2 Komentarze

Wiatr i pustynia – Panamericaną do Casmy 4.10 – 11.10.2011

Pustynia w Peru, która rozciąga się wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, ma różne oblicza. Wbrew pozorom krajobraz jednak trochę się zmienia. Od całkowicie płaskich, piaszczystych i niesamowicie wietrznych równin, poprzez mniejsze lub większe wydmy, czasami porośnięte płożącymi się pnączami i góry majaczące brunatnie na horyzoncie w obłokach niesionego z wiatrem piasku aż do bardziej zacisznych, pełnych suchych kolczastych zarośli i karłowatych drzewek obszarów. Jazda przez pustynię ma też pozytywne strony – choćby na przykład fakt, że nie zostaniesz pogryziony przez komary albo że mrówki nie wejdą ci do jedzenia i raczej nie dorwie cię nagła ulewa, jednak znacznie więcej jest czynników, które nie sprzyjają człowiekowi. Krajobraz pustyni też potrafi zachwycać, pod warunkiem, że nie oglądasz go zbyt długo a jazda nie jest za bardzo wyczerpująca.

Na rowerze obwieszonym reklamówkami i butlami wyglądaliśmy jak bezdomni, którzy zbierają wszystko, co może się przydać. Zaraz po wyjeździe z Piury dostaliśmy silny, popołudniowy wiatr w twarz a jeszcze droga była lekko pagórkowata, choć przy takim wietrze te pagórki wydawały się być jak góry. Wokoło piach jak na wydmach lecz porośnięty krzewami i małymi drzewkami. Nie odczuwaliśmy jeszcze izolacji, pojawiającej się podczas podróżowania po bezludnych obszarach, gdyż  przez około 30 km wzdłuż drogi wciąż ciągnęły się ludzkie osady lub pojedyncze domki. Ruch niewielki, przy drodze śmieci i piach gnany podmuchami wiatru, który przelatuje falami przez asfalt. Jednak pedałowanie pod wiatr szybko nas zmęczyło. Kiedy skończyły się domy, po przejechaniu 35 km od Piury, zatrzymaliśmy się na nocleg. Zboczyliśmy trochę z drogi i wjechaliśmy za niewielką wydmę porośniętą suchymi krzakami, które osłaniały nas od wiatru. Twarz i ręce obmyliśmy w odrobinie wody i zjedliśmy porządny posiłek. Brudne naczynia możemy tylko przetrzeć papierem toaletowym bo trzeba oszczędzać wodę. Słońce zaszło, szybko zrobiło się zimno a wokoło zaległa cisza i słychać było tylko wiatr, szelest namiotu i folii, którą przykryty był rower.  Zmęczeni poszliśmy spać. Noc minęła spokojnie i na szczęście rano nie trzeba było łatać opon. Obudził nas oczywiście odgłos wiatru, który witał nas już od rana J Po szybkim śniadaniu zaraz ruszyliśmy w drogę. Zarówno w Ekwadorze, jak i w Peru na wybrzeżu oceanu wiatr wciąż wiał z południowego zachodu i uderzał w nas lekko po skosie. Do południa jeszcze dało się jakoś jechać, choć ciężko, bo krzaków i zarośli coraz mniej i wicher był przez to bardziej odczuwalny. W dodatku już około 10.00 chmury, codziennie zakrywające niebo od rana do połowy dnia, znacznie się przerzedziły i dostawaliśmy w twarz mieszankę wiatru ze słońcem. Pejzaż trochę się zmienił, przejechaliśmy przez kolczaste zarośla a potem przez wydmy, najgorzej było gdy wyjechaliśmy na płaską, odkrytą przestrzeń, z twardą, zbitą ziemią, po której wicher hulał bez przeszkód. Walczyliśmy wtedy już nie tylko o każdy przejechany kilometr ale o to, żeby w ogóle utrzymać równowagę na rowerze. Droga była nienajlepsza – pobocze dziurawe lub nierówne, odcinkami zasypane piachem. Mijające nas wielkie tiry powodowały pęd powietrza, który dodatkowo miotał rowerem na boki. Kierowcy oczywiście trąbią, kiedy przejeżdżają obok, zwykle na znak pozdrowienia i przyjaźnie machają do nas dłonią. Przez ponad pół roku już zdążyliśmy przywyknąć do tego trąbienia. Jednak gdy trafi się jakiś nachalny i znienacka, tuż za naszymi plecami zacznie nagle wyżywać się upierdliwie na klaksonie, bądź to w pozdrowieniu bądź chcąc nas spędzić dalej na pobocze, Przemek obrzuca delikwenta niewybrednymi epitetami, które nikną w świszczącym wokół wietrze i tylko ja je słyszę… Pedałowaliśmy tak cały dzień, robiąc tylko krótkie przerwy na rozprostowanie nóg i jedzenie. Po południu wicher przybierał na sile i choć planowaliśmy zrobić dziś min.100 km, po przejechaniu ledwie osiemdziesięciu byliśmy już całkowicie bez energii a Przemkowi coraz trudniej było utrzymać rower na właściwym kursie. Stwierdzamy, że taka jazda wężykiem jest zbyt niebezpieczna i postanawiamy jak najszybciej znaleźć jakieś miejsce na namiot. I tu był problem – bo jak znaleźć miejsce na otwartej przestrzeni przy silnym wietrze? Pomijając fakt, że bylibyśmy widoczni z daleka dla wszystkich przejeżdżających aut, to jak rozstawić namiot w wietrze, który zaraz połamałby stare maszty naszego „domu”, jak zagotować ciepły posiłek na palniku skoro wiatr gasi płomień? No ale i na to znalazło się jakieś rozwiązanie. Przemek wpadł na pomysł żeby schować się w miejscu gdzie pod drogą przechodził przepust dla wody, która w porze deszczowej pewnie spływa tutaj z gór. Zjechaliśmy w zagłębienie w piachu przy drodze i rzeczywiście wiatr był tutaj niewielki. Rozłożyliśmy namiot w tym miejscu gdzie najmniej wiało, posiłek musieliśmy gotować pod daszkiem z plandeki, żeby piach nie sypał się z drogi do jedzenia ale noc minęła spokojnie.                                                                   Następnego dnia wstaliśmy o 5.30 jak tylko zaczęło się robić jasno, żeby zdążyć przejechać jak najwięcej kilometrów do południa, zanim wiatr przybierze na sile. Zapas wody powoli się wyczerpywał i wiedzieliśmy, że tego samego dnia musimy dojechać do pierwszej wioski za pustynią, żeby mieć co pić. Już od rana zdrowo wiało ale dało się jechać w tempie powyżej 10 km/h. Zasuwamy więc ile sił w nogach, opierając się wiatrowi. Minęliśmy jezioro na pustyni, położone w oddali po zachodniej stronie. Nie wiemy jednak czy woda w nim jest słodka, choć to raczej wątpliwe, bo żadnych siedzib ludzkich ani zielonej roślinności nie dostrzegliśmy w tym rejonie. Pustynia jest tu uznawana za świetne miejsce do pozbycia się niechcianych rzeczy. Oprócz różnego rodzaju śmieci pojawiały się też czasem małe, kolorowe jeziorka – to miejsca gdzie wylewa się zbędne chemikalia. Często widzieliśmy też „fatamorgany” czyli złudzenie wody na pustyni i na asfalcie, które pewnie każdy dobrze zna nawet z Polski gdy słońce mocniej przygrzeje. Oszczędzaliśmy wodę pijąc często ale po łyku, więc w sumie nie doskwierało nam pragnienie. Jednak w takich sytuacjach niekiedy pojawia się motywowane psychologicznie, niczym nie uzasadnione odczucie, że bardzo chce się pić i to w dużych ilościach i w konsekwencji, kiedy wody jest pod dostatkiem, piłbyś mniej niż wtedy, kiedy jej brakuje. W każdym razie po wielkim wysiłku i z bólem mięśni, dotarliśmy wreszcie do wioski, nie mając jeszcze całkowicie opróżnionej butelki. Kupiliśmy wodę i banany a ponieważ pora była jeszcze wczesna, zaraz ruszyliśmy w dalszą drogę. Wkrótce dojechaliśmy do większego miasteczka Lambayeque. Tutaj mogliśmy wymienić dolary w banku i zrobić jeszcze dodatkowe zakupy. Pod wieczór już nieźle „zmaltretowani” wjechaliśmy do miasta Chiclayo. Nie mieliśmy już ani ochoty ani siły na dalsze pedałowanie więc zatrzymaliśmy się w hotelu za 25 soli. Byliśmy wykończeni, mieliśmy podrażnioną skórę na twarzy i dłoniach oraz nadwyrężone mięśnie. Należał nam się solidny odpoczynek, więc po ciepłym prysznicu zaraz poszliśmy spać.

W Chiclayo spędziliśmy jeszcze jeden dzień. Duże miasto lecz bez większych atrakcji turystycznych ale ma wielkie targowisko w centrum. Powędrowaliśmy więc na ów rynek, gdzie kupić można prawie wszystko, żeby pooglądać stoiska gdzie okoliczni szamani sprzedają swoje magiczne produkty. Sporo czasu zeszło zanim w labiryncie rynkowych uliczek trafiliśmy we właściwe miejsce. Tutaj w Peru ludzie wciąż wierzą w niezwykłe moce oferowanych przez szamanów wyrobów i sprzedawane tu „cudeńka” bynajmniej nie są atrakcją turystyczną lecz z powodzeniem znajdują nabywców wśród tubylców. Przyglądaliśmy się ziołom, magicznym artefaktom do odprawiania czarów, które przyjezdnych mogą zadziwić ale były też takie rzeczy jak zwierzęce czaszki, kozie nóżki, żółwie skorupy i przykra sprawa, że zwierzęta giną dla tak niemądrych celów. Jedna ze sprzedających, widząc, że przyglądamy się małym buteleczkom z magicznymi atrybutami w środku, zachwala swój towar mówiąc do nas, że te niby cudeńka działają na choroby, na miłość i żeby za dużo nie wyliczać podsumowała krótko „para todo”  czyli na wszystko 🙂 Miałam ochotę ją zapytać po co w takim razie cała reszta rzeczy na tym stoisku ale niestety nie potrafię.

Po wyjeździe z Chiclayo znów czekała nas pustynia i wiatr. Jednak odcinki do przejechania pomiędzy miasteczkami i wioskami były mniejsze, więc nie trzeba było tak obciążać roweru pożywieniem i wodą. Wioski są tu jak oazy na pustyni – nagle robi się zielono, są pola ryżowe albo trzcinacukrowa i kanały nawadniające, którymi płynie woda a potem znów wyjeżdża się na pustynię i wszystko znika z horyzontu. Jednak od czasu do czasu na zachodzie pojawiały się góry, oddzielające nas od oceanu, wtedy wiatr był słabszy i jechało się znacznie lżej. Kierowaliśmy się w stronę miasta Truhillo. Niestety po drodze czekała nas jeszcze miejscowość Paijan – okryta zła sławą rejonu, w którym napada się na przejeżdżających Sakowiczów. Grasujące tam szajki opracowały sobie skuteczny system, polegający na tym, że przejeżdżający samochód potrąca jadącego rowerzystę a zanim ten pozbiera się z drogi, złodzieje wyskakują z auta i kradną co się da. W okolicy Paijan miało miejsce kilka takich przypadków i czytaliśmy już o nich wcześniej w relacjach innych podróżników lecz myśleliśmy, że być może do tej pory policja zrobiła już coś w tej sprawie. No i faktycznie – coś tam policja robiła lecz działania te polegały raczej na chronieniu rowerzystów niż rozprawianiu się ze złodziejami… W zeszłym roku przejeżdżało tędy dwóch rowerzystów z Polski, którzy pisali na swoim blogu o tym, że musieli jechać pod eskortą policji. W naszym przypadku policjanci chyba nie mieli już ochoty „wlec” się w tempie pedałującego pod wiatr rowerzysty. Podjechali do nas samochodem, kazali nam się zatrzymać i stwierdzili, że dalej nie możemy jechać bo jest niebezpiecznie! Nie byliśmy zachwyceni, powiedzieliśmy „it’s no problem”, dając do zrozumienia, że jedziemy na własną odpowiedzialność, bo tak właściwie, to przecież wszędzie mogą cię napaść ale policjanci nie mieli zamiaru odpuścić. Definitywnie stwierdzili, że dalej nie pojedziemy. Zatrzymali przejeżdżającą ciężarówkę i kazali kierowcy zawieść nas do samego Truhillo. Sfotografowali rejestrację wozu, rower został wstawiony na pakę, my do szoferki i jazda! Ponad 80 km do miasta musieliśmy przejechać samochodem i nie mieliśmy okazji zajrzeć na stanowisko archeologiczne i ruiny, które planowaliśmy obejrzeć po drodze. Z drugiej jednak strony patrząc – odpadło nam sporo kilometrów morderczej walki z wiatrem 🙂 W Truhillo zrobiliśmy sobie zakupy żywieniowe i kupiliśmy też mapę. Dopiero po południu wyjechaliśmy z miasta dalej na pustynię. Kolejne dwa dni znów upłynęły na pedałowaniu przez pustynię i zmaganiu się z wiatrem. Minęliśmy kilka wiosek a po drodze na liczniku wybiło 9000 przejechanych kilometrów 🙂 Poszliśmy z tej okazji do „casa del pan” (dom chleba) na ciastka. W trakcie dalszej jazdy gdzieś przy Panamericanie, pod reklamą Pepsi na pustyni, gdzie wcinaliśmy musli, kryjąc się przed wiatrem, spotkaliśmy Angielkę i Peruwiańczyka – małżeństwo z Limy, które prowadzi w mieście klub rowerowy. Zatrzymali samochód widząc nas z rowerem i zachęcali żeby się z nimi skontaktować gdy  dotrzemy do stolicy. Bardzo sympatyczni ludzie, być może się do nich odezwiemy, żeby poszukać jakiegoś porządnego sklepu rowerowego. Potem przejechaliśmy przez kolejne większe miasto – Chimbiote, gdzie musieliśmy zjechać do tunelu, do którego schodzi Panamericana.  A dalej znów pustynia i wiatr, które zaczęły nas już naprawdę męczyć. Wkrótce jednak dotarliśmy do miasteczka Casma – tutaj chwilowo zamierzaliśmy pożegnać pustynię, dla odmiany postanowiliśmy „skoczyć” w góry.

Reklamy

Posted Październik 15, 2011 by D&P in Peru

2 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Cześć wędrowcy! Parę dni nie było mnie na blogu,a już dostałem ponaglającego sms-a. 🙂 Ładnie, ładnie 9000 km nie źle pedałujecie.Mój rower kupiłem wcześniej niż wy a sporo mu brakuje do przebiegu waszego tandemu. Kupiłem sakwy krosso na tył i mały namiot wyprawowy. Wyjechałem na Kaszuby aby pojeździć z pełnym ekwipunkiem i mieć chociaż malutką namiastkę waszej wyprawy.Spałem w namiocie, trasę wybrałem przez dzikie tereny.Droga na mapie wyglądała całkiem dobrze ale na miejscu okazała się kupą piachu i korzeni.Dziennie robiłem po 50km i byłem wymęczony. Kto jak kto ale wy to doskonale rozumiecie.Sakwy i namiot na razie spisują się bardzo dobrze. Jeżeli chcecie zobaczyć zdjęcia mojego Unibika z ekwipunkiem to zapraszam do mojego albumu Picasa pt.Sakwiarz. Pozdrowienia od mojej rodzinki!

    • Czesc Grzesiu!
      Powoli dobijamy juz do 10000 km 🙂 Pojutrze bedziemy balowac z tej okazji. Widzielismy na zdjeciach, ze jestes w pelni przygotowany do rowerowej wyprawy. Jak wrocimy do Polski to koniecznie musimy zorganizowac jakas wycieczke po kraju!Tu w Ameryce drogi na mapie tez wygladaja calkiem dobrze ale w rzeczywistosci to bywa roznie choc ostatnio spotkala nas mila niespodzianka. Mapa pokazywala droge bez asfaltu a okazalo sie, ze byl piekny, nowiutki asfalt 🙂 Jeszcze linie malowali jak jechalismy w gore. Pozdrawiamy Ciebie i cala rodzinke z Peru

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: