6 Komentarzy

Trekking na Roraimę czyli Polacy twardzi są …

Nasza znajoma opowiadała nam kiedyś, jak to będąc w podróży usłyszała od tubylca w jakimś hotelu, że Polacy twardzi są, bo zawsze sami noszą swoje bagaże. Nie miała ochoty wyjaśniać, że to wynika z niezamożności narodu, więc tylko uśmiechnęła się i przytaknęła. No i z nas, prawdę mówiąc, właśnie tacy „twardziele” 🙂

Następnego dnia kiedy przygotowywaliśmy sobie śniadanie przy namiocie, pod daszkiem zjawiła się Indianka z małą dziewczynką i zaczęły nam się bacznie przyglądać. Próbowały z nami nawiązać rozmowę ale ponieważ ich nie rozumieliśmy, stały i obserwowały nas w milczeniu około 15 – 20 min. Było to dla nas trochę irytujące ale w końcu odeszły i mogliśmy się w spokoju spakować i ruszyć w dalszą drogę. Podczas jazdy kilka razy zmoczył nas deszcz. Wreszcie jednak dojechaliśmy do indiańskiej wioski, która zwie się San Francisco de Uruani. Byliśmy już porządnie głodni, a tutaj jak zwykle wszystko zamknięte bo to pora siesty. Nie mieliśmy ochoty pitrasić jedzenia na ulicy więc poszliśmy do pobliskiej restauracji. Okazało się, że właścicielem jest gość, który mówi po angielsku. Zjedliśmy sobie pyszny obiad (a Przemek nawet dwie porcje) składający się z ryżu, grillowanego kurczaka i surówki. W międzyczasie od właściciela restauracji, który był kiedyś przewodnikiem dowiedzieliśmy się, że do Paraitepui możemy dojechać rowerem, i że tam na pewno znajdziemy przewodnika. Dla wyjaśnienia dodam, że Paraitepui to jest wioska, która znajduje się u podnóża Roraimy. Stąd rozpoczynają się wszystkie trekkingi i tu mieści się „park office”, gdzie trzeba się zarejestrować wychodząc na trasę. To była dla nas bardzo pomyślna wiadomość  – problem transportu mieliśmy z głowy, pozostawało tylko zapłacić przewodnikowi. Z San Francisco do Paraitepui nie ma żadnego regularnego środka transportu. Można jedynie wynająć jeepa, co kosztuje jakieś kilkaset bolivarów, więc dla 2 osób jest zupełnie nieopłacalne, albo przejść 27 km pieszo, licząc na to, że jakiś samochód jadący po odbiór turystów lub z prowiantem cię zabierze. Mimo, że było już popołudnie, zdecydowaliśmy się  niezwłocznie wyruszyć w drogę, żeby nie „nadgryzać” naszych zapasów prowiantu(wprawdzie w San Francisco są dwa sklepiki ale tylko z podstawowymi artykułami żywnościowymi). Mieliśmy zamiar przenocować w Paraitepui a następnego dnia ruszyć na trasę. Właściciel restauracji zgodził się przechować nam przyczepkę, więc zrobiliśmy szybko przepakowanie i zabraliśmy ze sobą tylko rzeczy potrzebne na trekking i żywność na siedem dni. Po wyjechaniu z miasteczka, skręciliśmy w drogę bez asfaltu, prowadzącą do Paraitepui. Po około 6 km jazdy dojechaliśmy do stromego podjazdu. Wprowadzenie roweru prawie na szczyt górki zajęło nam około 30 min. Powoli nadchodził wieczór i było jasne, że przed zmrokiem nie damy rady dojechać do wioski. Nagle zauważyliśmy namiot przy drodze a obok parę – białą dziewczynę i ciemnoskórego chłopaka. Gdy zaczęliśmy rozmawiać okazało się, że to  Francuzka i Wenezuelczyk, którzy przyjechali z Francji i też zmierzają do Paraitepui na trekking, tylko, że pieszo. Dogadaliśmy się, że możemy wspólnie wynająć przewodnika i rozstawiliśmy namiot obok nich, żeby nie jeździć po ciemku.

Rano patrzyliśmy z górki na mgły unoszące się nad San Francisco. Wszystko było wilgotne i pokryte rosą a z dżungli porastającej wzgórze dobiegały nas znajome głosy papug. Francuzi ruszyli pierwsi a my jakiś czas później i minęliśmy ich w drodze. Droga do Paratepui wiedzie przez trawiaste pagórki i obfituje w ładne widoki na tepui – Roraimę, Kukenana i jeszcze kilka innych. Niestety naszym ciężkim pojazdem nie łatwo było dotrzec do wsi- to jednak nie górski rower a my baliśmy się by czegos nie uszkodzić na nierównej powierzchni, dlatego w wielu miejscach woleliśmy go pchać. Przed samym Paratepui był tak stromy podjazd, że wprowadzenie roweru na górkę dało nam nieźle popalić. Okazało się, że Francuzi byli już na miejscu, mieli szczęście i zabrał ich jakis litościwy przejeżdżający jeepem człowiek. Zanim dotarliśmy na miejsce zdążyli już załatwić przewodnika w cenie 400 Bolivarów za dzień ( nie było to tak tanio ale na połowę wychodziło po dwieście Boliwarów na parę a ponieważ taniej byśmy nie znaleźli to zgodziliśmy się na tą cenę). Zjedliśmy posiłek zorganizowany dla nas przez przewodnika a potem mieliśmy około 30 min na przepakowanie naszych rzeczy w plecaki. Wyruszyliśmy jeszcze tego samego dnia gdyż biuro wpuszcza turystów na trasę do godziny 14, jest to ostatni dzwonek by dotrzec do pierwszego obozowiska przed zmrokiem. Droga prowadzi przez trawiaste pagórki, raz pod górke raz w dół. Szliśmy obładowani plecakami pełnymi jedzenia a Przemek miał plecak większy i cięższy niż tragarze spotykani na trasie. Przemek niósł cały zapas naszego jedzenia na 6 dni trekingu plus jeden dzien powrotu. waga jego plecaka z pewnością przekraczała 20 kg. Nie mieliśmy sił zasuwać i dość szybko odczuliśmy zmeczenie, Francuzi dotrzymywali kroku przewodnikowi który ma zabójcze tempo ale spakowali się tylko w jeden plecak i nieśli go na zmianę. Ja się zastanawiałam jak to możliwe, pomimo, że przewodnik niósł im namiot i jakąś małą torebkę. My byliśmy jakieś 5 minut za nimi i doganialiśmy ich na postojach. Po tym pchaniu roweru byliśmy iuż po prostu mocno zmeczeni i nie mieliśmy zamiaru za bardzo się spieszyć i w dodatku nieśliśmy przecież dwa plecaki. W drodze wyprzedziliśmy 14 osobową grupę Brazylijczyków z tragarzami i pod wieczór dotarliśmy do obozowiska. Marsz zajął na ponad 4 godz. Zjedliśmy z Przemkiem porządny posiłek i oganiając się od natrętnych puri-puri poszliśmy się umyć do rzeki Teek nad którą jest położone obozowisko. Niestety w trakcie rozstawiania namiotu pękł nam kolejny maszt. Na miejscu nie dało się nic wykombinować i mieliśmy jeden maszt  około 40cm krótszy i nasz namiot był nieładnie zdeformowany. Modliliśmy się tylko by głowny, najdłuższy maszt wytrzymał trekking bo inaczej na Roraimie gdzie temperatura w nocy spada poniżej 10 st nie będziemy mieli gdzie spać. To byłaby dopiero katastrofa.

Kolejny dzień trekkingu rozpoczęliśmy już o 6.30 gdyż nasz przewodnik zarządził wymarsz o 7.30. Odczuwaliśmy lekki ból mięśni, szczególnie ramion ale przez noc zdążyliśmy odpocząć po ciężkim, wczorajszym dniu. Zjedliśmy na śniadanie kaszkę ryżową z bananami suszonymi i rodzynkami. Była bardzo pożywna i czuliśmy się najedzeni. Francuzi natomiast zjedli tylko zupkę. Brazylijska grupa wyszła tym razem na trasę równo z nami. Zaraz na początku przekraczaliśmy w bród rzekę Teek a po kilkunastu minutach marszu, czekały nas dwie kolejne przeprawy przez rzekę, nad którą rozciągnięta była lina i można się było chwycić dla asekuracji. Mimo wszystko to nie takie łatwe przejść na drugą stronę przy dość silnym nurcie i śliskich kamieniach. Woda w niektórych miejscach sięgała do wysokości ud. Przemek pomógł mi przejść ale niestety woda porwała mu z plecaka naszą butelkę z piciem a mieliśmy tylko jedną L Znaleźliśmy przy rzece porzuconą butelkę 0,5 litra i musieliśmy ją zabrać bo inaczej nie byłoby z czego pić. Wypłukaliśmy ją dobrze wodą z citroseptem i zrobiliśmy sobie napój na drogę. Woda w rzece jest czysta i piliśmy ją bez filtrowania. Francuzom pomagał w przeprawie przez rzekę przewodnik a my tym razem szliśmy pierwsi. Podejście do drugiego obozowiska nie było łatwe. Trzeba było pokonać 800 m wzwyż z ciężkim plecakiem ale droga nie wymaga żadnych umiejętności technicznych czy wspinaczki – po prostu marsz z dużym ciężarem na plecach w górę, a czasem trochę w dół. Minęliśmy po drodze Brazylijczyków i ich tragarzy, Francuzi z przewodnikiem zostali sporo w tyle, co jakiś czas musieli się zatrzymywać by odpocząć  a my szliśmy do góry nie za szybko ale bez konieczności postojów. Przydało się nasze przyzwyczajenie do codziennego wysiłku, no i porządne jedzenie, które Przemek dźwigał w swoim ogromnym plecaku. Do drugiego obozowiska dotarliśmy jako pierwsi z wszystkich, którzy wyszli tego dnia na trasę. Dopiero po kilkunastu minutach pojawili się pierwsi tragarze, potem Brazylijczycy i Francuzi. Kiedy rozstawiliśmy wreszcie swoje namioty i czas był na posiłek po ciężkim dniu – my zjedliśmy makaron z sosem pomidorowym i tuńczykiem (pełen półmisek) a Francuzi tradycyjnie zupka i jakieś wafelki chrupią. Powoli wyjaśniała się więc tajemnica jednego plecaka J W drugim obozowisku Roraima pokazała nam się w całej okazałości. Kiedy chmury się odsłoniły zobaczyliśmy cienką, lśniącą nitkę wodospadu, spływającego z góry. Ponad górną granicą lasu pionowa ściana Roraimy wydawała się wręcz niemożliwa do zdobycia. Podnóże tepui porośnięte jest dżunglą i tam dostrzegliśmy ścieżkę. Była tak stroma, że zastanawialiśmy się jak uda nam się wejść nią do góry z ciężkimi plecakami…

Trzeciego dnia wyszliśmy na trasę godzinę po Brazylijczykach. Przed nami wyruszyła jeszcze jakaś para z przewodnikiem, tragarze, po nas – ok. 30 min później tylko Francuzi z naszym przewodnikiem, po zjedzeniu zupki na śniadanie oczywiście. Podejście na Roraimę cały czas wiedzie przez dżunglę i dopiero przed samym wejściem na płaskowyż wychodzi się z lasu. Ścieżka prowadząca do góry byłą jedną z najbardziej stromych, jakie mieliśmy okazję pokonywać w życiu. My jednak ponownie szliśmy spokojnie lecz bez dłuższych postojów. Zatrzymywaliśmy się tylko przy strumieniach aby nabrać wody do picia lub by przekąsić coś małego gdy brakowało energii. Droga prowadziła przez wilgotny las, mijaliśmy paprocie drzewiaste i mnóstwo bujnej roślinności a małe ptaszki siedzące na krzakach wcale przed nami nie uciekały. Przeszliśmy pod wodospadem, który zmoczył nas do suchej nitki, potem wyszliśmy na skały i przemoczeni wspinaliśmy się do góry. I wreszcie stanęliśmy na szczycie Roraimy! Powitał nas księżycowy krajobraz a zaraz potem otoczyła nas mgła, w której wszystko wydawało się jeszcze bardziej niezwykłe i tajemnicze – dziwaczne formy skalne i roślinność. Na górze było tylko kilku tragarzy mimo, że całą grupa wyszła wcześniej od nas. Momentalnie zrobiło nam się zimno i korzystając z okazji, że mogliśmy się schować za skałami, których tu nie brakuje przebraliśmy się w suche rzeczy i ciepłe polary. Byliśmy już porządnie głodni lecz musieliśmy czekać na przewodnika więc podjadaliśmy sobie tylko krakersy z pastą serową. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę – gdy chmury się rozstąpiły i wyszło słońce natychmiast robiło się gorąco, gdy otaczała nas mgła było bardzo chłodno, potem pokropił deszcz a potem znów słońce i gorąco… Wejście na Roraimę zajęło nam 5 godzin, powoli przybywają następni wędrowcy i tragarze, a naszych jak nie ma, tak nie ma. Powoli wszyscy zaczynają się rozchodzić na wyznaczone przez przewodników miejsca noclegowe. Brazylijczycy na odchodne częstują nas jeszcze ananasem, który wcinamy aż nam się uszy trzęsą, bo owoców ze sobą nie mieliśmy. Zostaliśmy sami wśród skał i czekaliśmy, robiliśmy zdjęcia i podjadaliśmy, aż wreszcie pojawił się przewodnik z Francuzami. Po dwóch godzinach oczekiwania na górze, udaliśmy się wszyscy na miejsce biwakowe pod skałą, które nazywają „hotelem”. Rozstawiliśmy namioty (maszt nie pękł) i wreszcie mogliśmy zjeść coś ciepłego. Przydały się też ciepłe bluzy i śpiwory, zastanawialiśmy się jak Francuzi znoszą chłód, nie mając ciepłych polarów czy swetrów, brr…

Czwarty dzień w całości spędza się na Roraimie. Rano obudziła nas chłodna, wilgotna pogoda. Wszyscy jeszcze spali a my zajadaliśmy już kolejną porcję ciepłej kaszki ryżowej. Potem wybraliśmy się do jeziorka po wodę i na krótki spacer ale nie oddalaliśmy się zbytnio, gdyż w tym kamiennym krajobrazie bardzo łatwo zabłądzić. Gdy wróciliśmy do obozowiska i reszta ekipy wstała, jak gdyby nigdy nic po raz drugi zjadamy sobie śniadanie J W międzyczasie zrobiło się słonecznie i wyruszyliśmy na wycieczkę. Wśród niezwykłych, kamiennych form doszliśmy do krawędzi płaskowyżu, gdzie w dół biegnie pionowa ściana Roraimy. Niestety widoki przesłaniały nam chmury, które od kilku dni prawie cały czas kłębiły się w korytarzu pomiędzy Roraimą i sąsiednim tepuj – Kukenanem. Czekaliśmy jakiś czas ale potem zawróciliśmy i poszliśmy w kierunku tzw. jacuzzi. W czasie marszu mgły się rozproszyły i odsłonił nam się widok na porastającą podnóże Roraimy dżunglę, jednak ściany Kukenana stamtąd nie było już widać. Potem dotarliśmy do „jacuzzi” czyli dziur w skałach wypełnionych zielonkawą, czystą wodą. Można tam zażywać kąpieli ale jak dla nas, było jednak zbyt chłodno. Po południu wybrałam się jeszcze wspólnie z Francuzką i przewodnikiem na najwyższy punkt na Roraimie. Rozciągał się stamtąd widok na kamienny, sięgający aż po horyzont krajobraz. Ciemne głazy o różnych kształtach wywoływały uczucie jakbyśmy znajdowali się na innej planecie. Tuż przed powrotem do obozowiska, na przeciwległym krańcu płaskowyżu pokazała nam się tęcza. Kiedy nadchodził wieczór robiło się coraz chłodniej a my wciąż jeszcze nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do takich temperatur, po pobycie w gorącej Brazylii. Na rozgrzewkę wypiliśmy sobie ciepłą owocową herbatkę i patrzyliśmy jak nad Roraimą zapadał zmierzch.

Powrót do Paraitepui wcale nie był dużo łatwiejszy niż marsz na górę. Naszym Francuzom skończyły się zupki i ustalili z przewodnikiem, który też nie miał prowiantu, że schodzimy od razu do pierwszego obozu, bo tam przygotują dla nich obiad. Francuzi nie nieśli już wcale bagażu, który wziął od nich przewodnik. Zejście tą stromą ścieżką dało nam nieźle w kość. Chyba jeszcze nie byliśmy tak zmęczeni podczas tej podróży. Do pierwszego obozowiska dotarliśmy wszyscy dopiero wieczorem. Następnego dnia czekały nas jeszcze trzy godziny marszu do wioski. Cieszyliśmy się kiedy mogliśmy wreszcie zdjąć plecaki, które przy wyjściu są jeszcze profilaktycznie sprawdzane. Choć właściwie tak do końca nie wiemy czego w nich szukają – kamieni, jakichś roślin… Odebraliśmy nasz rower, który był na przechowaniu w wiosce, za dodatkową opłatą 100 bolivarów i kupiliśmy na drogę chleb kasave i bułki, które akurat przywieźli do tutejszego sklepiku. Zjedliśmy sobie rybkę z puszki, która została nam jeszcze z naszych zapasów, uzupełniliśmy wodę a potem spakowaliśmy nasze rzeczy do sakw i ruszyliśmy w drogę powrotną do San Francisco. Z tyłu, za naszymi plecami górowała nad okolicą tajemnicza, spowita chmurami Roraima. Spoglądaliśmy na nią, za każdym razem myśląc z zadowoleniem: „tam byliśmy” 🙂

Koszt trekkingu na dwie osoby wyniósł 1200 bolivarów czyli w zależności od kursu dolara ok. 500 zł (obecnie kurs nie jest zbyt dobry 1$=7.6 bolivarów, oczywiście na czarnym rynku, z bankomatu byłoby znacznie gorzej) i dodatkowo opłata za przechowanie roweru w Paraitepui w wysokości 100 bolivarów (ok. 40 zł). Trzeba także wziąć pod uwagę koszty jedzenia, które kupiliśmy w Sanata Elenie. Mimo wszystko jednak ograniczyliśmy wydatki do rozsądnej kwoty. Teraz zasadnicze pytanie: czy warto wchodzić na Roraimę? Jeśli lubisz góry, lubisz poznawać świat i podziwiać niezwykłe miejsca, to odpowiedź jest jasna – oczywiście, że warto!

Reklamy

Posted Lipiec 21, 2011 by D&P in Wenezuela

Tagged with , , , ,

6 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. To ja w takim układzie zupełnie nie wiem jaki namiot kupić skoro wasz też się rozpadł?
    To czy są w ogóle jakieś porządne namioty?
    Nie, taki teking to zdecydowanie dla masochistów. Mnie by się nie chciało łazić po górach 🙂

  2. Miałem nadzieję, że po BR to chociaż wenezuala będzie tańsza, ale z tego co widzę to też droga 😦
    Nie wiem jak Wy liczycie bo mi wyszło za 1200 boliviarów – 265$ czyli prawie 700 zł a nie 500!
    A w ogóle to czemu w wenezu boliviary?
    To w Boliwi będą Wenezuele?

  3. No to ja nie wiem jak Wy liczycie. Jeszcze raz sprawdziłem, bo ja mam kurs z oandy z dnia Waszego postu czyli 21 lipca i wychodzi 1200 boliwiarów: 278.822 $ to ja nic z tego nie rozumiem. Może źle przeliczacie?

    • A my mamy kurs z Santa Eleny na czarnym rynku i wychodzi jak napisalismy. Tu sie nie wyplaca pieniedzy z bankomatu bo oficjalny kurs jest o wiele gorszy. Nie odczuwamy presji czasu. Po prostu w Wenezueli planowalismy wejsc na Roraime i jechac do granicy a ze musielismy zmienic plany to juz inna kwestia. Zreszta w Kolumbii zdecydowanie bardziej nam sie podoba!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: