5 Komentarzy

Przez góry do Latacungi 31.09-10.09.2011

Dojechaliśmy do miasteczka przygranicznego Tulcan i kupiliśmy mapę – nienajlepszą ale tylko takie mieli więc musi nam wystarczyć. W Papelarii (papierniczym) powiedzieli nam o cmentarzu, który właściwie jest jedyną ciekawostką w Tulcan. Pojechaliśmy zatem na cmentarz i rzeczywiście byliśmy zachwyceni ogrodem z iglakami w najprzeróżniejszych kształtach. Ogrodnik wykazał się prawdziwym kunsztem w formowaniu żywopłotu w indiańskie wzory oraz postacie ludzi i zwierząt. Cały czas jednak przepadywał deszcz. Poszliśmy na Internet, żeby go przeczekać ale po dwóch godzinach nadal siąpiło więc założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i pojechaliśmy dalej. Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnej jadłodajni, gdzie zjedliśmy kurczaka z ryżem i napój za 1.50$/ porcja! W międzyczasie przestało kropić i ruszyliśmy drogą w górę. Z Tulcan leżącego na wysokości ok. 2900 m. n.p.m. wjechaliśmy na 3345 i kiedy już dojeżdżaliśmy do szczytu zaczęło porządnie lać. Przemoczyło nas dosyć szybko do przysłowiowej „suchej nitki”, a potem na zjeździe tak przewiało, że nie byliśmy w stanie dalej jechać. Musieliśmy zatrzymać się w hotelu w pierwszej napotkanej mieścinie, która nazywała się Huaca, żeby się wysuszyć i rozgrzać. Następnego dnia od samego rana świeciło słońce ale nie chciało nam się wcześnie wstawać. Byliśmy już trochę zmęczeni jazdą bez odpoczynku przez prawie miesiąc i trochę zniechęceni pogodą. Zanim zjedliśmy sobie śniadanie i się spakowaliśmy było już ok. 11.00 i po przejechaniu kilku km zaczęło lać. Tym razem nie mieliśmy zamiaru przemoknąć więc schowaliśmy się we wiacie na przystanku i jeszcze przykryliśmy folią, żeby nam deszczem nie zawiewało. Tak przesiedzieliśmy dwie godziny czekając aż przestanie padać ale nie przestało. Kiedy więc deszcz trochę się zmniejszył pojechaliśmy dalej. Minęliśmy miejscowość San Gabriel a potem dojechaliśmy do Bolivar, gdzie zatrzymaliśmy się w restauracji na obiad. Na zjeździe tuż przed Bolivarem osiągnęliśmy znów prędkość ponad 80 km i wyprzedziliśmy ciężarówkę 🙂 W drodze przestało padać i znów wyszło słońce! Później gdy podjeżdżaliśmy z miasteczka pokazała nam się przepiękna tęcza nad Bolivarem. Droga wiodła przez góry i mieliśmy śliczne widoki na okolicę – nareszcie słoneczną. Wiał dosyć silny wiatr ale to nam już nie przeszkadzało, najważniejsze, że nie padało! Tego dnia zatrzymaliśmy się na nocleg przy drodze, obok domku, którego właściciele właśnie wrócili z pola. Widok na otaczające nas góry był niesamowity a wieczór choć chłodny, to jednak bez deszczu i słoneczny.

Z naszego miejsca noclegowego zjechaliśmy do miasteczka położonego nad rzeką na wysokości 1580m. Od razu zrobiło się tak ciepło, że trzeba było natychmiast pozdejmować bluzy. Na niebie świeciło słońce i aż miło było jechać, choć wiedzieliśmy, że znów czeka nas ostre pedałowanie, żeby podjechać, to co zjechaliśmy. W dolinie mijaliśmy kilka małych miasteczek i „hostali” z basenami. Wokół rozciągały się pola, gdzie uprawia się warzywa i trzcinę cukrową. Zielona, spokojna okolica – sielanka po prostu. No ale do czasu. Wkrótce oczywiście zaczął się podjazd. Pedałowaliśmy ostro, żeby wyjechać naszym ciężkim pojazdem na górę ale przy każdym spojrzeniu w dół widzieliśmy jak szybko nabieramy wysokości. Wjechaliśmy na suche tereny, pełne kwitnących opuncji i wysuszonych traw. Krętą drogą wjechaliśmy na wysokość ponad 2300m n.p.m. Minęliśmy górskie jeziorko, gdzie można się zatrzymać i popływać kolorowym rowerem wodnym i wkrótce potem niespodziewanie dotarliśmy do Ibarry. Nie pierwszy raz odległości pokazywane na drogowskazach nie zgadzały się z rzeczywistością. Chcieliśmy zatrzymać się na nocleg przed miastem i dopiero rano wjechać do Ibarry, żeby spokojnie zrobić zakupy i poszukać sklepu rowerowego. Na to było już jednak zbyt późno. Kupiliśmy tylko trochę jedzenia w przydrożnym sklepiku, przekąsiliśmy małe co nieco i pojechaliśmy dalej. Czekał nas jeszcze niezły podjazd żeby wyjechać poza przedmieścia…

Kolejnego dnia dojechaliśmy do sympatycznej, turystycznej mieściny – Cotacachi. Sprzedają tu wyroby skórzane, pamiątki, są też markety spożywcze, sklepy z owocami i hotele. Miasteczko upodobali sobie starsi Amerykanie, których kilku widzieliśmy na ulicy. Rozmawialiśmy też z parą emerytów, którzy powiedzieli nam, że mieszkają w tej spokojnej miejscowości od czterech lat. Pozostali też nie wyglądali na turystów. No cóż ich emerytury zapewniają im tutaj z pewnością dostatnie życie. Zaopatrzyliśmy się w prowiant na dwa dni i pojechaliśmy w stronę Laguny Cuicoche. Czekało nas ponad 13 km pedałowania pod górę do wygasłego wulkanu, w kraterze którego znajduje się bardzo ładne jezioro. Wstęp do rezerwatu kosztował 2$/osoba. Znalazło się też miejsce dla naszego namiotu i to za darmo z pięknym widokiem na lagunę i góry oraz okoliczne wioski. Wokoło cisza i spokój – to chyba najpiękniejsze miejsce w jakim do tej pory spaliśmy. Wieczór i noc były chłodne ale trudno się dziwić – byliśmy na wysokości 3116m n.p.m.

Jednak rano obudziło nas piękne słońce. Spakowaliśmy trochę prowiantu i picia do plecaka i poszliśmy ścieżką prowadzącą w górę, wokół laguny. Doszliśmy do miejsca, z którego widoczny był wąski przesmyk pomiędzy dwiema wysepkami na jeziorze. Po drugiej stronie natomiast mieliśmy widok na wysoki szczyt, spowity śniegiem. Znaleźliśmy wygodne miejsce na łące nad brzegiem krateru, w dole którego falowała leciutko modra woda laguny i siedzieliśmy, patrzyliśmy, drzemaliśmy i zjedliśmy nasz prowiant. Było cudownie troszkę odpocząć po niemal miesiącu ciągłego pedałowania. Tego dnia pogoda była wyśmienita a widoki na lagunę przepiękne. Następnego ranka wyruszyliśmy dalej w drogę. Mieliśmy problem ze znalezieniem drogi do Otavalo spod Laguny Cuicoche i w sumie wróciliśmy spowrotem do Cotacachi i dopiero stamtąd dojechaliśmy do Panamericany a potem dalej do miejscowości Otavalo. Spokojne miasteczko, które przypadło nam do gustu zatrzymało nas na chwilę. Pełno w nim tradycyjnie ubranych kobiet – w długich spódnicach, haftowanych bluzkach i czepcach na głowach. Najpierw kupowaliśmy jedzenie, potem szukaliśmy sklepu rowerowego, żeby kupić nowe klocki hamulcowe. W sumie Przemek kupił i klocki i cały hamulec, który przy naszym ciężkim pojeździe dostaje niezły wycisk, zwłaszcza, że mamy tylko przedni, bo choć opony 28 cali są dostępne już od Kolumbii, to wciąż jedziemy na mniejszym kole, założonym w Brazylii, które się całkiem dobrze trzyma i szkoda nam go wyrzucać. W Otavalo poszliśmy też na mały ryneczek, gdzie sprzedają regionalne wyroby. Było tu sporo fajnych i oryginalnych rzeczy ale nie mamy miejsca w sakwach, żeby wozić jakiekolwiek zbędne obciążenie, tak więc zaopatrzyliśmy się tylko w ciepłe czapki i rękawiczki dla mnie. Na nocleg zatrzymaliśmy się u sympatycznego Indianina, który pozwolił nam postawić namiot obok swojego domu, przy którym miał też pole, gdzie dojrzewały pyszne, czerwone truskawki. Skubnęłam kilka i tak mnie rozochociły, że zaraz następnego dnia kupiłam mały koszyczek i zrobiłam dla nas sałatkę truskawkowo-bananową ze słodką śmietanką 🙂 A w drodze nasz licznik wybił nam 7000 km 🙂 Musieliśmy też dokonać pierwszej, poważniejszej naprawy naszej przyczepki, która pękła i właściwie nie było możliwości dalszej jazdy. Indianin wytłumaczył nam jak dojechać do spawacza i przyczepka została naprawiona a w dodatku spawacz zalutował nam też dziurkę w rurce palnika i teraz działa jak należy.

Panamericaną przejechaliśmy tylko kawałek a już zdążyła nas zmęczyć – ruch duży a my wolimy jazdę przez małe, ciche wioski a nawet pustkowia a nie autostrady i duże miasta, w których jazda rowerem to żadna przyjemność. Postanowiliśmy więc ominąć Quito, które dla nas nie ma nic specjalnie atrakcyjnego do zaoferowania, oprócz tego, że jest stolicą, co czyni je dodatkowo bardziej niebezpiecznym niż inne metropolie. W dodatku Quito jest usytuowane w ten sposób, że ciągnie się pomiędzy górami przez 60 km, co w takim terenie praktycznie wyklucza przejechanie miasta w jeden dzień i wyjechanie daleko za przedmieścia, gdzie można by bezpiecznie postawić namiot. Oczywiście można wziąć hotel i zwiedzić miasto ale my zdecydowanie wolimy innego typu atrakcje.  Jednakże gdy odbiliśmy z Panamericany, ruch niewiele się zmniejszył. Droga, która jechaliśmy okrążała Quito od wschodu, jednak w tak bliskiej odległości, że kierowcy właściwie wykorzystują ją jako obwodnicę miasta. Źle nam się jechało – nawierzchnia była w zkiepskim stanie a w dodatku otaczały nas same warsztaty, zakłady, pył i kurz. Zupełnie jak na przedmieściach jakiegoś brzydkiego, przemysłowego miasta. Z daleka widzieliśmy lotnisko i zabudowania w Quito ale potem pojawił się ciekawszy widok – ośnieżony, spowity chmurami wulkan. Mijaliśmy też pola i wielkie szklarnie, które stanowią pewnie zaplecze żywieniowe dla wielkiego miasta. W takim otoczeniu znalezienie miejsca na nocleg było bardzo trudne. Wreszcie wyjechaliśmy jednak dalej i zatrzymaliśmy się na spanie w Indiańskim „comunidadzie”. Mieliśmy pewne opory wkraczając na ich teren ale poszliśmy do pierwszej z brzegu chaty, przy której widać było sporą połać trawnika. Stara Indianka przyjęła nas bardzo życzliwie i nie dość, że zgodziła się bez problemów na postawienie namiotu, to jeszcze zaproponowała miejsce bliżej swojego domu a dalej od hałaśliwej drogi mówiąc, że tu jest „seguro” znaczy bezpieczniej. Gdy rozkładaliśmy namiot przyglądało nam się dwóch indiańskich urwisów oraz urocza wnuczka seniory, która wciąż nawoływała do nas „hola!”. Rano zjedliśmy śniadanko, dostaliśmy wodę pitną od seniory Indianki, która uściskała nas życzliwie na pożegnanie i ruszyliśmy dalej. Niestety w kierunku Panamericany, do której musieliśmy wrócić. Po południu dojechaliśmy do miejscowości Sangolqui, gdzie zrobiliśmy zakupy w wielkim supermarkecie Santa Maria. Przy wyjeździe z miasta mijaliśmy szkołę, z której „wysypały” się dosłownie tłumy uczniów – zupełnie jak na pochodzie czy jakiejś defiladzie a wszyscy oczywiście w jednakowych mundurkach. W Europie to i z kilku wielkich metropolii nie nazbierałbyś tylu uczniów co tu w jednym, niewielkim miasteczku. Po drodze dopadła nas burza. Schowaliśmy się pod daszkiem w przydrożnej restauracji, żeby znów całkowicie nie przemoknąć. Patrzyłam na grill i kotły, które stały przy drodze i uwijające się przy nich kobiety, nakładające gotowane warzywa i grillowane mięso na talerze i pomyślałam sobie – macie kobitki szczęście, że nie mieszkacie w Polsce. Sanepid i Urząd Skarbowy w oka mgnieniu puścił by was z torbami! Zresztą taki los czekałby niechybnie z 70% tutejszych lokali gastronomicznych i wszelkich innych zakładów usługowych, niestety. To byłby dopiero krach! Kiedy przestało padać pojechaliśmy dalej. Ruch na drodze nas wnerwiał ale żeby zjechać z Panamericany nad morze musieliśmy dotrzeć do Latacungi.

Minęliśmy miasto Machachi a droga wciąż wiodła do góry i pedałowaliśmy powoli. Kiedy wreszcie wtoczyliśmy się na górę po raz pierwszy podczas tej wyprawy spotkaliśmy na drodze „Sakowiczów”, jadących rowerami z przeciwnej strony. Chłopak z dziewczyną byli francuskiej narodowości. Szczęściarze mieli rowery z niewielkimi sakwami i bagażniki też niezbyt załadowane, jakby wyjechali na kilkudniową wycieczkę. A okazało się, że chłopak jest już w podróży od roku a dziewczyna dołączyła do niego kilka miesięcy temu. Przy nich nasz obładowany pojazd wyglądał niemalże jak tir z naczepą J W niewielkich sakwach mogli mieć co najwyżej ubrania i jakieś drobne przekąski, gdyż żadne śpiwory, namioty, gary ani zapasy żywieniowe by się tam nie zmieściły. No ale za to portfel musieli mieć duuużo zasobniejszy od naszego J Biorąc pod uwagę ilość bagażu było oczywiste, że śpią  w hotelach i żywią się w restauracjach a nie „koczują” pod namiotem, tak jak my. Rozmawialiśmy chwilę i Francuzi powiedzieli nam, że nie widzieli ani Chimbarazo ani Cotopaxi, który jest w chmurach. No i rzeczywiście wkrótce dotarliśmy do rejonu Parku Narodowego Cotopaxi a wulkanu nie było widać. Dopiero po kilkunastu minutach w górze, miedzy chmurami zamajaczyła na chwilę śnieżna kopuła i stąd wiedzieliśmy w którym miejscu się znajduje. Postanowiliśmy dać mu szansę i zaczekać do następnego dnia, żeby zobaczyć „bestię’. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na nocleg, mimo, że była dopiero 14.00. Kiedy rozkładaliśmy namiot na tyłach stacji Przemek stwierdził: „widzisz, a Francuzi nie mają takiego komfortu – nie mogą się zatrzymać, gdzie im się podoba” Faktycznie, trudno się było z nim nie zgodzić 🙂 No i mieliśmy nosa z tym miejscem na nocleg. Po południu chmury się rozstąpiły i wulkan pokazał się nam w całej okazałości a wieczorem pijąc gorące kakao podziwialiśmy go oświetlonego promieniami zachodzącego słońca z wejścia do naszego namiotu. To był dopiero komfort i to wszystko za darmo 🙂 Tej nocy spaliśmy na wysokości 3514m n.p.m.

Ponieważ następnego dnia po widoku na Cotopaxi zostało nam tylko wspomnienie zrezygnowaliśmy z wejścia do parku. Wstęp kosztuje 10 $ a jak za chodzenie we mgle to raczej wygórowana cena. Wsiedliśmy więc na rower i przez dwadzieścia kilometrów „turlaliśmy” się na dół z górki. Zatrzymaliśmy się w niezbyt urodziwym mieście – Latacunga. Wreszcie przyszedł czas na opuszczenie Panamericany!

MAMY PROBLEM Z NASZYM LAPTOPEM. ZLAPALISMY JAKIEGOS WIRUSA POPRZEZ PENDRIVE Z CAFEJKI INTERNETOWEJ. UNIEMOZLIWIA NAM PRZEGRANIE ZDJEC Z KARTY APARATU DO KOMPUTERA. ZABLOKOWAL NAM DOSTEP DO FUNKCJI ADMINISTRATORA I NP NIE MOZEMY WEJSC W OPCJE FOLDEROW. WYSKAKUJE NAPIS NIE MASZ UPRAWNIEN ADMINISTRATORA. PROGRAM ANTYWIRUSOWY W OMPIE JUZ STRACIL WAZNOSC. CZY PODLACZAC SIE DO INTERNETU DO WI-FI I AKTUALIZOWAC PROGRAM ANTYWIRUSOWY? NIE CHCEMY STRACIC ZDJEC I FILMOW KTORYCH MAMY W SUMIE OK 40 GB!! pOTRZEBYJEMY FACHOWEJ RADY CO Z TYM FANTEM ZROBIC. W PRZECIWNYM RAZIE NIE BEDZIE RELACJI ANI ZDJEC AZ DO POWROTU DO POLSKI 😦

Reklamy

Posted Wrzesień 9, 2011 by D&P in Ekwador

5 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Problem chyba w laptopie. Jaki system operacyjny?

    Marian Miniszewski
    • Witamy!
      Tak, chodzi o laptopa a system operacyjny to Windows XP. Po wlozeniu karty z aparatu fotograficznego do czytnika w laptopie pokazuje sie ikona, ze to jest skrot i nie mozna obejrzec zdjec a w aparacie fotograficznym je widac. To samo sie dzieje z pendrivem. Pozdrawiamy

  2. Jak możecie się podpiąć tym laptopem do sieci to już jest nieźle. Proponuję:
    1. Aktualizację programu antywirusowego
    lub
    2. Wejście na stronę http://security.symantec.com/ gdzie możecie przeprowadzić badanie online
    lub
    3. Jakby co to wciśnijcie ctr+alt+del i potem Managera Zadań. Tam na zakładce procesy są wypisane wszystkie programy, które chodzą obecnie na Widnowsie – w szczególności wirusy. Nie jest łatwo je namierzyć – najlepiej podeślijcie całą listę to ja Wam namierzę. Jak już będzie wiadomi jaki wirus Was zaatakował, to będziemy myśleć o dalszych krokach.

  3. Możecie też wejść w tryb „safe mode” (wciskając przycisk F8 w czasie startowania widnowsa). Tam nie będziecie mieli sieci, ale będziecie mogli odpalić program antywirusowy oraz wyłączyć wirusa z listy programów uruchamianych przy starcie:
    Start->
    w polu ‚Uruchom’ wpisujesz msconfig i klikasz uruchom->
    na zakładce uruchamianie masz listę programów, które się uruchamiają wraz ze startem systemu. Należy odhaczyć program wirusowy. Niestety jest tam wiele windowsowych programików/serwisów i nie jest łatwo namierzyć winowajcy, ale może Ci się coś podejrzanego rzuci w oczy.

    • Dzięki za pomoc. Udało się nam teraz podłączyć do sieci poprzez WI-FI i uaktualizować program antywirusowy AVAST. Uruchamiałem też tryb awaryjny ale to nic nie daje. Przeskanowałem cały komputer, znalazł 624 zarażone pliki i je usunął ale problem chyba pozostał. nadal nie mam dostepu do kilku opcji. Nie ma mam dostępu do menedżera zadań. Opcji uruchom nie mam, wiersz polecenia nie działa bo pokazuje sie tam taki napis: ZNAK ZACHĘTYWIERSZA POLECENIA ZOSTAŁ ZAMKNIETY PRZEZ ADMINISTRATORA. Więc po wciśnięciu jakiegokolwiek klawisza pole się zamyka. To samo jest w trybie awaryjnym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: