8 Komentarzy

Buritirama – Teresina. Klątwa Schwalbe trwa!   3.05-5.05 

Następnego dnia Przemek poszedł do sklepu rowerowego. Niestety oczywiście opony 28 cali nie było, a ponieważ starej w żaden sposób nie dało się już połatać trzeba było zmienić koło… Przemek kupił obręcz w rozmiarze 26 cali, oponę  i szprychy. Wybór szprych w sklepie nie był imponujący, tylko kilka rodzajów, mało tego, tylko do jednego rodzaju szprych mieli nyple. Nypli za to był duży wybór ale gwinty nie pasowały do żadnej ze szprych, które były w sklepie. Wzięliśmy więc to, co jakoś dało się połączyć. Jednak po założeniu okazało się, że szprychy są za długie i znów trzeba było kombinować, co zrobić by koło doprowadzić do stanu używalności i żeby jakoś z tej mieściny wyjechać. Nie mieliśmy więc od teraz tylnego hamulca, który do małego koła nie pasował, a dużą obręcz będziemy musieli taszczyć ze sobą tak długo aż wreszcie uda się gdzieś kupić oponę. Na naprawę zeszło mnóstwo czasu i trzeba było jeszcze jedna noc spędzić w Buritiramie. Wieczorem nie było sensu wyjeżdżać, tym bardziej, że czekało nas jeszcze prawie 100 km drogi bez asfaltu. Tego samego popołudnia szef stacji benzynowej, na której spaliśmy zaprosił nas do domu na nocleg! Przejazd ze stacji do jego domu odbył się w eskorcie przynajmniej dziesięciu dzieciaków na rowerach. Wcześniej, kiedy siedzieliśmy na stacji otoczyli nas wianuszkiem i przez 10 min wpatrywali się w nas i „bicikletę” jak w obrazek 🙂 W domu naszego gospodarza dostaliśmy przepyszny obiad, pięknie podany, przygotowany przez jego żonę i spaliśmy wygodnie w czystej pościeli, w dużym łóżku z moskitierą. Jednak prawdziwą rewelacją, która omal nie zwaliła nas z nóg był moment, gdy szef stacji poinformował nas, że główna droga, do której zamierzaliśmy dojechać jeszcze nie istnieje! To tylko projekt, który jakimś dziwnym trafem widniał już na naszej mapie! Zupełnie jak poprzednio z droga do Iramaia… Na szczęście Przemek „wymajstrował” to pechowe koło i mieliśmy nadzieję, że wytrzyma jeszcze jakiś czas. Byle tylko wyjechać z miasteczka i dojechać do jakiegoś większego, gdzie może uda się wreszcie doprowadzić nasz pojazd do normalnego stanu – myśleliśmy sobie. Tymczasem szef obiecał nas podwieźć do pobliskiej mieściny, bo jak mówił, droga nadal będzie tak piaszczysta, że nie da się jechać.

Rano zostaliśmy poczęstowani śniadaniem. Bułeczki, kakao, filiżanki, spodki, łyżeczki, ser, szyneczka, sok itd. Luksus!Prawie już zapomnieliśmy jak wygląda kulturalne jedzenie. Potem nasza bicikleta została zapakowana na pick –up’a do przewozu zwierząt (na trocinach z odchodami !) a my w kabinie obok kierowcy ruszyliśmy dalej. Droga faktycznie była kiepska. Trzęsło autem i rzucało. Kierowca podwiózł nas 50 km w strone Avelino Lopez – miasteczka, do którego poradził nam jechać szef by dotrzeć wreszcie do asfaltu. Pozostałe 45 km, trochę jadąc, trochę pchając przebyliśmy już sami. Przed wjazdem do miasta zatrzymaliśmy się przy drodze, u rolnika na nocleg. On, jego żona i córki przyglądali się z wielkim zaciekawieniem wszystkiemu, co robiliśmy, dlatego załatwienie „potrzeby” to był duży problem 🙂 Przemek pokazał im wieczorem w komputerze nasze zdjęcia z podróży oraz filmiki z Zakopanego, nakręcone w pełni zimy, które wzbudziły prawdziwy zachwyt!

W miarę upływu czasu tylne koło wydawało coraz bardziej straszne dźwięki. Wiedzieliśmy, że to jego ostatnie chwile. W Avelino zatrzymaliśmy się na stacji na kąpiel a potem zrobiliśmy zakupy. Stanowiliśmy niezwykłą atrakcję dla miejscowych. Zostaliśmy sfotografowani, nie wiadomo który już raz. Wyjechaliśmy więc za miasto by spokojnie zjeść gdzieś w zaciszu jajecznicę z 8 jaj, a na drodze przejeżdżał motorem jakiś tubylec z żoną i niemowlęciem. Zatrzymał się, „porozmawialiśmy” chwilę, po czym zostaliśmy obdarowani kukurydzą i czymś jeszcze do jedzenia i przejezdni pojechali dalej. Odetchnęliśmy zadowoleni, że wreszcie będziemy mogli spokojnie zjeść. Nasz dobry nastrój nie trwał jednak długo. Ledwo ruszyliśmy i przejechaliśmy jakieś 12 km, a tu nagle trzask! Tylne koło urwało nam przerzutkę! Tak było już zdeformowane … Jedna ze szprych wystawała za mocno na bok, że zahaczyła nieszczęsną przerzutkę i bezpowrotnie ją zniszczyła. Masakra prawdziwa. W takich okolicznościach można było jedynie łańcuch skrócić by jakoś móc jechać dalej. A niestety więc klątwa Schwalbe nadal działała! Mieliśmy kiepskie humory. Obawialiśmy się, że niedługo cały rower się rozpadnie przez jedną fatalną oponę 😦 Koło coraz bardziej szwankowało. Przemek co chwilę miał robotę, musiał centrować, poprawiać i reperować. Jazda nie była już żadną przyjemnością, tylko ciągłym niepokojem, że utkniemy gzdieś na pustkowiu.

Mimo wszystko wreszcie dojechaliśmy jakoś do miejscowości Curimaty. Podjęliśmy decyzję – rower można doprowadzić do jako takiego stanu tylko w większym mieście, gdzie będzie można kupić odpowiednie części. Postanowiliśmy więc pojechać autobusem do Teresiny aby tam znaleźć sklep rowerowy. Pierwszy autobus nas nie zabrał z powodu braku miejsca w bagażniku, dopiero następny miał wystarczająco miejsca by zabrać naszą bicicletę i resztę bagaży. Cena biletu wynosiła 224 R$ za dwie osoby. Koszt był mniej więcej podobny do wydatków, które mielibyśmy na wyżywienie gdybyśmy tę odległość przejechali rowerem. Około 6.00 rano, po 13 godzinach jazdy w wyziębionym, klimatyzowanym autobusie dotarliśmy do Teresiny.

W mieście bardzo pomocny okazał się przypadkowo zagadnięty przez Przemka instruktor nauki jazdy, który zaprowadził nas do sklepu rowerowego. Oczywiście opony 28 cali nie było, facet pojechał więc z Przemkiem swoim samochodem do innego sklepu, potem jeszcze do banku. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jedyne co możemy zrobić, to wymienić koło na nowe, jeśli jeszcze w ogóle gdzieś chcemy jechać. Przemek kupił przerzutkę Yamada, która działała i wyglądała, jak te produkowane u nas w latach 80, nową obręcz i szprychy-tym razem pasujące do obręczy, nowy łańcuch i zębatki, tak żeby wszystko pasowało i dało się razem złożyć. Niestety nic nie wyglądało solidnie ale nie mieliśmy wyboru. To było wszystko, co tutejsze sklepy mogły zaoferować. Naprawa roweru odbywała się przed sklepem i zajęła sporo czasu. Obok był warsztat rowerowy i pracujący tam mechanik z wielkim zainteresowaniem towarzyszył Przemkowi i próbował pomagać. Ja w tym czasie robiłam zakupy żywieniowe. Kiedy wreszcie rower był gotowy, chcieliśmy jak najszybciej wyjechać z miasta gdyż Teresina nie jest jakimś ciekawym turystycznie miejscem i nie mieliśmy potrzeby by zostawać tu na dłużej. Trochę trwało zanim opuściliśmy miasto. Byliśmy zmęczeni po nieprzespanej nocy w autobusie, a do tego wyjechaliśmy na główną drogę, gdzie był duży ruch i kiepskie pobocze. I chociaż kilka dni temu, po męczącej przeprawie do Buritiramy obiecywaliśmy trzymać się głównych dróg, to teraz już myśleliśmy tylko o tym, żeby gdzieś zboczyć 🙂 Kiedy dotarliśmy do stacji benzynowej, pomimo, że nie było jeszcze późno, postanowiliśmy się umyć i zatrzymać tu na nocleg. Mieliśmy dość wrażeń na dzisiejszy dzień.

Reklamy

Posted Maj 16, 2011 by D&P in Brazylia

8 responses to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Czytam to jak dobrą powieść niecierpliwie czekając na nowe odcinki. Powodzenia.

  2. W Teresinie kupcie koniecznie gumy na zapas – nie raz pewnie będziecie mieli z nimi kłopoty, a jak doskonale wiecie mogą one odebrać przyjemność z jazdy.
    Dystans coraz bardziej imponujący – kolejna cyfra na liczniku (piąta) pojawi się już pewno w Andach :).
    Patrząc na mapę wydaje mi się, że się kierujecie do Belem. Mam rację? I co potem – rzeką do Manaus?

    • WITAMY PANA MICHALA. NO COZ KIERUJEMY SIE TERAZ DO MARABY, ZOSTALO NAM DO NIEJ OKOLO 400 KM A ZTAMTAD JEDZIEMY AUTOBUSEM TRANSAMAZONIKA DO SANTAREM, ZEBY SOBIE SKROCIC PODROZ TA LODZIA Z BELEM. KOLO NARAZIE DZIALA BEZ PROBLEMOW ALE JEDZIEMY TYLKO NA JEDNYM HAMULCU. LISCIE KOKI NA PEWNO BY NAM POMOGLY. POZDRAWIAMY

  3. No z tą oponą to pełne jaja, ale z drugiej strony czy nie prościej i taniej byłoby z PL kurierem sprowadzić wszystko? Ja bym na Waszym miejscu w takim układzie problemów z oponą, gdzieś zatrzymał się w większym mieście i sprowadził z PL czy USA?

  4. eu gostei muito de conhecer vcs , eu sou aquela pessoa que falei pra vc escrever no meu caderno lembrou 03 06 2011

    jéssica laene da silva leite
  5. Czytam Wasze blogi, ale mam trudności w pisaniu komentarzy, bo w tym oknie nic nie drukuje… W każdym razie serdecznie Was piozdrawiam i jestem pełen podxziwu. Przeprasaam za literówwki, bo nie widzę co piszę.
    Staszekw

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: