Leave a comment

Gringos z dala od Panamericany 10.09 –15.09

Nazywają nas tu „Gringos”, co mnie raczej bawi niż irytuje, gdyż czuję się jak Mr Cejrowski wśród dzikich plemion a przecież cywilizacja tu już dawno dotarła 🙂 No ale cywilizacja niekoniecznie zmienia mentalność ludzi. Poza tym na takim pojeździe tylko obcy mogą jechać, bo tutaj tandemów się nie spotyka. Tak więc dotarliśmy do Latacungi, która niezbyt nam się podobała a ponieważ była jeszcze wczesna pora postanowiliśmy zaraz ruszać w dalszą podróż. Sporo czasu zajęło nam szukanie drogi, gdyż w mieście nie było żadnego oznakowania a każdy zapytany człowiek mówił co innego. W końcu jednak się udało i znaleźliśmy wyjazd. Panamericana pozostała za nami a szosa od razu się pogorszyła i musieliśmy oczywiście zaraz drałować pod górę ale za to ruch się zmniejszył. Wkrótce dotarliśmy do małego miasteczka Pujili, gdzie zrobiliśmy jeszcze jakieś niewielkie zakupy, nie mając świadomości, że kolejne będą nieprędko. Za miasteczkiem droga znów pięła się serpentynami do góry. Jechaliśmy powoli a ponieważ byliśmy już zmęczeni na nocleg zatrzymaliśmy się kilka kilometrów za miasteczkiem. Znowu wypatrzyliśmy jakiś opuszczony domek na zboczu góry, gdzie można było postawić namiot w miejscu osłoniętym od wiatru i niewidocznym z drogi. W dodatku mieliśmy stąd ładny widok na okolicę i majaczącą w oddali sylwetkę Cotopaxi, który ponownie raczył się wyłonić z chmur. Przy domku, na podwórku był też kranik, z którego „ciurkała” woda i przy odrobinie cierpliwości można sobie było napełnić butelkę.

Następnego dnia kontynuowaliśmy podjazd, który ciągnął się jeszcze bardzo długo. Kilkakrotnie myśleliśmy, że to już koniec a tu wciąż wyżej i wyżej. Widzieliśmy przed sobą górskie pasmo, czekające nas w drodze  na wybrzeże. Skończyły się wioski i otaczały nas pustkowia. Minęliśmy mały domek „artesanias de alpaca”, gdzie Indianie sprzedawali wyroby z alpaki – szale, czapki, poncho, bieżniki – bardzo ładne ale drogie. Mieli też gorącą kawę, którą wypiliśmy, żeby się rozgrzać i dojedliśmy swoje ciasteczka. Potem jechaliśmy dalej, wciąż pod górę. Byliśmy już naprawdę wysoko i zrobiło się bardzo zimno. Wokoło nie było  żadnych sklepików ani hoteli tylko pojedyncze indiańskie domki na zboczach porośniętych brunatną trawą, mogliśmy wreszcie odetchnąć od zgiełku Panamericany. Po dwudziestu kilometrach podjazdu wjechaliśmy na wysokość około 4000 m n.p.m. Zadziwiły nas pola uprawne na tej wysokości, znajdujące się na tak stromych stokach, że aż trudno pojąć, iż ktoś jest w stanie je ręcznie obrobić. Na zboczach, przy domkach pasły się futrzaste lamy i przyglądały się z zaciekawieniem naszemu dziwnemu pojazdowi. Domki były małe, niskie, jakby przycupnięte z malutkimi okienkami, żeby zminimalizować utratę ciepła. Z kominów wydobywały się smużki dymu, a w środku, na palenisku palił się ogień i krzątali się Indianie owinięci w ciepłe, wełniane poncha. Zastanawiałam się jak to jest mieszkać tutaj, w tej surowej krainie i każdego dnia wstawać rano, pracować w polu i doglądać zwierząt a potem grzać się przy ogniu. Z dala od wielkich miast, tutaj życie płynie chyba spokojnie ale każdy dzień jest podobny do poprzedniego a większość tych ludzi nie podróżowała pewnie dalej niż do sąsiedniej wioski. Nie, to jednak nie dla nas. Znowu zjechaliśmy na dół i zatrzymaliśmy się w opuszczonym domku, żeby schronić się przed wiatrem i zagrzać sobie ciepły posiłek na palniku. Przy drodze zobaczyliśmy drogowskaz do „posady”, jedynej jaka była w tej okolicy. Postanowiliśmy do niej zajrzeć, bo baterie w naszym aparacie się rozładowały i nie mogliśmy już zrobić żadnych fotek a widoki na okolicę były przepiękne. Niestety cena 35$ za osobę była dla nas nie do przyjęcia ale okazało się, że przy posadzie jest również kamping za 3$/osoba i zostaliśmy w tym miejscu na nocleg a właściciele (nie Indianie) udostępnili nam prysznic z ciepłą wodą i gniazdko do prądu, gdzie mogliśmy naładować baterie i komputer. Wieczorem zaczął wiać silny wiatr ale mieliśmy nadzieję, że maszty w naszym starym namiocie to wytrzymają i wytrzymały na szczęścieJ Noc była zimna – spaliśmy w śpiworach w grubych polarach, getrach i czapkach. Rano wiatr nadal wiał, coś w rodzaju naszego halnego ale my już się zdążyliśmy przyzwyczaić do chłodnych poranków i wieczorów a goście z posady wychodzą zziębnięci i mówią do nas, że jest „mucho frio” czyli bardzo zimno. Tego dnia jeszcze dwukrotnie wjechaliśmy na wysokość 4000 metrów, no i myślałby kto, że jedziemy nad morze J Dotarliśmy też do małego miasteczka w górach, gdzie mogliśmy kupić jedzenie, gdyż nasze zapasy się już kończyły. Przy tak intensywnym pedałowaniu i chłodzie potrzebowaliśmy dużo energii i pochłanialiśmy jeszcze więcej jedzenia niż zwykle. Za miasteczkiem czekał nas jeszcze jeden wysoki podjazd ale już ostatni. Z góry widać było doliny tonące w chmurach. Wieczorem słońce oświetliło je na purpurowo – przepiękny widok. A przed nami był zjazd z gór, który miał nas doprowadzić na wybrzeże. Ubraliśmy się w spodnie, kurtki, czapki, polary i ruszyliśmy w dół. Przed nami było około 60 kilometrów zjazdu! Z 4000 m zjechaliśmy następnego dnia na 88m! Już po kilku kilometrach jazdy w dół zaczęło się robić wokół zielono. Po tej stronie gór odsłaniała się żyzna, zielona kraina. Potem pojawiły się drzewa i słychać było śpiew ptaków a jeszcze niżej poczułam ciepłe, wilgotne powietrze i wokoło rosły już bananowce i palmy. Cudowne uczucie 🙂 Niestety droga w dół nie była wcale taka miła i przyjemna i choć po ciężkim pedałowaniu zasłużyliśmy sobie na to, żeby siedzieć na rowerze, zjeżdżać przez sześćdziesiąt kilometrów i podziwiać widoki, to oczywiście pojawiły się problemy. A właściwie jeden problem, który nazywał się hamulec… Otóż nasz tandem z pełnym załadunkiem, jak można sobie wyobrazić, sporo waży. To mocno obciąża hamulec, tym bardziej, że mamy tylko przedni. Zawsze staramy się mieć w zapasie klocki hamulcowe, które w tandemie zużywają się szybciej niż w zwykłym, lżejszym rowerze a tutaj owe klocki to niestety poważny problem. Właściwie porządne były tylko w Brazylii a dokładnie w Santarem – wytrzymałe i odporne a tutejsze to po prostu szmelc. Po przejechaniu ledwie sześciu kilometrów na dół nasz hamulec był na wykończeniu. W tym czasie zdążyliśmy zużyć trzy komplety wspomnianych klocków, które znikały w okamgnieniu! Na tym nasz zapas się wyczerpał. Droga prowadziła stromymi serpentynami w dół i na nic zdało się hamowanie butami, przywiązywanie pod podeszwy starych opon i inne kombinacje. W końcu pozostało nam tylko prowadzenie roweru, które męczyło nas bardziej niż jazda pod górkę. Szliśmy więc z rowerem, marudząc, że mamy pecha. Na szczęście z czasem stromizna drogi złagodniała a Przemek znalazł jeszcze jakieś stare, mocno już zdarte klocki hamulcowe z Polski, które z powrotem założył i mogliśmy znów jechać. Błyskawicznie przybywało kilometrów! Dojechaliśmy do miasta La Mana a potem kolejnych małych miasteczek. To była wspaniała droga przez góry i choć trzeba było mocno się przykładać do pedałowania nie żałujemy ani jednego przejechanego kilometra. Zjazd z Panamericany właśnie w tym miejscu to był świetny wybór! Tymczasem wokoło plantacje bananów i kakao. Było ciepło ale pochmurnie. Ja czułam się świetnie a Przemek narzekał, że za gorąco i że znowu komary gryzą J Na nocleg zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, przy plantacji bananów, gdzie mogliśmy wziąć prysznic. Dziwne uczucie – z kranu leciała chłodna woda a mi nie było zimno…

Andy zostały za nami. Jechaliśmy i mieliśmy przed sobą prostą drogę – żadnych podjazdów ani wjazdów. Pogoda była doskonała do jazdy, ciepło ale pochmurno. Mijaliśmy małe miasteczka i jedno większe – Quevedo ale nawet tu nie było nigdzie nieszczęsnych klocków hamulcowych. Na razie jednak radziliśmy sobie jakoś. I nagle, hm… coś pagórkowato się zrobiło. Jedna górka, druga, zjazd, potem coraz większe wzniesienia. Tak, po przejechaniu około 50 km równą drogą znowu wjechaliśmy w góry! Nie były to wprawdzie czterotysięczniki ale i tutaj trzeba było nieźle pedałować. Od razu tempo jazdy spadło a do tego droga bardzo kiepska, odcinkami w ogóle bez asfaltu. Minęliśmy kolejne nieco większe miasto o nazwie Pichincha i po przejechaniu około 15 km zmęczeni zatrzymaliśmy się na nocleg w domku na palach przy drodze. Takie się tu chatki buduje ale nie ze względu na podmokły teren, może raczej żeby chronić domostwa przed robakami, które mają przez to utrudniony dostęp do podłogi…Także bardzo ciekawa jest konstrukcja tych domostw. Słupy są betonowe. na nich są położone drewniane, wcale nie zbyt grube, belki a na tych belkach muruje się ceglane ściany, Co prawda na tzw. szóstkę ale ściany z cegły trochę ważą. W kilku domach widzieliśmy już takie belki nadgryzione przez termity i zostały one wzmocnione w kilku miejscach słupami z bambusa 🙂 Wieczorem do właścicielki przyszły sąsiadki i wszystkie razem przyglądały się bacznie i z zachwytem Przemkowi, który gotował obiad na palniku a potem jeszcze naczynia pozmywał! Pewnie zazdrościły mi męża 🙂 Właścicielka zaproponowała nam kąpiel, z której chętnie skorzystaliśmy, choć Przemek się śmiał, że wniebowzięte kobitki pewnie będą go podglądać. W różnych miejscach już się podczas naszej podróży kąpaliśmy a tu jeszcze jedna ciekawostka. Otóż kąpiel odbywała się na balkonie zrobionym z bambusa, gdzie stała beczka z wodą. Polewało się ciało wodą, która przez bambusową podłogę spływała na dół, na ziemię. A w międzyczasie cała rodzinka, sąsiadki oraz teściowie z powodu naszego przybycia mieli temat do rozmowy!

Rano dostaliśmy jeszcze na drogę pomarańcze od sąsiadki i ruszyliśmy dalej przez wzgórza. Po drodze minęliśmy jakieś małe miasteczko, gdzie zaopatrzyliśmy się w prowiant i dostaliśmy od sprzedawczyni flagę Ekwadoru, do kolekcji na maszcie przyczepki. Znowu niezłą sensację wzbudzaliśmy naszym pojazdem i ciągle byliśmy fotografowani, to chyba dlatego, że lubimy się „wozić” takimi mało uczęszczanymi drogami. Do Portoviejo – dużego miasta na trasie prowadził stromy podjazd, gdzie po obu stronach szosy leżały tony śmieci, zdechłe psy, krowie łby i inne okropności, które skutecznie motywowały do tego, żeby nie odpoczywać po drodze. Niestety znowu było już późno i nie mieliśmy czasu na szukanie sklepu rowerowego. Przejechaliśmy przez chaotyczne, hałaśliwe miasto i pedałowaliśmy pod wiatr, ile sił w nogach, żeby zdążyć przed zmrokiem wyjechać za przedmieścia i znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Tego dnia jechaliśmy w sumie 7 godzin i to był najdłuższy czas jazdy, jak do tej pory. Na wybrzeże dotarliśmy dopiero następnego dnia. W drodze przejeżdżaliśmy przez Monte Cristi, gdzie wyrabia się ręcznie kapelusze typu „panama” i podobno tutaj można je kupić najtaniej na świecie, jak przeczytaliśmy w LP – już poniżej stu dolarów… karamba! Potem znowu mieliśmy podjazd pod wiatr. W trakcie pedałowania spotkaliśmy kolejnego „sakwowicza” z Francji. Też podróżował z niewielkim bagażem a zdążył już przejechać Afrykę, choć nie należał do młodzieniaszków. No i to nam się podobało 🙂 Wreszcie wczesnym popołudniem dotarliśmy do dużego miasta portowego Manta. Byliśmy nad oceanem i teraz czekała nas jazda wzdłuż wybrzeża Pacyfiku ale jeśli myślicie, że to koniec pedałowania po wzgórzach, to jesteście w błędzie! Czasem sama się zastanawiam skąd mam tyle siły? Naprawdę nie wiem. Myślę, że to ciekawość świata dodaje nam energii, ciekawość co będzie dalej, za następnym zakrętem…

Reklamy

Posted Wrzesień 26, 2011 by D&P in Ekwador

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: