2 Komentarze

 Boliwia deszczową porą. Copacabana – La Paz  29.11 – 2.12.2011

Do granicy dotarliśmy około 14.00. Droga bez większego ruchu, jak na głębokiej prowincji i mała wioska. Jedynie jakiś turystyczny autobus i przemykające raz po raz „białe gęby”, świadczą o tym, że trafiliśmy we właściwe miejsce. Formalności załatwia się w dwóch przydrożnych budach, gdzie urzędnik „przywala” pieczęcie w paszportach i po kłopocie. Odpowiadają nam takie klimaty. Tu nie potrzebne wielkie gmachy, sieć komputerów, skaner linii papilarnych itp., wystarczy gość przy drewnianym stole, pieczęć i tusz J Wbija nam wizę na 30 dni, którą można bezpłatnie przedłużyć do 90.

W grudniu w Boliwii rozpoczyna się pora deszczowa i ledwo załatwiliśmy formalności widzimy burzowe chmury na niebie. Trochę się obawiamy o dalszą jazdę, gdyż Boliwia będzie najtrudniejszym etapem naszej podróży, ze względu na kiepskie drogi, w dużej mierze bez asfaltu, duże wysokości a deszcze mogą całkowicie uniemożliwić zarówno jazdę jak i pchanie roweru trasami, które sobie zaplanowaliśmy. No ale plany zawsze można zmienić, prawda? Dojechaliśmy jednak do turystycznej miejscowości Copacabana nad jeziorem, gdzie planowaliśmy się zatrzymać, bez deszczu. Znaleźliśmy hostal za 30 bolivianów/pokój dwuosobowy (ok. 15 zł) i dopiero gdy się rozgościliśmy przyszła burza. Był więc czas na prysznic i przebranie się w czyste ubrania a potem wyszło słońce i mogliśmy pójść do miasteczka J Wymieniliśmy kasę – kurs 1$ = 6.8 bolivianów, kupiliśmy trochę prowiantu i na przywitanie nowego kraju zjedliśmy przepyszną rybkę (18 bolivianów/sztuka) w tanim „comedorze”, oczywiście. Do tego był ryż i trochę tutejszych ziemniaków oraz małe rybki, smażone w całości na patelni, zwane „ispi”. Ja zrezygnowałam z tego dodatku i oddałam swoją porcję Przemkowi, który zazwyczaj nie jada ryb, bo mu ości przeszkadzają, a owe ispi wrąbał razem z głowami i oczami i jeszcze mówił, że dobre! Brrr…                            

Copacabana to typowo turystyczne miejsce, z mnóstwem restauracji, hostali, agencji turystycznych i straganów z pamiątkami ale ładnie położona nad jeziorem Titicaca i spokojna bez dużego ruchu pojazdów i zgiełku miasta. Dla takich jak my, którzy zwykle włóczą się po małych wsiach lub odludziach, przystanek w takiej turystycznej miejscowości od czasu do czasu, to miła odmiana i wygoda. Spędziliśmy jeszcze jeden dzień w miasteczku, przeznaczając go na odpoczynek i doprowadzanie do porządku naszego dobytku.

W drodze z Copacabany, podczas posiłku na łonie natury, zauważyliśmy na drodze parę rowerzystów. Okazało się, że to Szwajcarzy, którzy zmierzali dokładnie w tym samym kierunku, co my i tez wybierali się na Salar de Uyuni, tylko, że z La Paz zamierzali tam dojechać autobusem. Po śniadanku ruszyliśmy dalej i w odległości jakichś dwóch kilometrów przed nami widzieliśmy  pedałujących Szwajcarów. Niby to płaskowyż a droga wciąż prowadziła wzwyż a nie płasko 🙂 ale dzięki temu pofałdowaniu terenu widoki na jezioro były o wiele ładniejsze niż w Peru, gdzie w większości jechaliśmy wzdłuż brzegu, po płaskim terenie. Potem mieliśmy zjazd do przeprawy promowej, gdzie wspomniani Szwajcarzy gdzieś zniknęli nam z oczu. Starą, drewnianą barką przepłynęliśmy na drugą stronę wąskiego przesmyku jeziora i oczywiście zaraz musieliśmy podjechać to, co zjechaliśmy. W trakcie jazdy mijaliśmy małe wioski, przed nami przeszło też gradobicie i jechaliśmy przez odcinek płaskowyżu zasypany lodowymi kryształkami a także trafiliśmy na przelotny deszcz, przed którym schroniliśmy się pod dachem jakiegoś przydrożnego budynku. Na szczęście deszcz szybko przeszedł i mogliśmy jechać dalej. Francuski tandem mówił nam, że ludzie w Boliwii bardzo „zimni” a nam znowu szczęście dopisało, bo gdy szukaliśmy miejsca na nocleg wśród chat, stojących przy drodze, Przemek trafił do protestanckiej kapliczki i kobitka, która tam sprzątała, powiedziała, że możemy rozłożyć namiot u niej na podwórku. Tak też zrobiliśmy a miła gospodyni bardzo była przejęta, gdy kolejna burza nadciągała i koniecznie chciała nas zaprosić do domu. Podziękowaliśmy uprzejmie i przekonaliśmy panią, że „nuestra carpa es muy bien” czyli, że namiot porządny mamy i burzę wytrzyma, chyba 🙂

Przez kolejne dni jazdy mieliśmy piękną pogodę – bez deszczu i gradu. W dzień pełne słońce, chłodne wieczory i zimne noce. Około południa dotarliśmy na przedmieścia La Paz, gdzie przezornie zatrzymaliśmy się w jakiejś przydrożnej „taniej jatce” na almuerzo, żeby na głodno nie jeździć po mieście. Za posiłek składający się ze smacznej zupki oraz drugiego dania z kawałkiem mięsa, ryżem i mała porcją surówki zapłaciliśmy 7 bolivianos czyli jakieś 3,50 zł! To był najtańszy obiad, jaki do tej pory jedliśmy J Jakie to miłe, kiedy mimo, że jesteś niskobudżetowym turystą, stać cię na obiad w restauracji, który w dodatku jest dla ciebie bardzo tani! Pełen komfort! O ileż łatwiej jest wtedy podróżować… Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy w kierunku miasta. Po drodze znów natknęliśmy się na wspomnianych Szwajcarów i jadąc w niedużej odległości od siebie dotarliśmy do zjazdu, którym droga prowadzi do stolicy, położonej w kanionie. Z góry roztaczał się widok na miasto z tysiącami budynków i uliczek. Ten zjazd do La Paz to istna makabra – straszne korki i natrętne trąbienie busów, których kierowcy nie przestrzegają żadnego logicznego porządku jazdy i sami jeszcze bardziej utrudniają sobie życie. Kiedy wreszcie dotarliśmy do miasta Przemek zdecydował, że wspólnie ze szwajcarską parą zatrzymamy się w „Casa de cyclistas” czyli tutejszym „domu rowerzysty”, prowadzonym przez sympatyczne małżeństwo. Dom znajduje się nieopodal centrum turystycznego w La Paz ( niecałe 2 km dalej), w samym centrum znajduje się zaś kafejka, do której należy najpierw się udać żeby zameldować się u właścicieli. Kafejka zwie się „Chuquiago cafe” adres: Linares 903. Miła właścicielka częstuje przybyszów herbatą „mate” lub kawą, można też również skorzystać z darmowego Internetu. W bramie kafejki i wszędzie wokół znajdują się dziesiątki sklepików z różnorakimi pamiątkami dla turystów. W domu cyklisty było akurat niezłe oblężenie, gdyż „koczowało” tam już osiem osób. My planowaliśmy zostać tylko jedną noc, więc Szwajcarzy, którzy zamierzali pobyć tu dłużej,  poszli na tę noc do hostalu a rano mieli przenieść się do „casa de cyclistas”. Panujące tam warunki są raczej ”polowe” – śpi się na podłodze we własnych śpiworach ale jest kuchenka i można przyrządzić sobie jakiś ciepły posiłek, bez konieczności żywienia się w restauracjach. Cena 15 bolivianos (ok. 7 zł) niewygórowana jak na stolicę i choć za te same pieniądze mieliśmy w Copacabanie własny pokój z łóżkami, to jednak podejrzewam, że tu w pobliżu centrum trudno byłoby znaleźć pokój za takie pieniądze ale tego nie sprawdzaliśmy. Atutem domu cyklisty jest jednak to, że można tu spotkać innych rowerzystów przybywających z różnych kierunków i wymienić się doświadczeniami oraz zebrać informacje, które mogą być użyteczne w dalszej drodze. Dom był wypełniony po brzegi. Niestety wśród gości nie było nikogo z krajów mniej zamożnych, takich jak Polska. Tylko Anglicy, Amerykanie i Francuzi, głównie młodzi, choć podobno nie jest to regułą i w domu gościli też emerytowani cykliści. Przyglądaliśmy się stojącym tu porządnym pojazdom – był tandem z Francji, warty jakieś trzy tysiące euro, rower poziomy i kilka klasycznych bike’ów. Nie da się zaprzeczyć, że w tym momencie naszła nas trochę gorzka refleksja, że ci młodzi ludzie mogą sobie pozwolić na taki sprzęt, o jakim przeciętny Polak, po kilkunastu latach pracy w kraju może tylko pomarzyć, tak samo zresztą jak o długich wyprawach, na które trzeba zarabiać za granicą. No cóż, takie życie… Naszego wielkiego roweru nie było już gdzie upchnąć więc musiał biedny, osamotniony stać na korytarzu, przypięty do poręczy. Ale może to i lepiej bo jak on by się czuł wśród tych wszystkich drogich wehikułów ze skórzanymi siodełkami, porządnymi oponami i kosztownym wyposażeniem…

Reklamy

Posted Grudzień 20, 2011 by D&P in Boliwia

2 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Właśnie taką biurokrację to ja też lubię!
    A właśnie jak Wasz namito? Bo pamiętam że pisaliście że się złamał Wam stelaż. Mój trochę zalepleśniał ale nie ma tragedii.Nie przejmujcie się drogimi rowerami, ukradną im i tyle będą mieli z nich pociechy. Poza tym muszą nieustannie pilnować bicyklety a to stresuje. Wasz się toczy? Więc w czym problem? Takie wypasione rowery są doniczego!

    • Nie, nie bynajmniej nie narzekamy na naszą bicikletę – na razie się trzyma i jest nie do zdarcia, tak jak my 😉 ale wypasionymi rowerami jednak wygodniej się jedzie. Są miejsca, gdzie nasz „tir” już niestety nie pojedzie a takim porządnym i nie obciążonym sprzętem jeszcze się da… Ale najważniejsze, że nadal jedziemy. Za nami już prawie 13000 przejechanych kilometrów 🙂 Pozdrawiamy serdecznie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: