoneczny i bez przeszkód dotarliśmy do Sol de Maniana. Tu znajdują się gorące wulkaniczne błota, z których wydobywają się opary siarki, podobnie jak to było na wulkanie Ollague. Teraz czekał nas zjazd do Laguny Colorada. Jadąc z góry widzieliśmy w oddali jej pomarańczowo zabarwioną wodę. Dostrzegliśmy też dużą, ciemną szczelinę w brunatnej pustynnej ziemi, ciągnącą się w kierunku laguny. Ta szczelina to malowniczy kanion, który wprost zapraszał by rozłożyć w nim obozowisko. I tak tez zrobiliśmy. A ledwo namiot stanął pod ścianą kanionu, nadciągnęły ciemne chmury i zaczął padać śnieg.
Rano kiedy tylko zrobiło się na tyle ciepło, że byliśmy w stanie wyjść z namiotu, wskoczyliśmy na rower i pojechaliśmy nad brzeg laguny. Wszystkie otaczające nas szczyty pokryte były śniegiem i widok był cudowny. Na lagunie błyszczącej w promieniach słońca dostrzegliśmy tysiące małych, jasnych punkcików. To flamingi. Mogliśmy im się przyjrzeć nieco lepiej gdy zatrzymaliśmy się nad brzegiem jeziora. Laguna Colorada z flamingami w porannym blasku słońca to jeden z najpiękniejszych widoków jakie mieliśmy okazję w życiu podziwiać.
Droga powrotna nie była łatwa. Mieliśmy zamiar przejechać do Chile w okolicach Laguny Colorada ale okazało się, że przejście graniczne, które widniało na naszej mapie w rzeczywistości nie istnieje. Wracaliśmy więc droga przez rezerwat lecz srogie warunki klimatyczne nie ułatwiały nam zadania, mimo, że znaliśmy już drogę. Na podjeździe z Laguny Colorada dopadła nas burza śnieżna, która uniemożliwiła nam dalsza jazdę już do końca dnia. Byliśmy na odkrytym terenie na wysokości ok. 4820 m. kiedy nagle zerwał się bardzo silny wiatr i zaczął sypać śnieg. Brak profesjonalnej odzieży na takie warunki dawał nam się we znaki lecz mimo zimna jechaliśmy dalej. Powstrzymały nas jednak pioruny, które zaczęły uderzać wokół nas, w bliskiej odległości a wokoło nie było absolutnie żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy się schować. Jazda w takiej sytuacji stała się zbyt niebezpieczna. Zeszliśmy z roweru, odstawiliśmy go kilka metrów dalej i okrywając się plandeką przed wiatrem i gęstym śniegiem przycupnęliśmy przy poboczu drogi, w nadziei, że nawałnica nie potrwa długo. Wystarczyło jednak dosłownie kilka minut w bezruchu, żebyśmy totalnie przemarzli i zaczęli dygotać z zimna. Wiedzieliśmy już, że jeśli w ciągu kilku minut się nie schronimy przed wiatrem to będzie z nami kiepsko. Myśleliśmy co tu zrobić, kiedy nagle w śnieżycy pojawił się jeep z turystami. Jednak „białe gęby” przemknęły tylko rozbawione w ciepłym samochodzie, mając ubaw z dwóch przemarzniętych rowerzystów, skulonych przy drodze. Rozbawione „ledwo sapiens” zrobiły nam zdjęcia przez szybę, jak dygoczemy z zimna. Znów byliśmy przez chwilę atrakcja turystyczną. A zwykła ludzka przyzwoitość, która nakazywała zapytać czy wszystko w porządku poszła w diabły…  Na szczęście  długa podróż nas zahartowała i przyzwyczaiła do tego, że powinniśmy liczyć  na siebie. Zeszliśmy kawałek w dół zbocza, oddalając się od drogi. Tam wiało nieco mniej i Przemek rozstawił namiot. Ja byłam już zbyt przemarznięta żeby mu pomóc. Kiedy schroniliśmy się przed wiatrem było już nieco lepiej ale obawialiśmy się czy ten namiot wytrzyma nawałnicę. Burza nie przeszła szybko – śnieg padał przez osiem godzin, a my jak rozbitkowie na tratwie siedzieliśmy w namiocie na jednym materacu i strząsaliśmy śnieg ze ścianek, żeby pod jego ciężarem nie połamały się maszty. Wreszcie około 11.00 w nocy, kiedy przestało padać, mogliśmy wyjść na zewnątrz, odkopać zasypane sakwy a potem ugotować sobie ciepła zupę na palniku. Przynajmniej wody mieliśmy pod dostatkiem, bo śniegu dookoła było mnóstwo i wystarczyło go tylko topić w garnku. Przemek nalał gorącej wody do zbiornika i mieliśmy tez coś w rodzaju termofora. I tak przetrwaliśmy do rana – w niewygodnych pozycjach (nie mogliśmy się ruszać bo wewnętrzne ścianki namiotu były całe mokre i nie chcieliśmy przemoczyć śpiworów) z butlą gorącej wody. A rano chmury się rozstąpiły, wyszło słonce i śnieg skrzył się przepięknie w jego blasku. Dojechaliśmy znowu do pustyni Salvadora Dali a nastepnego dnia do granicy w Hito Cajon. Jeszcze tylko kilka kilometrów podjazdu do asfaltu w silnym wietrze i dotarliśmy do głównej drogi, prowadzącej do San Pedro. Okoliczne góry nadal pokryte były śniegiem, a my spoglądaliśmy za siebie, gdzie pozostała piękna lecz surowa kraina. Byliśmy dumni z siebie, że mimo wszystko udało nam się dotrzeć na ten boliwijski kraniec świata rowerem. Czy „planeta” Eduardo Avaroa, zupełnie pozbawiona drzew i zielonej roślinności, za wyjątkiem burych traw i  porostów, która w dodatku bywa tak nieprzyjazna człowiekowi może być zachwycająca? Nas zachwyciła a Wy, nasi mili towarzysze podróży,  patrząc na zdjęcia  (które wkrótce zamieścimy, chyba 🙂 ) możecie się z nami zgodzić albo nie.
Wskoczyliśmy na nasz pojazd i ruszyliśmy przed siebie asfaltem, po którym koła toczyły się dziwnie lekko i równo. Czekało nas 40 kilometrów zjazdu do San Pedro. Rower ruszył jak koń z kopyta i jadąc w dół nabierał pędu. Z każdym przejechanym kilometrem czuliśmy jak zaczyna się robić coraz cieplej. Minęliśmy wszystkie ciężarówki na drodze. I zdawało się, że nasz tandem już nawet nie pędził lecz mieliśmy wrażenie, jakbyśmy lecieli w powietrzu. Jak pocisk lub strzała wystrzelona z łuku wokół której świszcze wiatr. Pędziliśmy do słonecznego San Pedro, do zielonych drzew, do cywilizacji i ciepłego prysznica…

rowerem w boliwii

Reklamy

3 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Kiedy wznosiliśmy Sylwestrowy toast za Waszą szczęśliwą podróż, zazdroszcząc troszeczkę gorącego słońca, na myśl nam nie przyszło że możemy pozazdrościć Wam śniegu, którego w Bydzi jeszcze tej zimy nie było. Kierujcie się w bardziej słoneczne i ciepłe miejsca mając na uwadze że tu wiatr i deszcz zacina, pozdrawiamy gorąco!

  2. Z przykroscia zawiadamiamy, ze z powodu awarii naszego komputera ( cos z plikiem config.sys co uniemozliwia uruchomienie Windowsa) musimy zaprzestac pisania bloga i zamieszczac zdjecia az do czasu rozwiazania problemu co moze nastapic dopiero po powrocie do Polski czyli niezbyt szybko. 😦

    Dorka i Przemek
  3. A to dlatego nic nie słychać :((((((
    A nie możecie nowego kupić?
    Albo z kafiarenek korzystać?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: