2 Komentarze

San Francisco – El Dorado

Zjazd z wioski był tak stromy, że sprowadzenie naszego ciężkiego roweru okazało się dosyć męczące, szczególnie, że po trekkingu mieliśmy obolałe mięśnie nóg. Stało się dla nas jasne dlaczego w pierwszy dzień czuliśmy się zmęczeni – sam dojazd do wioski wymagał sporo wysiłku. Teraz jednak mieliśmy prawo się trochę poobijać. Jechaliśmy więc niespiesznie a kiedy zbliżał się wieczór rozstawiliśmy namiot na nocleg w lesie.

Następnego dnia rano dotarliśmy do San Francisco. Odebraliśmy naszą przyczepkę od właściciela restauracji, podziękowaliśmy pięknie za pomoc i zamierzaliśmy się udać do posady na jedną noc, żeby się umyć i spokojnie przepakować rzeczy. Jednak właściciel niespecjalnie atrakcyjnego guesthousa podał nam cenę 200 bolivarów. Stwierdziliśmy oczywiście, że to zdecydowanie za drogo jak na takie lokum tym bardziej, że wokół sporo darmowych pól biwakowych. Próbowaliśmy jeszcze w jednej posadzie ale żywego ducha tam nie zastaliśmy. Zrobiliśmy więc tylko zakupy żywieniowe w sklepikach w San Francisco i pojechaliśmy dalej. Pole namiotowe nad rzeką znaleźliśmy już po przejechaniu kilku kilometrów. Tam zrobiliśmy sobie obozowisko i pomiędzy przelotnymi opadami deszczu na zmianę ze słońcem, sprzątaliśmy, pakowaliśmy, robiliśmy pranie i nawet próbowaliśmy je wysuszyć.

Następnego dnia wyruszyliśmy dopiero po południu, gdyż wcześniej nie zdążyliśmy się uporać ze sprzątaniem i znowu trochę popadało. Zresztą bylismy rozleniwieni trochę po tym trekkingu i mielismy raczej ochotę odpoczywać i spać niż pedałować. Chętnie podarowalibyśmy sobie dzień takiego luksusu ale niestety puri-puri na to nie pozwalały. Pojechaliśmy więc dalej ale ok. 10 km trafiliśmy na indiański kamping płatny z prysznicami i postanowiliśmy, że jutro ruszymy w drogę a dziś jeszcze poleniuchujemy. Jednak kamping, choć ładnie położony wcale nie był taki fajny, bo gdy deszcz popadał na trawniku stała woda – ledwo znaleźliśmy jakieś miejsce na namiot. Prysznice jak ciemne komórki i nawet prądu nie było a skasowali od nas 20 bolivarów. Tak więc stwierdziliśmy, że lepiej zatrzymywać się na bezpłatnym polu biwakowym i myć w rzece, zresztą puri-puri i tak wszędzie tyle samo, bez różnicy czy płacisz czy nie. Kolejne trzy dni minęły już na solidnej jeździe bez obijania się. Pogoda nie była łaskawa. Co chwilę przepadywało i robiło się chłodno. Wciąż otaczała nas sawanna i widoki na pobliskie wzgórza i nieco bardziej odległe tepui. Minęliśmy punkt widokowy zwany tu mirador lecz niestety większość tepui spowita była chmurami. Dojechaliśmy do miejscowości Kama, w której według mapy miał być sklep ale się zagapiliśmy i nie zrobiliśmy zakupów w małym przydrożnym sklepiku, mysląc, że Kama dopiero przed nami. Na szczęście później trafiliśmy jeszcze na przydrożną jadłodajnię a dalej mały indiański sklepik, gzdie można było troszkę uzupełnić zapasy. Po południu dotarliśmy do stacji benzynowej w miejscowości R. de Kamoiran a ponieważ znów żołnierze pilnowali stacji, to znów dostaliśmy paliwo za darmo. Tym razem Przemek wziął droższe i lepiej się paliło a czajnik nie był tak osmolony. Za tą miejscowością nie było już żadnego pola namiotowego ani kampingu. Jechaliśmy więc i jechaliśmy aż wreszcie złapał nas kolejny deszcz i nadszedł wieczór. Musieliśmy jeszcze pokonać najwyższy punkt na drodze. Ponieważ nadchodziła porządna burza nie chcieliśmy się rozkładać na samej górce, porośniętej tylko trawą. Zjechaliśmy więc trochę i w pewnym miejscu, niedaleko drogi zobaczyliśmy daszek. To było dobre miejsce, żeby rozbić namiot i schować się przed deszczem. Zjedliśmy  kolacyjkę, wypiliśmy po kubku gorącej herbaty i siedzieliśmy przytuleni pod daszkiem, czekając aż przestanie padać. Patrzyliśmy na niebo, które co chwilę rozświetlało światło błyskawicy i na świetliki latające wokół mimo, że padał deszcz. W końcu jednak przestało deszcz ustał, mogliśmy rozstawić namiot i iść spać. Następnego dnia wyjechaliśmy dosyć wcześnie i solidnie pedałowaliśmy, żeby dotrzeć do miasta położonego przy wyjeździe z Parku Canaima. Zatrzymaliśmy się jedynie przy rzece na kąpiel i w drodze na posiłek. Wkrótce dojechaliśmy do lasu. To koniec Gran Sabana, odetchnęliśmy z ulga bo to oznaczało też, że puri-puri przestaną nas nękać. Kiedy jechaliśmy przez dżunglę rozpoczął się zjazd. Natrafiliśmy jeszcze na kolejny posterunek wojskowy gdzie dostaliśmy od żołnierzy wodę pitną. Potem siedzieliśmy sobie po prostu na rowerze i obserwowaliśmy wilgotny las, w którym zabawnie było widzieć niektóre rośliny, hodowane u nas pieczołowicie w donicach a tu rosnące w gęstwie krzaków przy drodze. Siedzieliśmy sobie a rower jechał i jechał i jechał i tak…35 kilometrów! Najdłuższy, jak do tej pory zjazd, jaki kiedykolwiek pokonaliśmy. W sumie zjechaliśmy ponad 1200 m w dół. Po drodze minęliśmy miejsce na skale z wizerunkiem „Dziewicy” (Piedra de La Vergin) ale my oczywiście nie widzieliśmy ani dziewicy, ani niczego innego prócz zwykłej skały. Wreszcie rower zaczął zwalniać, wyjechaliśmy z parku i dotarliśmy do miasteczka San Isidro a potem Las Claritas. Od razu odczuliśmy zmianę pogody i otaczające nas ciepłe, tropikalne powietrze. Klimaty panował tutaj jak na jakiejś amerykańskiej prowincji pięćdziesiąt lat wstecz. Na ulicach królowały auta z lat sześćdziesiątych, głównie amerykańskie. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy cofnęli się w czasie. W miasteczkach było sporo marketów, wszystkie prowadzone przez Chińczyków, gdzie mogliśśmy kupić jedzenie. Niestety tutaj żywność również nie była tania. Mieliśmy szczęście i przed zapadnięciem zmroku udało nam się znaleźć kamping z domkami do wynajęcia, którego właściciel pozwalił nam za darmo postawić namiot na trawniku. Mogliśmy wziąć prysznic i spokojnie się najeść prowiantem z marketu. Mieliśmy bułki, ser, ciastka i brzoskwiniową herbatę. Pełnia szczęścia. Wreszcie znów był ciepły wieczór. Ja byłam z tego powodu bardzo zadowolona a Przemek narzekał na gorące powietrze i mówił, że znów jest zbyt ciepło żeby spać 🙂

Kolejnego dnia przejechaliśmy pagórkowatą drogą ponad 80 km i dotarliśmy do miejscowości El Dorado. Tutaj, trochę w bok od głównej drogi zjechaliśmy na kamping, gdzie mieliśmy się spotkać z Gerardem – Niemcem, z którym nawiązaliśmy kontakt przez stronę dla rowerzystów: warmshowers.org. Gerard przyjacielsko nas powitał i ustaliliśmy, że zatrzymamy się tu na trzy dni, gdyż Przemek miał problemy z kolanem i trzeba było na trochę odpuścić jazdę. Niby kamping, położony nad rzeką, prowadzony był przez Szwajcarów. Goście bywają tu rzadko ale miejsce dobre bo rzeka płynie wprost do granicy z Gujaną, która znajduje się jakieś 80 km stąd, a wiadomo w Gujanie cena benzyny wielokrotnie wyższa… Stołują się tu też żołnierze pilnujący rzeki, z którymi Szwajcarzy i Gerard mają dobre układy. Tak więc Gerard przyjechał tu na rowerze, wszedł do spółki i się zasiedział, chyba już całe dwa lata. No ale my w te bussinesy nie wnikamy za bardzo, bo to nie nasza sprawa. W każdym razie możemy się umyć, zjeść przy stole i skorzystać z Internetu Niemca. Pojechaliśmy też z nim i ze Szwajcarem do miasteczka po zakupy. Na wjeździe kilometrowa kolejka do stacji benzynowej, która i tak była zamknięta z powodu braku benzyny. Paliwo znikało błyskawicznie, gdyż wszyscy zajmują się szmuglem i kupują tysiące litrów, jeżdżąc na stację kilka razy dziennie. Szwajcar Alfred, który mieszka tu od dwudziestu lat i któremu dyktatura zabrała majątek, opowiadał nam o tak zwanych „invadors”. Pokazywał nam ich domki, z blachy lub drewna, których widzieliśmy już mnóstwo po drodze i żalił się, że tutejszy system chroni tych ludzi. Mogą postawić dom gdzie im się tylko podoba bez konieczności zakupu gruntu. I to właśnie oni osiedlają się na włościach zamożniejszych, którzy nic nie mogą na to poradzić. Natomiast Gerard był trochę rozgoryczony, gdy usłyszał, że przejechaliśmy Transamazonikę autobusem (pewnie uznał, że nie jesteśmy „prawdziwymi” rowerzystami 🙂 Stwierdzenie, że nasz rower by tego nie wytrzymał chyba go nie przekonało, pomimo, że tylnie koło w jego rowerze warte jest więcej niż nasz cały tandem. W dodatku powiedzieliśmy, że do granicy z Kolumbią pojedziemy autobusem, jeżeli problemy z Przemka kolanem będą się utrzymywać. Autobusy tutaj są naprawdę tanim środkiem transportu, a siedzenie w Wenezueli zbyt drogo kosztuje, żebyśmy mogli sobie na to pozwolić. Gerard, jak przystało na prawdziwego rowerowego maniaka, nie był tym pomysłem zachwycony i w dalszej rozmowie „pocieszył” nas, że Bolivia i Kolumbia są tańsze i że on wydawał tam ledwo 10 euro dziennie. No i dogadaj się z Niemcem! 10 euro na wyżywienie, to na jedną osobę nawet w Brazylii nie wydawaliśmy! Ogólnie jednak sympatyczny i wesoły gość z tego Gerarda.

Reklamy

Posted Lipiec 21, 2011 by D&P in Wenezuela

Tagged with , , , ,

2 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Odnośnie internetu to sie taki mały modem na usb kupuje za ok 100 zł i wkłada kartę sim lokalnego operatora i już.
    Przecież macie panel słoneczny to i prąd jest. No właśnie napiszcie jak się Wam on spisuje czy warto to kupować bo się zastanawiam. Ja lecę 27 września wizirem do Frankfurtu i stamtąd wyruszam 🙂

    • panel sie sprawdza do ladowania takich rzeczy jak aparat, kamera czy telefon. Jesli chodzi o komputer to pelne naladowanie zajmuje az dwa dni! I to przy slonecznej pogodzie. Ale do ladowaeki mamy jeszcze maly akumulator 12 V, ktory tez troche wazy (ok.1 kg) i regulator ladowania. A gdzie w koncu wyruszasz, tak jak planowales? Pozdrawiamy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: