1 comment

Lencois   20.04 –

Dojazd do Lencois zajął nam dwa dni. Jechaliśmy szosą wzdłuż granicy Parku Chapada Diamantina, na której wciąż powtarzał się schemat „pod górkę i zjazd”. Nieźle nas to wymęczyło, tym bardziej, że odczuwaliśmy już od kilku dni wyraźny spadek formy z powodu braku odpoczynku. Przejechaliśmy ok. 50 km przez pustkowia i nie napotkaliśmy żadnego miasteczka ani żadnej osady. Powoli kończył nam się zapas wody, kiedy wreszcie dotarliśmy do małej wioski ze sklepem. Wkrótce dojechaliśmy do głównej drogi, która prowadziła w stronę Lencois. Tutaj warunki jazdy od razu się poprawiły i mimo zmęczenia w bardzo krótkim czasie przejechaliśmy jeszcze 23 km. Niestety to już nie było to samo co jazda przez odludzia. Wciąż mijały nas ciężarówki i trudno było znaleźć jakieś miejsce do spania, a stacja benzynowa nie chciała się pojawić. W końcu zrobiło się ciemno i trafiliśmy na jakąś boczną ścieżkę, gdzie udało nam się rozbić namiot. Następnego dnia rano zjedliśmy sobie pyszną jajeczniczkę na śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Potrzebowaliśmy wypoczynku, prania i dobrego jedzenia żeby dojść do formy. Po ponad 2 godzinach jazdy dotarliśmy wreszcie do Lencios.

Miasteczko turystyczne, przyjemne i trochę senne. Stanowi bazę wypadową do zwiedzania parku Chapada Diamantina. Zdecydowaliśmy się jednak zatrzymać na kempingu z powodu wysokich cen a ponadto trzeba było wysuszyć i doprowadzić do porządku namiot. Wyszukaliśmy przyjemne miejsce za 15 R$/osoba przy pousadzie (dom z pokojami na wynajem). Okazało się całkiem wygodne, gdyż nie nie było tam żadnych innych namiotów i całe wyposażenie pozostało wyłącznie do naszej dyspozycji (nawet pranie zrobiliśmy sobie w pralce!). Poza tym nikt się nie interesował nadmiernie tym, co robiliśmy, dzięki czemu była okazja by wszystko doprowadzić do porządku i czuć się komfortowo. Jako, że wzbudzamy ogólnie niezłe zainteresowanie, dlatego gdziekolwiek się zatrzymujemy ludzie obserwują każdy nasz ruch a to bywa już czasem męczące.

Pobyt w Lencois postawił nas na nogi i pozwolił nam dojść do ładu z naszym dobytkiem. Przez pierwsze dni zajmowaliśmy się praniem, sprzątaniem, jedzeniem i spaniem. Pogoda ponadto nie była zbyt sprzyjająca do poznawania okolicy bo często przepadywał deszcz. Jednak dwa kolejne dni były naprawdę piękne i słoneczne. Niestety Przemka dopadły dolegliwości żołądkowe i w sobotę mogliśmy się wybrać jedynie na krótki spacer nad Rio Lencois, która spływa z pobliskich wzniesień do miasteczka. Ciekawostką jest to, że woda w rzece ma barwę czerwoną! Powstaje ona poprzez wypłukiwanie minerałów ze skał. Duże zagłębienia i niecki w skałach stanowią dobre miejsce na kąpiel. Chłodna, czerwona woda świetnie orzeźwia w gorący dzień.

W sobotę wybraliśmy się na wycieczkę w górę rzeki, ale po ok. godzinie marszu zmuszeni byliśmy zrobić odwrót. Las stawał się coraz bardziej gęsty a głazy utrudniały poruszanie się. W dodatku mieliśmy na nogach sandały. Okolica wzdłuż rzeki pełna jest urokliwych zakątków i im dalej od miasteczka tym więcej ustronnych miejsc można znaleźć. Zatrzymaliśmy się w jednym z nich na piknik i kąpiel, a nawet udało nam się nakręcić kamerą małe rybki , które Przemek karmił chlebem. Natomiast w miasteczku znajduje się mnóstwo agencji turystycznych oferujących wycieczki do pobliskich atrakcji oraz trekingi w góry. Ceny jednak są wysokie: np. przewóz + wstęp do jaskini Poco Azul, która znajduje się jakieś 80km od Lencois kosztuje 130 R$ na osobę (ok. 250 zł), podobnie jest z trekingami, gdzie płaci się określoną kwotę za dzień (przewodnik i nocleg)a dodatkowo wstęp (jeśli trzeba) i wyżywienie. Lencois jest raczej ospałą mieściną, trochę gwarniej robi się wieczorem, kiedy turyści przychodzą do ulicznych knajpek i rozmawiają. Z powodu świąt zdecydowaliśmy się zostać jeden dzień dłużej. Byliśmy wczoraj w kościele i nie znaleźliśmy żadnego „Grobu Pańskiego”, tak jak to jest w zwyczaju w Polsce ale za to postać Jezusa na ołtarzu ubrana była w czarną szatę. No a teraz idziemy na nasze świąteczne śniadanie Wielkanocne po brazylijsku i składamy wszystkim najlepsze życzenia.

Poniedziałek Wielkanocny spędziliśmy jeszcze w Lencois. Rozleniwiliśmy się trochę przez te kilka dni i ze względu na święta nie chciało nam się ruszać w drogę. Zrobiliśmy  sobie prawdziwie świąteczny odpoczynek. Zaopatrzeni w prowiant wybraliśmy się na piknik nad rzekę. Po drodze, gdy minęliśmy wodospadzik „Primavera”, który o tej porze roku jest tylko małą kaskadą, odbiliśmy nieco w prawo ze ścieżki i poszliśmy do miejsca, w którym podobno uzyskuje się kolorowe piaski do tworzenia artystycznych dzieł w butelkach. Jest to mały labirynt ogromnych głazów, które rzeczywiście w niektórych miejscach mają przebarwienia w różnych kolorach. Korzenie egzotycznych roślin zwisają w szczelinach między skałami i trochę nam to przypominało świątynię Ta Phrom, którą zwiedzaliśmy kiedyś w Kambodży. Po drodze znowu natknęliśmy się na kolibry, które widujemy co jakiś czas. Niestety są tak szybkie, że nigdy nie udaje się ich sfotografować. Resztę dnia spędziliśmy kąpiąc się i wylegując nad rzeką. Przyjemna chłodna woda i rześkie powietrze świetnie nas zrelaksowały a do tego zajadaliśmy świeże owoce. 

Jeśli chodzi o szatę figury Jezusa na ołtarzu w kościele, to nic się nie zmieniło. Nadal był w czarnym kolorze, więc pewnie to nie był żaden specjalny strój adwentowy. W ogóle nie dostrzegliśmy w Lencois wyjątkowego nastroju ani świętowania, choć Brazylia uważana jest przecież za katolicki kraj. W sobotę wieczorem w kościele odbywało się jakieś nabożeństwo ale my już prawie spaliśmy w namiocie i nie chciało nam się sprawdzać co się święci. W niedzielę sklepy były pootwierane i nie czuło się żadnej odmiennej atmosfery ale prawdopodobnie dlatego, że Lencois jest mieściną typowo turystyczną i właściciele sklepów i knajpek wolą zarabiać na turystach niż świętować. W innych miasteczkach, które mijaliśmy po drodze większość sklepów w niedziele była zwykle zamknięta.

Reklamy

Posted Kwiecień 21, 2011 by D&P in Brazylia

One response to “

Subscribe to comments with RSS.

  1. Widać, że nie jest łatwo, ale jednak już całkiem daleko zabrnęliście. Brawo.
    Może jak dojedziecie do Andów, to kilka listków koki sprawi, że Przemek nie będzie się poddawał na podjazdach :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: