Leave a comment

Droga z Santa Marta do Puerto Boyaca 2.08 – 9.08.2011

Wyruszyliśmy z kampingu w dalszą drogę dosyć wcześnie. Upał jednak był już niemożliwy i zanim podjechaliśmy pod górkę dzielącą miasteczko Santa Marta od Tagangi byliśmy cali oblani potem. Na dodatek zatrzymaliśmy się w drodze pod akacjowym drzewem i kiedy dojechaliśmy do miasteczka, przednia opona to był totalny flak. Musielismy się zatrzymać pod lokalną jadłodajnią i Przemek łatał dziurę w dętce po akacjowych kolcach a ludzie mieli na co popatrzeć. W mieście starcilismy mnóstwo czasu na poszukiwaniu sklepu rowerowego a potem papierniczego, żeby kupić jakąś mapę. Następnie jeszcze zakupy żywności i wreszcie obładowani mogliśmy wyjechać z miasta. Droga przez jakiś czas prowadziła wzdłuż wybrzeża i mijaliśmy luksusowe osiedla w budowie, z widokiem na morze, z basenami i przeszklonymi apartamentami. Niestety ruch na drodze był duży i nie jechało się zbyt przyjemnie. Sytuacja poprawiła się dopiero gdy minęliśmy drogę prowadzącą do Bucamaranga, gdyż wiele dużych ciężarówek pojechało w tamtym kierunku. Zawzięcie pedałując, mijaliśmy plantacje bananów, które ciągnęły się wzdłuż drogi. Jechaliśmy dosyć dobrym tempem. Droga była niemalże płaska i nie męczył nas też upał, dzięki wspaniałym wielkim drzewom, które rosły wzdłuż jezdni i umilały nam jazdę. Mijaliśmy sporo małych wiosek, gdzie można było kupić żywność lub od czasu do czasu jakieś owoce. Problem stanowiły właściwie tylko noclegi i duży ruch. Otóż tutejsze plantacje, hacjendy i finki ( czyli rancha) ogrodzone są płotami i praktycznie nie ma możliwości zjechania z drogi, co wyklucza też spanie na dziko. Posiłki w trakcie jazdy musieliśmy jadać przy ruchliwej drodze, podczas gdy za ogrodzeniem rozciągały się sielskie krajobrazy – zielone, trawiaste pagórki i drzewa dające cień. Kilka razy spaliśmy przy stacjach benzynowych, jeśli właściciel wyraził zgodę ale to już nie to samo co w Brazylii, gdzie można było brać darmowe prysznice. Tu nie wszystkie stacje dysponują toaletą a o prysznicach można sobie raczej pomarzyć. Dlatego zawsze wozimy ze sobą wodę w butelce do mycia. Czasem zatrzymywaliśmy się też u ludzi, jeśli trafiły się jakieś zabudowania przy drodze z miejscem na namiot a właściciele się zgodzili. I natychmiast zauważyliśmy zasadnicza różnicę między mieszkańcami Kolumbii a Brazylijczykami. W Kolumbii ludzie nie są tak otwarci jak w Brazylii. Nawet jeśli pozwalali nam na postawienie namiotu przy swoim domu raczej nie nawiązywali z nami tak bezproblemowo kontaktu. Czasem przyszli popatrzeć lub zapytali skąd jesteśmy lub dokąd jedziemy ale często, choć użyczali nam miejsca w ogrodzie, nie podchodzili ani nie próbowali z nami rozmawiać. I chociaż znaleźli się i tacy, którzy czasem również nas czymś spontanicznie obdarowali, to jednak wyczuwaliśmy jakby nieco się większy dystans. Zdarzało się jednak, że sprzedawcy dokładali nam w sklepie za darmo coś do jedzenia 🙂 Pewnego razu na jednej ze stacji benzynowych trafił się niezwykle uprzejmy człowiek, który pracował w obsłudze. Przyszedł do nas by porozmawiać, pokazał nam gdzie jest prysznic, z którego możemy skorzystać, a potem razem z żoną przynieśli nam kawę i ciepłą przekąskę na kolację. Byłam im za to naprawdę bardzo wdzięczna. Akurat tego dnia kiepsko się czułam z powodu problemów z żołądkiem. Jazda w ciągłym hałasie i przy skromnym jedzeniu mnie bardzo zmęczyła. W drodze próbowaliśmy znaleźć miejsce żeby trochę odpocząć a tu ciągle płoty i płoty. Wreszcie zatrzymaliśmy się przy bramie na małym skrawku trawy, dosłownie kilkanaście metrów od drogi, po której pędziły ciężarówki i jeszcze trwały jakieś prace drogowe. Taki odpoczynek to prawdziwa makabra. Dlatego też ten wieczorny prysznic i ciepły posiłek dosłownie przywróciły mnie do życia 🙂

Kiedy skończyły się bananowe plantacje jechaliśmy przez ciągnące się kilometrami pastwiska dla krów, które wyglądały jak sielskie krajobrazy w książeczkach, tylko ogrodzenia były z drutu kolczastego lub pod prądem. Zazdrościliśmy czasem krowom tej zielonej trawki i drzew w których śpiewały ptaki. Życie biegło im na wędrowaniu po zielonych pastwiskach i zjadaniu soczystej trawy, którą potem skrzętnie żuły w cieniu drzew, bez żadnego wysiłku, aż do czasu gdy pewnego dnia przyjdzie pora żeby taką krowę zjeść…

Mijaliśmy też plantacje palm, które uprawia się tutaj, żeby uzyskiwać z ich owoców olej. Zbiera się karpy z dojrzałymi, czerwonymi owocami i ładuje na samochody, które wywożą je z plantacji do zakładów produkujących olej palmowy. I tak obserwując otoczenie przejeżdżaliśmy sobie spokojnie od 80 do ponad stu kilometrów dziennie. Sytuacja zrobiła się trudniejsza kiedy minęliśmy miejscowość San Alberto. Ruch się wprawdzie jeszcze zmniejszył i pojawiło się lepsze pobocze ale za to zniknęły drzewa wzdłuż jezdni i słońce mogło się nad nami pastwić. Natychmiast jechaliśmy wolniej i potrzebowaliśmy znacznie więcej wody do picia. A tu, dla odmiany, zaczęły się pustkowia, droga coraz bardziej pagórkowata a  sklepów z jedzeniem jak na lekarstwo. Dużą wodę, którą kupujemy w pięciolitrowych workach (filtr już właściwie nie działa) trudno było dostać a napoje w butelkach kosztowały zbyt wiele jak na takie ilości, które wypijaliśmy przy ponad 40 stopniowym upale. Owoców nie było wcale przez kilka dni, a to właśnie one uzupełniały nasze zapotrzebowanie na wodę. Stwierdziliśmy, że przy jeździe w takich warunkach jakikolwiek zimny napój jest czymś, co byłbyś w stanie pochłonąć w ogromnej ilości o każdej porze dnia i nocy. No ale jakoś sobie radziliśmy. Czasem mieliśmy też szczęście i spotykaliśmy życzliwych ludzi. Dostaliśmy trochę wody pitnej od ludzi przy drodze, innym razem obdarował nas mężczyzna na stacji benzynowej, to znów kierowca tira albo kierowca ciężarówki, który wręczył nam dwa, jeszcze chłodne jogurty do picia. W taki oto sposób, dzięki własnemu uporowi i ludzkiej pomocy dotarliśmy wreszcie do większego miasteczka zwanego Puerto Boyaca. Zaraz zrobiliśmy zakupy żywności a kiedy wpadliśmy do sklepu z owocami to wyszliśmy z pełną siatką. Jeszcze przed sklepem zakupiliśmy dwie duże porcje arbuza do rączki a zanim go zjedliśmy to już zdążyliśmy kupić zimny napój z limonki od pana z objazdowym pojemnikiem na sok z lodem. Stwierdziliśmy, że na dobrą sprawę moglibyśmy facetowi cały ten pojazd opróżnić a i tak za chwilę miałoby się ochotę na coś zimnego do picia:) No ale ponieważ wczoraj mieliśmy swoją małą, prywatną rocznicę a nie było okazji na jej uczczenie, to dziś mogliśmy sobie na więcej pozwolić. Poprzedniego dnia nie dość, że nie świętowaliśmy, to jeszcze spędziliśmy noc przy ujęciu wody, na która można było tylko z za płotu popatrzeć, podczas gdy nie mieliśmy się czym umyć. W namiocie było tak gorąco, że nie dało się spać a mrówki wygryzły nam dziury w podłodze. Z tego też powodu Przemek zarządził, że zatrzymujemy się dziś w hotelu. Wzięliśmy sobie pokój za 20 000 pesos, mamy prąd i dzięki temu mogłam napisać kolejną relację 🙂

Reklamy

Posted Sierpień 12, 2011 by D&P in Kolumbia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: