1 comment

Cordillera Blanca 12.10 – 20.10.2011

Ten „skok” do góry trwał trzy dni! Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo podjechać załadowanym rowerem znad oceanu w wysokie Andy. Miasteczko Huaraz, do którego zamierzaliśmy się dostać jest położone na wysokości 3100 m. n.p.m. a Casma, skąd zaczynaliśmy podjazd to wysokość ok. 80 m. n.p.m. Chcieliśmy jednak zobaczyć pasmo górskie zwane Cordillera Blanca, słynące z przepięknych widoków. W dodatku zarówno przewodnik, jak i dwie mapy, które kupiliśmy tu w Peru jasno informowały o tym, że większość drogi do pokonania będzie bez asfaltu. Załadowaliśmy więc na przyczepkę dwie terenowe opony i ruszyliśmy w drogę, nie mając jednak do końca pewności jaka będzie nawierzchnia i czy ostatecznie uda nam się dojechać rowerem do Huaraz. Przez pierwszych 10 km od zjazdu z Panamericany jechaliśmy przez małe wioski i pola w stronę gór. Po raz pierwszy od kilku tygodni wiatr nie wiał nam w twarz, tylko łagodnie w plecy. Ruch zrobił się mniejszy i wjeżdżaliśmy sobie powoli do góry. Potem otoczyły nas pustkowia – tylko suche, górskie szczyty, porośnięte kaktusami i niezwykła cisza. Kiedy przejechaliśmy ten bezludny obszar mieliśmy kilkukilometrowy zjazd i straciliśmy trochę na wysokości ale znaleźliśmy się w zielonej, pełnej życia dolince, położonej wzdłuż koryta rzeki, spływającej z gór. Wokół drogi pojawiły się domki i niewielkie poletka kukurydzy, maracui, jabłek i innych owoców, które dojrzewały w słońcu i spokojnym otoczeniu, osłonięte od wiatru. Minęliśmy kilka takich wiosek, w niektórych były małe sklepiki, gdzie można się było zaopatrzyć w owoce, napoje i podstawowe produkty żywnościowe. Dalej droga znów pięła się w górę wzdłuż koryta rzeki i choć mieliśmy jeszcze jeden krótki zjazd ogólnie rzecz biorąc wciąż podjeżdżaliśmy. Czasami było naprawdę stromo i tempo jazdy spadało do 4-5 km/h! Musieliśmy dosyć często zatrzymywać rower żeby odpocząć lecz pedałowaliśmy cały dzień z przerwami na posiłki. Kierowcy autobusów jadących do Huaraz i robotnicy pracujący przy drodze pozdrawiali nas przyjaźnie, przyglądając się jak mozolnie wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej. Jeden z nich, ku naszemu zadowoleniu, poinformował nas, że asfaltowa droga wiedzie aż do samego Huaraz. Wprawdzie podchodziliśmy do tej dobrej nowiny z pewnym dystansem ale mieliśmy nadzieję, że jednak informacja jest prawdziwa, a wtedy, jeśli biciklety lub któregoś z nas szlag nie trafi, to nie ma siły, żebyśmy nie dojechali! Widoki na okolicę były śliczne i one osładzały nam tę męczącą „wspinaczkę”. Tego dnia namiot musieliśmy postawić na nierównym, kamienistym poletku przy rzece gdyż to było jedyne miejsce jakie udało nam się znaleźć. Byliśmy bardzo zmęczeni ale nasz GPS wskazał, że wjechaliśmy już na wysokość 2100 m. n.p.m.! No to pewnie jeszcze będzie zjazd – myślimy sobie, skoro jesteśmy już tak wysoko a ledwie w połowie drogi. Ale czekała nas mała niespodzianka. Żadnego zjazdu nie było, a wręcz przeciwnie – droga ostrym trawersem szła cały czas do góry. Podjeżdżaliśmy następny cały dzień i w sumie udało nam się przejechać niewiele ponad 30 km. Minęliśmy kolejne górskie wioski, z zaopatrzeniem było już nieco gorzej ale udało nam się kupić coś do picia i bułki, choć sprzedająca Indianka zamiast 15 zapakowała nam tylko 12, co oczywiście stwierdziliśmy dopiero na postoju, jedząc posiłek, gdy byliśmy już daleko od sklepu. Byliśmy jednak świadomi, że musimy się mocno postarać, gdyż przy takim wysiłku pochłanialiśmy ogromne ilości jedzenia a kolejnych wiosek na trasie już się nie spodziewaliśmy, zgodnie z tym, co pokazywała mapa. Wieczorem udało nam się jeszcze kupić kawałek sera od Indianki, która czekała przy drodze na autobus. Namiot musieliśmy niestety postawić na odkrytym terenie, gdyż na tej wysokości otaczały nas jedynie charakterystyczne dla andyjskiego krajobrazu pokryte brunatną trawą góry. Nie było więc gdzie się schować, tym bardziej, że droga wciąż prowadziła w górę trawersem po stromym zboczu. Trochę zdziwiliśmy się kiedy wieczorem sprawdziliśmy wysokość i okazało się, że znajdujemy się ponad 3800 m. n.p.m. To oznaczało, że byliśmy już sporo wyżej niż Huaraz i czekał nas zjazd ale póki co droga wiodła do góry. Noc była zimna i zmarzłam trochę w śpiworze. Rano natomiast wyszło piękne słońce i momentalnie zrobiło się gorąco. Nieźle wymęczni, zaczęliśmy jazdę pod górkę, która trwała już trzeci dzień. Wiedzieliśmy jednak, że dziś uda nam się dojechać i że ten podjazd musi się niedługo skończyć skoro jeszcze czeka nas niemały zjazd do miasteczka. To „niedługo” sporo się odwlekało ale po trzech godzinach pedałowania wjechaliśmy wreszcie na przełęcz o wysokości 4225m! Gdy wyjechaliśmy zza górki i odsłonił nam się widok na okolicę to niemalże stanęliśmy jak wryci. Przed nami ciągnęły się, oświetlone promieniami słońca, szczyty gór pokryte śniegiem. Całą szerokość horyzontu, z północy na południe  zajmował przepiękny, lodowcowy łańcuch górski zwany Cordillera Blanca. Widok był porażający i pomimo silnego wiatru na przełęczy staliśmy i patrzyliśmy zachwyceni. Zapomnieliśmy o zmęczeniu i nie żałowaliśmy tych trzech dni „wspinaczki”, która wyssała z nas całą energię. W dole widzieliśmy miasteczko Huaraz a przydrożny słupek wskazywał wyraźnie – podjazd  z Casmy miał długość 113 km! Potem w wiejącym niemiłosiernie wichrze zaczęliśmy zjazd do miasta. Im byliśmy niżej, tym było ciszej i cieplej. Cała droga rzeczywiście pokryta była asfaltem. Zjechaliśmy 32 km przez cały czas zachwycając się przepiękną panoramą gór. W Huaraz zrobiło się już zupełnie ciepło i bezwietrznie. Niestety znalezienie taniego hotelu nie było łatwe gdyż ceny w tej turystycznej mieścinie są dosyć wysokie. Chcieliśmy zatrzymać się w polecanym w LP hostalu, przy którym miało się też znajdować miejsce na namiot. Niestety okazało się, że właściciel zarządził właśnie renowację trawnika i chcąc nie chcąc wzięliśmy pokój w tym przybytku za 35 soli, gdyż był umiejscowiony na parterze z wyjściem do ogrodu, dzięki czemu mieliśmy oko na rower i Przemek mógł wreszcie spokojnie wymienić zużyte części i wyczyścić nasz pojazd bez obawy, że zabrudzi komuś podłogę. Następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek, szwędanie się po miasteczku i zakupy żywieniowe oraz przygotowanie do trekkingu, na który mieliśmy zamiar się wybrać. Zdecydowaliśmy się na krótką, jednodniową wyprawę w góry. Choć szlaków w Cordillera Blanca jest mnóstwo, niektóre zorganizowane wyprawy trwają nawet tydzień, nie mieliśmy ochoty korzystać z usług żadnych biur ani nosić ze sobą ciężkich, obładowanych plecaków z całym ekwipunkiem. Poza tym po wyprawie na Roraimę pozbyliśmy się naszych butów trekingowych i dużego plecaka, żeby odciążyć przyczepkę. Mieliśmy po prostu ochotę na rekreacyjną wycieczkę w góry, żeby zachwycać się niezwykłymi widokami. Wybraliśmy sobie szlak do Laguny 69.

Wstaliśmy wcześnie rano i spakowaliśmy prowiant do plecaka. Gdy wyszliśmy do miasta od razu na ulicy napatoczył się bus, którego potrzebowaliśmy. Wsiedliśmy do busa i za 5 soli/osoba dojechaliśmy do wsi Yungay, położonej ponad 50 km na północ od Huaraz. W drodze mijaliśmy kilka małych wiosek z gwarnymi targowiskami, w których warto się zatrzymać i poprzyglądać kolorowo ubranym Indiankom. Z Yungay do szlaku jest jeszcze sporo kilometrów trawersem nieutwardzaną drogą dlatego trzeba było znaleźć kolejny środek transportu. Większość turystów korzysta z usług taksówkarzy, jednak koszt jest wysoki – za dowóz do miejsca w którym zaczyna się szlak i powrót do Yungay wraz z oczekiwaniem na klienta kierowcy życzą sobie 70 soli. W przypadku pełnej obsady (4 osoby a jak trzeba to i 5 osób się upchnie) jest to nawet kwota do przyjęcia gdyż przypada wówczas około 17 soli na osobę i ma się pełen komfort, że po trekkingu transport czeka na dole. Jednak w naszej sytuacji była by to zbyt wygórowana cena.  Czasami można też trafić na „colectivos” – busy które co jakiś czas wożą tubylców do położonej wyżej wioski i wysiąść przy wejściu na szlak, ceny z pewnością są przystępne, jednak nie wiadomo ile czasu trzeba by na taki pojazd czekać. W końcu jednak znalazł się kierowca, który powiedział, że zawiezie nas do szlaku za 30 soli. Nie było to najtaniej ale zawsze lepiej niż 70 🙂 tym bardziej, że do Yungay zjechać można podobno za 10 soli/osoba. Wpakowaliśmy się więc do jego zdezelowanej taksówki i ruszyliśmy w górę, po drodze zbierając tubylców, którzy jechali również w tym kierunku – w końcu kierowca musiał swoje zarobić. Nie było by w tym nic złego, pomimo, że w pewnym momencie było w taksówce 6 pasażerów :), gdyby nie fakt, że co chwilę się zatrzymywaliśmy, czekaliśmy na kogoś, kto rozprowadzał po wiosce zrobione na targowisku zakupy i wracał po kilkunastu minutach do auta. Tak, tutaj ludzie się nie spieszą ale my musieliśmy jeszcze wejść do góry, zejść i wrócić do Huaraz. Po drodze zatrzymaliśmy się przy biurze, gdzie kupuje się bilety wstępu do parku. Bilet jednodniowy kosztuje 5 soli/osoba dorosła bez zniżki a bilet tygodniowy 60 soli, co oznacza, że jednodniowe trekingi są najbardziej opłacalne. Na domiar złego jakieś 7 km przed wejściem na szlak przebiliśmy oponę! Kierowca miał wprawdzie w bagażniku zapasowe koło ale okazało się, że nie ma narzędzi, żeby je wymienić! Przyglądaliśmy się chwilę jak szukał sposobu, żeby zdjąć feralne koło ale gdy zobaczyliśmy, że ma zamiar odkręcić kombinerkami śrubę antywłamaniową, to już wiedzieliśmy, że szybko stąd nie odjedziemy. Wzięliśmy więc plecak, zapłaciliśmy mu 20 soli zamiast trzydziestu i ruszyliśmy dalej pieszo. Jednak sytuacja nie wyglądała najlepiej, biorąc pod uwagę czas. Mieliśmy ponad godzinę marszu do szlaku a pora nie była już zbyt wczesna. Tego dnia szczęście nas jednakże nie opuściło. Przeszliśmy niewiele ponad kilometr, kiedy nadjechała taksówka wioząca do góry trzech Niemców i zatrzymali się żeby nas zabrać. Kierowca zaproponował nam cenę 5 soli, na co chętnie przystaliśmy. Koniec końców dojechaliśmy więc na miejsce za 25 soli zamiast 30 🙂 Zaraz ruszyliśmy dziarsko ścieżką na szlak prowadzący do laguny. Najpierw szliśmy dolinką i dróżka prowadziła łagodnie do góry. Wokół pasły się krowy a my mogliśmy podziwiać najwyższy szczyt w Peru (ponad 6700 m. n.p.m.) który mieliśmy tuż za plecami. Potem ścieżka zaczęła piąć się w górę ale ogólnie szlak jest krótki, bez żadnych trudności technicznych ani stromizn do pokonania. Jedynym problemem może być wysokość jeśli nie jest się dobrze zaaklimatyzowanym. Laguna 69 znajduje się bowiem na wysokości ponad 4600 m. n.p.m. Po kilkudziesięciu minutach wyszliśmy na płaskowyż. Stąd roztaczał się już piękny widok na lodowiec, który znajduje się nad laguną. Czekało nas już ostatnie podejście, które pokonaliśmy bez problemu. Droga do jeziorka zajęła nam w sumie, razem z postojami na fotografowanie, 1 godz. 50 min a nie trzy, jak pisali niektórzy w swoich relacjach, nie dokuczały nam też żadne objawy związane z wysokością oprócz przyspieszonego oddechu. Kiedy za to weszliśmy pod lodowiec i zobaczyliśmy błyszczącą w słońcu seledynową wodę laguny i spływający do niej z góry po skale wodospad to na chwilę w ogóle przestaliśmy oddychać i staliśmy w miejscu zachwyceni. Potem usiedliśmy na brzegu jeziorka i jedliśmy posiłek, owoce i smakołyki, które przynieśliśmy ze sobą. Rozkoszowaliśmy się cudownym widokiem lodowca i laguny i wspaniałą słoneczną pogodą. To była naprawdę świetna wycieczka. Polecamy wszystkim, którzy lubią góry ale koniecznie w ładnej pogodzie, żeby móc w pełni cieszyć się prześliczną górską panoramą w otoczeniu laguny! Cordillera Blanca to najwyższe pasmo górskie poza Himalajami. Znajduje się tutaj ponad dwadzieścia szczytów, które mają powyżej 6000 m. n.p.m.. W LP napisano, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi i tym razem zgadzamy się bez zastrzeżeń.

Droga powrotna zajęła nam mniej więcej tyle samo czasu co wejście do góry. Jednak kiedy doszliśmy na miejsce było już dosyć późno i zastanawialiśmy się jak, a właściwie czym wrócimy do Yungay. Na postoju stały dwa samochody i czekały na turystów, którzy zapłacili im po 70 soli za drogę powrotną i czekanie. Niestety jak się dowiedzieliśmy obydwa miały pełną obsadę. Kierowcy powiedzieli nam jednak, że możemy poczekać i jeśli reszta pasażerów się zgodzi to nas zabiorą. Usiedliśmy więc i czekaliśmy, licząc też na to, że może jeszcze jakiś zbłąkany bus będzie zjeżdżał na dół z wioski i nas weźmie. Jednak niestety bus nie chciał jechać a turyści jakoś się nie spieszyli i powoli już zaczęło zmierzchać. Ale i tym razem szczęście nas nie opuściło. Nagle usłyszeliśmy warkot silnika, patrzymy a tu z góry zjeżdża piękny terenowy  Volkswagen i uprzejmie zatrzymuje się żeby nas zabrać. Okazało się, że kierowcą był Francuz, który mieszka w Peru i takim to sposobem w komfortowych warunkach i za darmo dojechaliśmy nie tylko do Yungay ale i do samego Huaraz! Nie dość na tym, kiedy wieczorem, zmęczeni dotarliśmy wreszcie do hostalu, przed drzwiami naszego pokoju znaleźliśmy butlę z benzyną, którą zostawił dla nas rowerzysta z Anglii, mieszkający w pokoju obok 🙂 Być może jest więc odrobina prawdy w stwierdzeniu, że kiedy odważysz się na realizację swoich marzeń, to świat ci sprzyja…

W Huaraz zostaliśmy jeszcze jeden dzień. Przemek zajął się rowerem a ja wyprałam wszystkie brudne rzeczy, co zajęło mi pół dnia i korzystając z darmowego wi fi zamieściłam trochę zaległych zdjęć na naszej stronie. Następnego dnia rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Łagodnie podjeżdżaliśmy do góry, mając świadomość, że znów musimy wyjechać na wysokość ponad 4000 m. n.p.m. żeby z powrotem dotrzeć na wybrzeże, choć tym razem startowaliśmy z wysokości ponad trzech tysięcy metrów. Jechaliśmy sobie spokojnie przez niewielkie wioski a dookoła rozciągał się znany nam już krajobraz – żółtawo-bure, trawiaste zbocza i małe poletka na stokach a przy drodze rozłożone były płachty, na których suszyło się ziarno. Im wyżej wjeżdżaliśmy tym robiło się chłodniej i wiał silniejszy wiatr. Noc znów spędziliśmy niedaleko od drogi, wysoko w górach. Momentalnie zrobiło się bardzo zimno i nawet wełniane getry, takie jak noszą tutejsze Indianki, kupione przeze mnie na bazarze nie uchroniły mnie przed zimnem. Rano gdy wstaliśmy w butelkach z wodą pływały kawałki lodu… Jednak gdy tylko słońce wyszło zza horyzontu zaraz zrobiło się bardzo ciepło i można było pozdejmować czapki a nawet polary. Tego dnia dosyć ciężko nam się jechało – wiał silny wiatr i nie wiedzieć czemu, oboje szybciej się męczyliśmy z powodu wysokości choć dwa dni temu byliśmy przecież znacznie wyżej. Dotarliśmy jednak w końcu na przełęcz. Wiatr był tak silny, że momentami trudno było jechać. Gdy zaczęliśmy zjeżdżać w dół, musieliśmy pedałować a bieg mieliśmy taki, jakbyśmy pod górę podjeżdżali! Potem jednak wicher złagodniał i nabieraliśmy coraz większej prędkości. Droga schodziła w dół zygzakiem lecz była znacznie łagodniejsza niż ta, którą przyjechaliśmy. W trakcie jazdy znowu dwukrotnie musieliśmy zmienić klocki hamulcowe, co oznaczało, że ten zjazd rowerem kosztował nas znacznie więcej niż gdybyśmy jechali autobusem… Z czasem jednak droga złagodniała i nie trzeba było zbyt wiele hamować. Mogliśmy sobie po prostu siedzieć na rowerze i podziwiać okolicę. Tak więc podjazd zajął nam trzy dni a zjazd zaledwie jeden. Do wieczora z 4080 m. n.p.m. zjechaliśmy na 547 m. n.p.m. Wokoło znów zrobiło się przyjemnie zielono, gdyż jechaliśmy doliną rozciągającą się wzdłuż koryta rzeki i cieplej. Słychać było ćwierkanie ptaków i pohukiwanie mojej ulubionej „pustynnej synogarlicy”, która nawołuje jakby ktoś na fujarce grać się uczył 🙂 A następnego dnia przed południem dotarliśmy już do Panamericany. Od razu powitał nas stary znajomy wiatr, który wiał nam w twarz z prawej strony, utwierdzając nas, że jesteśmy na właściwym kursie. Teraz droga wiodła prosto do Limy, od której dzieliło nas tylko 209 kilometrów…

Reklamy

Posted Październik 27, 2011 by D&P in Peru

One response to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. No i znów mam straszne zaległości.
    No i proszę jakie to sprytne, że na guanie można zarobić:)
    Biały Papo jest wszędzie lubiany we Francji też jest na każdym kroku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: